Lividity: „…jesteśmy potężniejsi, mądrzejsi i jeszcze bardziej napaleni niż kiedykolwiek!”

Gdy wysyłałem pytania do Dave’a Kiblera, nawet przez moment mi nie przyszło na myśl, że wyjdzie z tego taki fajny wywiad. Obszerny, a pomimo kilkunastu pytań, założycielowi Lividity było ciągle mało. Faktycznie widać, że mimo dwudziestopięcioletniego stażu scenicznego Lividity wciąż jest głodne i mordercze! Natomiast Dave to świetny facet, w którym wciąż tkwi zapał kilkunastolatka! Nie przedłużam, bo czytania macie sporo. 

Oracle: Hailz! Cieszę się, że nowy krążek Lividity już jest, sporo czasu jednak upłynęło od wydania „To Defile and Desecrate” – wytłumacz się proszę na początek, skąd taka przerwa w Waszych wydawnictwach?

Cóż ja Ci Jakub mogę powiedzieć, w zespole był ogień do czasu gdy w 2010 roku wszystko ucichło. Dopiero trzy lata później zmartwychwstaliśmy, żeby zagrać na Las Vegas Death Fest, zaś trzy tygodnie później uderzyć na europejską trasę wraz z niemieckim Lower Than Zero. Potem koncerty w Portugalii, Meksyku, Kolumbii, trochę amerykańskich koncertów, następnie znów w Europie z holenderskim Dictated… I tak nam zeszło do 2017 roku. Wtedy wszyscy skupiliśmy się na muzyce, pisaliśmy wspólnie materiał a od października 2017 roku do marca roku kolejnego siedzieliśmy w studio i kompletowaliśmy „Perverseverence”. Faktycznie, między poszczególnymi albumami zeszło nam dziewięć lat, ale słuchając najnowszej płyty uważam że było warto! To jest kurwa najbardziej chory, demolujący kurwy materiał jaki do tej pory wypuściliśmy!

O.: No i dobrze wiedzieć, że nie pierdolimy się z fałszywą skromnością. No dobra, mimo tych kilku lat w muzyce Lividity nic się nie zmieniło bo i nie jesteście kapelom, po której mam się spodziewać radykalnych zmian – i bardzo dobrze! Mam nadzieję, że nie macie z tym problemu?

D.: Jeśli już, jesteśmy jeszcze bardziej paskudni i obskurni z naszą muzyką! Jesteśmy też ciężsi niż kiedykolwiek. Poza tym wiesz – nie chcemy zmieniać wartości czy intensywności naszej muzyki, gdyż ona miała być właśnie taka w samym założeniu.

O.: O to się chwali akurat. Ale oczywiście jeśli weźmiemy na warsztat „The Ritual of Impalement” i „Perverseverance” – różnice w jakości są oczywiście słyszalne, jednak to wciąż brutalny death metal. A co sądzisz o drodze, jaką Lividity przebyło od początku do punktu, w którym znajdujecie się obecnie?

D.: Hahahahahah, człowieku… różnice są tutaj przecież oczywiste, nie wiem nawet, jakim cudem udało Ci się zamieścić te dwie nazwy w jednym zdaniu. Przecież tutaj mówisz o głupim dzieciaku pełnym spermy, którą ejakulował gdzie tylko mógł na początku lat dziewięćdziesiątych! Wtedy death metal to było coś świeżego… w kurwę ciężkich dźwięków i mulących struktur! Szybkość nie była esencją, miało być dojebanie, miało bujać! I wgryźliśmy się w to! To były czasy, gdy w zespole był tylko Tommy Davis i ja. Mogliśmy sobie ustawić czterościeżkowy magnetofon w jego piwnicy i jammować całą noc. Wiele długopisów zostało wypisanych przy wymyślaniu tekstów. Tylko po to, żeby po chwili śmiać się z nich i wyrzygiwać jakieś zjebane wokale, hehehe! To były zajebiste imprezy! Żyliśmy, umieraliśmy i przeżywaliśmy z tym death metalem przez ponad trzy dekady więc uważam, że z tytułem najnowszego krążka wpasowaliśmy się idealnie – „Perverseverence”, bo jesteśmy potężniejsi, mądrzejsi i jeszcze bardziej napaleni niż kiedykolwiek! Struktury utworów są bardzo przemyślane, a teksty pełne popierdolonych historii. Jestem kurewsko dumny z tego albumu oraz z tego zespołu. Jedziemy dalej – grind for life!!!

