Trochę trwało zanim dostałem odpowiedzi od Kalot Enbolot. Ot, chłopaki zapracowani. Na szczęście rozpisali się w nich i przez to nie musiałem kurwować, że nie wiadomo co z tym zrobić. Nie zgadzam się ze wszystkim co powiedzieli/napisali, ale to jakby mniej istotne. Zapraszam do wywiadu z twórcami „Regnum Dei”. Przy okazji jeśli ktoś nie zna tej płyty, to czas najwyższy to zmienić.

Cześć chłopaki. Na rozgrzewkę, które stwierdzenie najlepiej pasuje do muzyki Kalot Enbolot „kurwa, co to za gówno!??!”, „progresywnie odegrany black z epicką nutką”, „black metal z fatalnie brzmiącą perkusją”, czy może „znać muzykę Kalot Enbolot to mega splendor”?

Mike: Ano, cześć chłopaku z Wałka Chaosu, czy jak się tam zwie ten portal. Myślę, że to zależy od indywidualnych preferencji, gówna nie gramy, ale może ktoś na nas tak woła, spływa to po nas, jak gówno po nogawicach. Co do progresji, uważałbym z tym słowem, osobiście go nie lubię, bo kojarzy mi się z fanami Pink Floyd i Yes, którzy odlatują, słysząc piętnastominutowe solówki. Perkusja brzmi faktycznie poniżej oczekiwań i to cała historia związana ze studiem DBX, gdzie robiliśmy materiał. Przeliczyliśmy się, facet nie dopilnował, powinniśmy jeździć co tydzień do Wawy, robiąc gościowi słowne napierdalanki pod uchem, a to mijało się z celem. Mamy nauczkę na przyszłość. Za to mega splendor może i jest, gdy się zna naszą muzykę, ja znam, ale póki co, nie wożę się z tym faktem na mieście.

Svart: Czołem! Nasza muzyka to epickie gówno z progresywną perkusją, zorientowane na pełen splendoru black metal z fatalnie zaaranżowaną epickością – tak będzie najbardziej trafnie. Łatki niech sobie przyklejają ci, którym są one do szczęścia potrzebne. KE to zespół, który się rozwija i wciąż nie powiedział ostatniego słowa. Wiele jeszcze przed nami. A co do fatalnych perkusji: nie będę udawał, że jej brzmienie napawa mnie radością, ale znam o wiele gorzej zrobione bębny (bądź niezrobione wcale), które brzmią po prostu tragicznie i nikt sobie z tego powodu włosów z dupy nie rwie.

Nie gracie może zbyt długo pod szyldem Kalot Enbolot, a z drugiej strony w dzisiejszych szybkich czasach, te 7 lat to już wieczność. Na jakim etapie znajduje się obecnie zespół i dlaczego nie robi zawrotnej kariery?

Mike: Kariery nie robimy, bo nie mamy ku temu preferencji, każdy z nas ma już swoje lata i kariera nam po prostu… lata. Jesteśmy brzydcy, laski na nas nie lecą, a my wolimy dłubać swoje, robiąc jakąś minimalną promocję. Kto będzie chciał dotrzeć do naszej muzyki, z pewnością to zrobi. To żadne poczucie elitarności, raczej wygoda. Masz rację, siedem lat to mnóstwo czasu, ale przy krajowym sposobie wydawania płyt i tak mamy szczęście, że puściliśmy w świat już dwie. Co do etapu, nagrywamy obecnie z Vexatusem drugi album, a jak zakończymy działania, zajmiemy się próbami na trzecią płytę KE.

Svart: 7 lat to, jak dla mnie, już całkiem spory szmat czasu. Zespół jest obecnie w nieco rozciągniętym w czasie etapie tworzenia podwalin pod nagrywanie trzeciej płyty. Po przerwie letniej wznowimy próby i spłodzimy bestię. Zawrotna kariera w black metalu? Nie przychodzi mi do głowy żaden zespół, który gra tradycyjnie zorientowany BM i jest popularny (tak bo Wy gracie tradycyjnie;] dop. Ef). Poza tym, jak rozumieć karierę? To bycie w mainstreamie i zarabianie mnóstwa kasy na wielkich festiwalach czy bycie „legendą” sceny? (to akurat dobre pytanie dop. Ef) Nam to do niczego potrzebne nie jest, a zainteresowanie fanów to rzecz kapryśna, więc dziś możemy być anonimowi, a jutro ktoś sobie o nas nagle przypomni. Może też pozostać tak, jak jest.

I w zasadzie pytanie wynikające nieco z drugiego. Może przyczyny dopatrywać należy w tym, że gracie zbyt rozbudowaną formę muzyki i jakby targetu Wam brak. Dla fanów powiedzmy Riverside jesteście za mocni, dla ortodoksów zbyt progresywni, a dla młodych adeptów zbyt trudni w odbiorze?