O.: No właśnie, wspomniałeś o tekstach – jesteście znani nie tylko z uwagi na muzykę, ale chyba głównie dzięki tekstom. Jako jedni z pierwszych, jeśli w ogóle nie pierwsi, wyciągnęliście na wierzch tematykę mocnego porno, perwersji, przemocy w tekstach, w ten sposób… Uważasz się za ojców chrzestnych porn/grindu?

D.: Wpływ mają na nas wszelkie pojebane rzeczy tego świata. A jeśli chodzi o liryki… nigdy nie chodziło o to, by używać ich tylko po to, by być cięższy czy bardziej pojebanym od innych zespołów. Tak w zasadzie w latach 1993 – 1995 wcale nie było ciężko wyróżniać się pod tym względem. Pojebanymi w sensie takim, że jako słuchacz czujesz, że mógłbyś wprowadzić w życie wszystkie te rzeczy o których słyszysz w tych kawałkach. Tak naprawdę teksty bazowały na naszych fantazjach i marzeniach na temat naszych gównianych związków, w których byliśmy z naszymi eks dziewczynami czy żonami – my kurwa naprawdę chcieliśmy im to wszystko zrobić! Tak więc na początku lat dziewięćdziesiątych mogliśmy się z tego tylko śmiać i o tym pisać, nikt się tym nie przejmował. Ale z drugiej strony mówiono nam (cytuję!): „Nie możesz o tym śpiewać, to nie jest death metal!!!”… Wiesz co, wciąż mnie to pierdoli! Tak naprawdę masz tutaj tylko dwa wyjscia – albo wziąć w tym udział i się dobrze bawić, albo wypierdalać. Ta muzyka jest przeznaczona tylko dla tych normalnych ludzi, nie potrzebujemy żeby wszyscy nas lubili, a jedynie ci, którzy wiedzą o co chodzi, tylko nasz legion! A ten cały styl porn/grindu czy jak chcesz o nazywać – on już raczej istniał, my wynieśliśmy go tylko na jeszcze agresywniejszy i bardziej porąbany poziom. Kapele jak niemieckie Cock and Ball Torture, Meat Shits, Anal Cunt, poniekąd Autopsy czy Impetigo (choć ci to raczej od strony medycznej)… jak widzisz, było trochę tych zespołów. My po prostu nie chcieliśmy być jak większość kapel death etalowych, które śpiewały o robakach, zombie, duchach czy grobach… Jasne, to jest jakoś tam przerażające, ale nie czujesz w tym emocji. Ale kurwa człowieku, gdy słyszysz tekst w stylu Razorraped, laceration, House of Whores, contaminated, Got my fill, ejaculation, Grisly filth, my creation” to czujesz po prostu to gówno! Koniec końców tak powinien brzmieć pierdolony brutalny i ekstremalny death metal!

O.: Się kurwa zgadzam! A skoro jeszcze jesteśmy w temacie – z drugiej strony masz w kurwę kapel z gatunku porn/grind ale zdecydowana większość z nich jest po prostu chujowa lub nudna. Nienawidzę albumów, gdzie trzy czwarte to sample z filmów porno, a reszta to przeciętny brutalny death metal. No ale niestety, w każdym gatunku jest kilku liderów i wielu kopistów. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, iż Lividity należy do tych pierwszych?

D.: Dzięki stary, ale nie wymyśliliśmy koła ani nie odkryli na nowo prochu dzięki Lividity. Jesteśmy tylko kolesiami z sąsiedztwa, którzy zebrali się do kupy, by dodać trochę do kotła. Nawet nie chcieliśmy się nauczyć lepiej naszych instrumentów, po prostu chcieliśmy – i wciąż chcemy – dojebać tak bardzo jak się da i poczuć to gówno. Poza tym to świetna terapia! Kontrolujemy sami siebie, ale nie wiemy nic o przewodzeniu innym, serio! Staramy się też wymyśleć, co będzie się działo jutro, bez martwienia się o to, co było wczoraj. Haha, z drugiej strony mam nadzieję, że zachęciliśmy kogoś do tego by pojammować od czasu do czasu czy nagrać jakieś dźwięki – a także by docenić death metal i spojrzeć na niego oczyma Lividity! To byłby najlepszy efekt.

O.: No ale z drugiej strony istnieje wiele kapel, które Lividity bije na głowę. Sam nie siedzę w brutalnym death metalu najgłebiej jak się da, ale jak już powiedziałem – Wasza muzykę łykam bez popitki, a z innymi to tak różnie, sporo moich znajomych ma podobnie. Dlaczego ludzie chcą słuchać Lividity, a olewają te inne kapele, jak uważasz?

D.: To zajebiście, koleś! Lubię myśleć, że u nas znajdziesz trochę więcej tego smaczku niż w innych kapelach, które są tylko ciężkie. Poza tym lubimy się z innymi kapelami, nieważne jaki gatunek grają, czy to brutal death metal, slam, speed, thrash metal, gore metal czy nawet black metal… (poza tym i u nas znajdziesz trochę antyreligijnych kawałków jak „Violated in the Vatican”, „oozing Vaginal Discharge”, czy „Funerary Chambers”)… nasza muzyka nie ma granic, nie ma zasad! Naszą misją jest, by w naszych tekstach wszyscy poumierali. Nie ma tu miejsca na to, że ktoś przeżyje i zobaczy kolejny dzień! Zostaw to reżyserom kiepskich filmów. Mamy też zawsze nadzieję, że złapiemy kilka nowych mord w każdym mieście, które dane jest nam zniszczyć na trasie. Dołączajcie do nas!

O.: Żeby wam jeszcze pokadzić – Lividity zawsze wiedziało, jak skomponować jakiś numer – macie zwolnienia, macie kurwa przyspieszenia, muzyka buja… A idioci mówią, że Wasza muzyka jest brutalna, ale nudna, a death metal jest ławty do grania! Ha, pedzie. Natomiast interesuje mnie to, kiedy sam już wiesz, że dany numer jest już gotowy i nie trzeba do niego nic dodawać?

D.: Który kurwa powiedział, że death metal jest łatwy do grania?! Kapele jak Papa Roach, Disturbed, InsaneClown Pose? A może Ci, którzy nigdy nie trzymali instrumentu w łapie, a muzyki słuchają nie mając żadnych muzycznych zdolności, patrzą na nas i widzą tylko zapierdalanie palcami w dół i w górę po gryfie…? A może oni po prostu tego nie łapią? Którakolwiek by to opcja nie była, w tej muzyce masz o wiele więcej myślenia, niż mogłoby się komuś wydawać. Przecież tak naprawdę to zakrawa na sztukę, skomponować coś takiego. Jeśli nie skomponujemy dobrego, chwytliwego utworu z pojebanymi lirykami nikt nie będzie się nami interesował… wrzucą nas do kosza na śmieci z innymi zespołami, które dopiero uczą się trzymać instrumenty – żeby nie marnować niczyjego czasu. Cóż, dopóki dany utwór nie jest skończony, wiemy że czegoś mu ciągle brakuje. To się po prostu wie, chcesz usłyszeć coś więcej, a podobnie jest też gdy już dany numer jest skończony – to się czuje, a włosy stają Ci na karku, do tego czujesz kurwa podniecenie, chcesz ten numer grać i słuchać na okrągło. W naszych numerach niczego nie brakuje, nieważne czy trwają po pół minuty czy po pięć minut.

O.: Ok, to zmieniając temat – w tym roku przypadło Wasze dwudziestopięciolecie. Świętowaliście je jakoś szczególnie? Specjalny koncert z masą rozwiązłych kobiet? Niestety nie miałem nigdy sposobności widzieć Was na żywca, ale tak mniej więcej to sobie wyobrażam, hehe!