Mike: Fani Riverside nas nie interesują, nie znajdą w naszej muzyce progresywnego „piękna”, to nie ten kierunek. Ortodoksi niech słuchają Trollech i Vlad Tepes, albo niech sądzą, że black metal trzeba grać z brzmieniem i aranżacjami wczesnego Darkthrone. Trudno. Mamy własną ścieżkę, własną do, jak mówią Japończycy i bycie na uboczu jak najbardziej nas satysfakcjonuje. Nie mamy do spełnienia żadnej dziejowej misji, nie nawracamy nikogo naszą muzyką, nie mamy żadnego ważnego przesłania dla ludzkości. Młodzi adepci może z racji wieku powinni być najbardziej chłonni, sam pamiętam te dziewicze odkrywania muzyki, gdy miałem lat kilkanaście, ale z drugiej strony są rozleniwieni siedzeniem przed Fejzbukiem i ściąganiem System of a Down, więc wiesz, też nie ten cel. Jest dobrze, jak jest, coś po sobie zostawiamy, a recenzje są najlepszym świadectwem tego, że robimy wartościową muzykę. A jak ktoś przy okazji nas sobie posłucha, to i jeszcze lepiej. Co do młodych, rozmawiałem ostatnio z nastoletnimi. aczkolwiek pełnoletnimi już fanami Behemotha, którzy nie znali… Morbid Angel.

Svart: My naprawdę nie nagrywamy muzyki dla nikogo poza sobą samymi. Nie staramy się wstrzelić w tendencje i zapatrywania tzw. rynku czy podziemia. Gramy to, co w nas siedzi – po to ten zespół powstał. Wystarczy mi jedna szczera opinia osoby, choćby i obcej, która powie mi, że nasza muzyka ją zachwyciła. Spływa po mnie jakakolwiek krytyka naszej twórczości, bo z definicji nie staramy się spełnić jakichś oczekiwań. A co do charakteru naszej muzy: zawsze coś będzie dla kogoś za ostre, a coś zbyt rozbudowane. Zwolennicy tradycyjnego, brudnego i stosunkowo prymitywnego BM nie mają w naszej muzie czego szukać – podobnie jak fani black metalu progresywnego – więc zarzucanie nam, że nie spełniliśmy czyichś oczekiwań jest z gruntu pomyłką. Skoro ktoś lubi stylistykę surowizny pokroju Horna czy Behexen, to niech tego słucha, a nie wylewa na nas pomyje, że tak nie gramy. Jesteśmy, jacy jesteśmy, i jeżeli komuś coś u nas nie odpowiada, to niech nie słucha. Nasza muzyka nie ma etykiety, więc albo się podoba i nikt nie utyskuje, że to czy tamto, albo się nie podoba. Wolna wola.

Do odbioru Waszej muzyki dochodzi jeszcze zarówno w przypadku debiutu, jak i „Regnum Dei” koncept liryczny, który wymaga od słuchacza wczytania się w tekst, a być może nawet zgłębienia tematu w książkach historycznych. Nie wymagacie za dużo od słuchacza? Płyty tego typu mają sens? A może lepiej skupić się na śpiewaniu o siarce, piekle, trupach, flakach w prostych żołnierskich słowach?; ]

Mike: No, nie przesadzajmy, metal to nie jest muzyka dla przeintelektualizowanego towarzystwa, ono zawsze tę muzykę przeklnie za plebejskość. Nasze teksty to też żadna poezja, to po prostu pasujące do muzyki historyczne opowieści, ale nieopowiadające o pierdołach. Sam lubię dużo wymagać od muzyki, więc to dla mnie komplement. Z drugiej zaś strony wcale nie gramy jakiejś trudnej, czy wymagającej muzyki. Ja wiem, że jak się radia słucha, to myśli się, że trzy minuty to już długa piosenka, a nasze mają nieraz ponad dziesięć, więc parę osób może zasnęło przy zassanych plikach. Zgłębianie tematu zawsze jest pouczające, ja tam lubię, gdy tekst mnie czymś zainteresuje, potem można sięgnąć po źródło pisane i się dokształcić. O trupach i siarce pisać może i jest wdzięczniej, bo podbija się niewieście serca metalówek, którym takie liryki srogo się podobają, ale my postanowiliśmy inaczej. Metalowe teksty w większości są po prostu głupie i to może nawet nie te o zombiakach i śmierci, bo tego typu death metal to zabawa konwencją i przeniesienie do muzyki klimatu horrorów klasy C. Mnie najbardziej rozwalają te w konwencji mroczno – okultystyczno – gotyckiej, albo te, w których podmiot liryczny wciela się w Wertera. To ma być metal?

Svart: No to żeś się wypuścił. Pierwsze słyszę, żeby nasze teksty zmuszały kogoś do sięgania po książki historyczne (a nie uważasz, że dobrze było by wiedzieć, co to kurwa te krucjaty były? ; ]- dop. Ef). Teksty są po to, żeby je czytać. Uważam tak od dawien dawna, a pisanie liryków tylko po to, żeby o czymś drzeć mordę do muzyki to dla mnie jakiś absurd. Ja od słuchacza niczego nie wymagam: jeżeli po lekturze naszych tekstów zechce pogłębić tematykę zarazy z XIV wieku czy krucjat, to w porządku. Jeżeli nie zechce, to też w porządku. Cieszyłbym się, gdyby ktoś je chociaż przeczytał, bo są ważne. Skoro mówisz, że nasze teksty są trudne w odbiorze, to co powiesz o rozbudowanych opowieściach Daniego z CoF (od wielu lat mi imponują formą) (nie chcesz wiedzieć co powiem dop. Ef) czy Aarona Stainthorpe’a z MDB? Jest całkiem dużo kapel, gdzie teksty są o wiele trudniejsze i bardziej niejednoznaczne, niż u nas. A trupy, siarka i flaki? Nie widzę sensu nas o to pytać, bo jasno widać, że to zły adres. Zostawiam taką tematykę tym, którzy się w niej odnajdują. Nie uważasz, że jest tego w metalu tak wiele, że cały gatunek dostał za to łatkę zdziecinnienia? Mnie się już takich tekstów nawet nie chce czytać.

Z historią jak wiadomo jest tak, że piszą ją zwycięzcy. Krucjaty szczególnie w szkołach przedstawiane są dość jednoznacznie. Jak rozumiem nie bardzo Wam podchodzi taka kolej rzeczy i staraliście przedstawić pewne informacje pomijane w szkołach? Ja na ten przykład rozmawiałem kiedyś o krucjacie dzieci z 1212 roku z osobnikiem młodym (około 21 letnim) twierdzącym, że historia tamtego okresu to jego konik, który nie miał o niej pojęcia, bo w szkole nie mówili(!).

Mike: Ciężko mi uwierzyć, że ktoś mógł nie wiedzieć o istnieniu krucjaty dziecięcej, ale skoro ustalono już dawno, że poziom wiedzy w społeczeństwie spada, nie powinno mnie to dziwić. Skoro są ludzie, niewiedzący, jakie miasto jest stolicą Polski, to takie zaawansowane informacje to dla nich zupełny kosmos. Krucjaty to dość metalowy temat i podejrzewam, że są inne kapele, które o nich pisały. Teksty napisał Svart, jedynie „The Grand Adversary” zrobiliśmy razem, więc pewnie on powie Ci więcej na ich temat.

Svart: Mnie w ogóle mało „podchodzi” sposób uczenia historii w szkołach, bo jest ogólnikowy, zbyt schematyczny, a często na tyle uproszczony, że aż przekłamany. Nie uczy się patrzenia na historię jako ciąg zdarzeń, a raczej jak na serial, gdzie każdy kolejny odcinek wcale nie musi wynikać z poprzedniego w sensie logicznym (święta kurwa prawda dop. Ef). Z krucjatami to akurat taka historia, że zawsze drażniło mnie mówienie o nich jako o zdarzeniu pozytywnym. Tymczasem była to orgia przemocy i walka pomiędzy dwoma wielkimi systemami społeczno-religijnymi, z których każdy rościł sobie prawo do „prawdziwej prawdy”. Brzydzę się ludźmi czy systemami filozoficzno-religijnymi, które uważają, że mają monopol na prawdę i legitymację do kierowania ludzkimi losami. Krucjaty zmieniły bardzo wiele w historii świata, że wspomnę tylko zamęt, jaki zasiały one na Bliskim Wschodzie (do dziś widać tego skutki), ale same w sobie nie miały w sobie nic wielkiego czy świętego. To była wielka, grabieżcza awantura, regularny podbój i próba zdominowania świata (to samo robiło wielu przed nimi i po nich), narzucając chrześcijaństwo niemal całemu światu. O tym mniej więcej są nasze teksty, a także o chciwości, zbrodni i zasłanianiu się religią, aby siać pożogę i zniszczenie. O tym się w szkołach nie mówi, bo nie wypada, gdy nad drzwiami wisi krzyż. A że ktoś nie słyszał o krucjacie dziecięcej? O niej się właściwie w ogóle mało wie, bo to była jakaś hybryda, niemal zbiorowe uprowadzenie setek dzieci. Nie wiadomo nawet co się z nimi stało, bo przepadły bez wieści. W stosunku do innych, stricte militarnych krucjat, ta dziecięca była z pewnością niesamowitym dziwactwem, ale to my to tak widzimy. W tamtej epoce z pewnością wielu uważało, że te dzieci uratują honor chrześcijaństwa.