D.: Nieee, nie mieliśmy takiego specjalnego show, ale zajebiście bawiliśmy się podczas każdego koncertu w 2018 roku, traktując je jakby każdy był właśnie takim specjalnym gigiem. Od czasu skompletowania najnowszej płyty zagraliśmy trzy festiwale, Las Vegas Death Fest w maju, Full Terror Assault Open Air w Illinois we wrześniu jako zespół – niespodzianka. No tu akurat nie mogliśmy liczyć, że wypromujemy nowy krążek, bo nikt nie wiedział, że zagramy hehe! Więc tego nie liczmy jako koncertu, który mial przysporzyć Lividiy nowych fanów! Ale fajnie było zagrać zaraz po Death Angel! Trzecim było Ontario Death Fest w Toronto, z którego zapis w jakości HD możecie obejrzeć na naszym kanale na YouTube. Totalnie chory koncert! Tak wyglądała nasza celebracja, niestety bez żadnych orgii, brachu, haha! W zasadzie najlepszą rzeczą związaną z naszym ćwierćwieczem jest tak udany krążek jak „Perverseverence”, a do tego wkrótce będzie dostępna wersja winylowa, a ja jestem wielkim fanem tego formatu!

O.: A jak już o koncertach – Lividity sporo koncertuje. Czy gdy zakładałeś ten zespół myślałeś, że zobaczysz tak wiele miejsc tylko dlatego, że grasz death metal i piszesz utwory o cipkach, hehe?

D.: Cóż, rzeczywiście przez ostatnie dwadzieścia lat z okładem graliśmy w wielu miejscach, ale może powiem Ci, czego jeszcze nie widziałem – bo sporo jeszcze takich miejsc, które chciałbym odwiedzić, jak Stonehenge, a przecież graliśmy w Północnej Anglii… nie widziałem zamku Drakuli, mimo że graliśmy w Transylwanii. Nie widziałem też pieczary Frankensteina, hehe, kurwa! Ale chcemy jeszcze zagrać w wielu miejscach – w Australii, Południowowshodniej Azji, Południowej Europie (więcej niż raz), Ameryce Południowej (choć w Kolumbii byliśmy już dwa razy), Japonii, Irlandii… No ale kurwa, lepiej późno niż wcale! Wciąż czekamy, aż nas tam ktoś zaprosi. Bo zazwyczaj gramy w tych samych miejscach – dlatego tak rozpieściliśmy Europę Środkową, hahaha! Ale kocham każdą minutę, którą tam spędziłem!

O.: Dokładnie, do tego koncertowaliście też z polskimi zespołami – pamiętasz jakieś szczególne akcje z wariatami z mojego kraju?

D.: Koncertowaliśmy tylko z Damnable w 2003 roku. To był jedyny zespół z Polski, który wyruszył z nami w trasę. Byli zajebiści, każda noc z nimi to był rozpierdol. Koncertowaliśmy też z czesko – amerykańskim Master i austriackim Mastic Scum – to była nasza druga europejska trasa podczas któej promowaliśmy „’Till Only the Sick Remains” wydanej przez Morbid Records. Chwilka minęła od tego czasu… Damnable i Lividity imprezowalo w busie non stop, od miasta do miasta! Puszczaliśmy tę pojebaną muzykę w stylu rave… kurewsko głośno! A kiedy zasnęliśmy taśma zaginęła, kurwa nikt nie wiedział gdzie jest! Kolejna noc, jedziemy dalej i znó ktoś to włącza! Pierdolony rave! Zasypiamy, rano taśmy nie ma, czaisz? Ale wieczorem znów ruszamy i co? Jebany rave! Okazało się, że nakupili cały wór tych taśm, pewnie byli zaprawieni z wcześniejszych tras, bo co jakąś taśmę przesłuchaliśmy, wypierdalaliśmy ją przez okno! Jednym z lepszych koncertów na tej trasie była Jena w Niemczech, graliśmy w piwnicy starego zamku, kurwa mać, jak tam wszystko brzmiało!

O.: Ok, przeskakując na inny temat – współpracowaliście ze sporą ilością label, dlaczego przy „Perverseverance” wybór padł na Metal Age Productions? Byliście zadowoleni z tego, jak wypuścili Wasze reedycje i postanowiliście pójść za ciosem?

D.: Peter i wszyscy w Metal Age Productions to naprawdę fajni ludzie, pracowaliśmy z nimi już wcześniej przy okazji naszych oficjalnych koszulek. Peter założył wytwórnię w 1993 roku, można więc powiedzieć, że był częścią systemu tak jak my. To wielcy fani metalu i wielcy fani Lividity, a to ma dla nas olbrzymie znaczenie, bo wierzą w produkt, który dostają. To wspaniałe, że mogliśmy połączyć nasze siły. Co do wznowień to owszem, zrobili zajebistą robotę – wyszły zajebiście, poza tym dobrze jest zobaczyć wszystkie nasze wydawnictwa w jednym labelu. To była świetna podbudowa pod nową płytę. Świetnie się z nimi współpracuje, nie potrzebujemy wytwórni z nalepką „majorlabel”. Metal Age jednak takie jest, wykonuje dla nas zajebistą robotę, jesteśmy w chuj zadowoleni. Jedyne na czym nam zależy, jako zespołowi to żeby ludzie wiedzieli o naszym istnieniu i mieli łatwy dostęp do naszej muzyki. W tym momencie, jak to się u nas mówi – sky is the limit! A do tego oni kurwa uwielbiają winyle! Tak jest, kurwa!

O.: Skoro już jesteśmy przy wznowieniach, nowe okładki są naprawdę świetnie, ale czy nie tęsknisz za tymi pierwszymi, starymi i surowymi? Osobiście nie lubię, gdy na wznowienia kapele wrzucają nowe wersje okładek, nawet jeśli te wcześniejsze są kiepskie…

D.: My lubimy te nowe wersje okładek, są lepszej jakości i jeszcze bardziej chore, tak jak i Lividity. Po co mielibyśmy dawać Ci album z okładką którą już znasz [po co miałbym kupować album, który już mam, dla nowej okładki? – przyp. Oracle]? Dzięki nowym okładkom wszystko wydaje się świeże, nowe. Poza tym wiesz – mamy prawo robić z naszymi produkcjami co tylko się nam spodoba. Źle do tego podchodzisz! To nie powinno być „o boże, Lividity zmieniło okładki…”, tylko „O kurwa! To jest popierdolone!”. A jeśli ktoś ma z tym problem, skontaktuj go ze mną. Wszystko mu wtedy kurw wyjaśnię, jak najbardziej!

O.: Co do okładek, a może bardziej nawet co do tekstów – zastanawiam się, czy miałeś kiedyś sytuację, że któryś z Twoich „nie-metalowych” znajomych po zorientowaniu się czym zajmujesz się w wolnym czasie powiedział Ci „kurwa, człowieku, jesteś jebnięty, nie kontaktuj się ze mną więcej!”, hehe?

D.: Hahah, nie, jeszcze mi się to nie zdarzyło. Poza tym ja od zawsze dużo podróżuję poza Illinois, więc nie sprzyja to zawieraniu większych znajomości. Mało tego, nawet nie przebywałem z nikim dłużej, więc tak naprawdę moim najlepszym przyjacielem jest muzyka. Najlepszymi przyjaciółmi są kolesie, z którymi tworzę Lividity. Reszta mnie mało interesuje. A gdybym dostał taką wiadomość, prawdopodobnie odpisałbym „kurwa, cżłowieku, Ty w ogóle nie jesteś jebnięty, nie kontaktuj się ze mną więcej!” hehehe!

O.: A tak w ogóle to skąd bierzesz inspiracje do tych tekstów? Poza tym, że z życia (i oczywiście śmierci, hehe!)… Z filmów, przeglądasz lokalne wiadomości w poszukiwaniu pojebanych wydarzeń, serfujesz po necie?

D.: Nie oglądam prawie w ogóle filmów ani kanałów informacyjnych. Ale znam każde obrzydlistwo, które otacza nas na ziemi. Teksty piszę wspierając się swoimi własnymi myślami i wizjami. Sam wcielam się w opisywane sytuacje. Przemykam ukradkiem cieniem, obserwuję kobiety, horror czai się za rogiem… Serce zaczyna bić szybciej, a potem to już z górki – ciała są rozdzierane jeszcze za życia ofiar. I zawsze, musowo, dochodzi do aktu seksualnego. Każdy popierdolony skurwiel ma jakiś fetysz związany z seksem w swojej głowie! Dorzucasz trochę tekstu, żeby wszystko dodatkowo ubarwić i masz to – możesz to porównać do szału podczas jazdy. Patrzysz na to, gapisz się na to, potem starasz się, żeby nie uciekło Ci to z pamięci! Tak samo jest z tekstami Lividity – czytasz je, one Cię odrzucają (albo zachwycają), a potem czytasz je znowu!