Pytanie jeszcze z gatunku „moja prawda jest bardziejsza”. Powiedzcie mi, czy Waszym zdaniem różni się radykał głoszący poglądy jednoznacznie wskazujące, że jest ślepo zapatrzony w religię katolicką, od osoby, która stoi po drugie stronie wypowiadając się jednoznacznie negatywnie na ten temat. Nie uważacie, że ci którzy drą się zabić wszystkich katoli nie stawiają w zasadzie po tej samej stronie barykady co katolicy krzyczący „Islam to zło”?

Mike: Wszelki ślepy fanatyzm jest bez sensu, czy to katolicki, islamski, satanistyczny, czy związany ze sportem. Zamyka on na argumenty drugiej strony. Nie lubię żadnego fanatyzmu i pewnie nie reprezentuję typowej postawy dla środowiska metalowego, ale mam to w dupie. Fanatyzm muzyczny, metalowy też jest idiotyczny. A są ludzie, którzy uważają, że słuchając metalu, nie możesz fascynować się na przykład elektroniką, czy popem. To dziecinne i debilne, ale to nie są ludzie młodzi, co stanowi dodatkowy smaczek. Natomiast jeśli o islam idzie, widzę spore niebezpieczeństwa z nim związane, przede wszystkim jeśli spoglądam na Europę Zachodnią, która przegrywa właśnie cywilizacyjną wojnę z mahometanizmem. Jestem ciekawy, jak ci wszyscy walczący z chrześcijaństwem metalowcy odnaleźliby się w Arabii Saudyjskiej, czy Afganistanie, czy również mieliby odwagę krzyczeć przeciw religii. Dlatego nie przyłączam się do chóru.

Svart: Sam sobie właściwie odpowiedziałeś. Oczywiście, że wszyscy fanatycy to ten sam gatunek ludzi. Nie ma znaczenia, czy nawołujesz do tego czy innego działania podpierając się jakimiś wzniosłymi hasłami, czy robisz to z wewnętrznego przekonania o słuszności swoich poglądów, jeżeli efektem końcowym jest agresja i walka z tzw. przeciwnikami. Dopóki ludzie będą na siebie wrzeszczeć i walczyć o wmuszenie swojej wizji świata innym, dopóty fanatyzm i radykalizm będzie kwitł w najlepsze. Nie znoszę, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza, a sam wyznaję zasadę „żyj i daj żyć innym”, więc wszelkie ekstremizmy są mi całkowicie obce. Ludzie niech sobie żyją, jak chcą, byle szanowali takie samo prawo u innych. Spory religijne to akurat trochę inna rzecz, bo dotyczą fundamentów cywilizacji i ludzie nauczyli się wierzyć, że ich religia jest słuszniejsza od innych, zamiast dostrzegać w nich podobieństwa. Nie będę oceniał zjawiska samej wiary, ale na tym przykładzie akurat widać, że na religijnej glebie wyrosły jedne z największych radykalizmów znanych w dziejach. Bez religii nie byłoby całego morza przemocy, co oczywiście nie oznacza, że ich brak cokolwiek by zmienił. Agresja i fanatyzm jest wpisany w gatunek ludzki. Tego się nie da zmienić.

Wróćmy na muzyczne tory. Wiem, że macie takie samo zdanie na temat robienia recenzji z mp3 jak ( no przynajmniej Mike), dlatego też zapytam. Lejecie całkowicie na ten format, ostro kupujecie płyty i ewentualnie inne gadżety. Czy raczej od wielkiego dzwonu? A może internet nie służy Wam tylko do wyszukiwania nowych zespołów, ale bezczelnego zdzierania całych albumów ?!? ;]

Mike: Wyobraź sobie, że włamię Ci się do chaty, a potem ją opiszę w magazynie wnętrzarskim. Myślę, że wyjaśniłem, co sądzę na temat robienia recek z mp3, to skurwysyństwo i koniec. Mowa oczywiście o tych kradzionych, bo coraz więcej stajni w takim formacie udostępnia proma albumów, ale taki duch czasów. W zespole wszyscy kupujemy płyty, dla mnie nośnik jest podstawą, jeśli chcę słuchać muzyki, kupuję ją. Tylko w tym miesiącu zdobyłem około dwudziestu albumów i mam plany na kolejne. Żadne ściąganie mp3 nie może się równać takiej realizacji własnej pasji, koniec kropka. Mp3 służy mi przede wszystkim do zapoznania