O.: No i o to chyba w tym chodzi, nie? Dobra, zmieniamy temat – jak sprawy się mają z Hollywood Dirtbags? Uwielbiam takie paskudne, rock’n’rollowe granie, a szczególnie gdy coverujecie tak dobrze moje ukochane Guns N’ Roses! Nie jesteście jednakże znaną kapelą, nawet w necie, na YouTube trudno znaleźć Wasze nagrania. Ale na przykład zagraliście niezłą zapewne trasę z legendarnym L.A. Guns, więc nie jest tak źle chyba. Czy to muzyka, której słuchasz, gdy chcesz odetchnąć na moment od brutalnego death metalu?

D.: Hollywood Dirtbags straciło kilku bardzo dobrych pałkerów w krótkim odstępie czasu, trudno więc nam było znaleźć kogoś na miejscu, kto wpasowałby się do naszej muzyki. Nagraliśmy kilka płyt i zagrali trasę u boku L.A. Guns (którą założył Tracii Guns). Uwielbiam taki paskudny rock’n’roll z lat siedemdziesiątych! Istnieliśmy w latach 2010 – 2013, przez te trzy lata nagraliśmy dwa albumy, dzieliliśmy scenę z takimi kapelami jak Ted Nugent, Faster Pussycat (dwa razy), LAGuns (Europe tour + dwa razy dodatkowo), Great White, Cinderella, Bang Tango,Autograph, Dokken, Quiet Riot, poproszono nas też, żebyśmy robili za openera dla Van Halen, pod warunkiem, że przez dziewięćdziesiąt minut gralibyśmy tylko covery, wplatając czasem jakiś swój utwór. Ale czas, jaki nam dano żeby się przygotować był zbyt krótki, więc odpuściliśmy. Niby faktycznie nie ma nas wiele w internecie, ale jakimś cudem zawsze graliśmy koncerty z naprawdę fajnymi kapelami, z dużymi nazwami. Bardzo mi się to podobało. Poniekąd było to też coś, czym zajmowałem się podczas tej dość długiej przerwy w Lividity. Ciągle coś tam jammowałem,poza tym każdy z muzyków Lividity miał też swój inny zespół w tym czasie. Przegrupowaliśmy siły jako Lividity i teraz jesteśmy jeszcze potężniejsi. Energia, pasja, kreatywność… to wszystko jest teraz bardzo świeże! Brakowało mi tego, chciałem znów mieć radość z grania naszego death metalu!

O.: A co z Embrace of Damnation? To kolejna kapela, której album w Polsce jest nie do zdobycia, przynajmniej w Polsce…

D.: Jako Embrace of Damnation nagraliśmy tylko jeden album w 2009 roku, w tym samym roku wchodziliśmy też do studia z Lividity. Nie muszę chyba mówić, że gdy zrobiłem sobie przerwę od Lividity, również i Embrace of Damnation poszło w odstawkę. Nie miałem wówczas parcia, by ciągnąć to dalej. Zacząłem wtedy działać z Hollywood Dirtbags, by wciąż pozostać w obiegu na lokalnej scenie. Z Embrace of Damnation zrobiliśmy tylko dwa koncerty – ale wierzę, że moglismy się wybić. A jeśli szukasz kompaktu Embrace of Damnation możesz go złapać w sklepie Metal Age, bo wypuścili go oni na licencji.

O.: Dziękuweczka. No cóż, myslę, że nie będę Cię więcej zanudzał – dzięki za ten obszerny wywiad i do zobaczenia w Polsce, mam nadzieję że w końcu mi się uda, hehe!

D.: Co to znaczy „myślę, że nie będzę Cię więcej zanudzał?” Jeśli masz więcej pytań, dawaj! Co jeszcze chciałbyś wiedzieć, wyrzuć to z siebie, haha! No dobra, dzięki bracie za wspaniały wywiad, zrobiłeś naprawdę dobry reasearch! Niemal jakbyś się z nami bujał przez chwilę, haha! Ale dodam jeszcze jedno, nie wspomniałeś o Immortal Records z Polski, które jako pierwsze wydało naszą czteroutworową taśmę „Rejoice in Morbidity” w 1996 roku… tak tylko mówię! Zostań pojebany, a ja mam nadzieję, że nasze drogi przetną się w maju w Europie! Zdrówko!

Zdjęcia zapożyczone z fejsa Lividity.

Autor

10675 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *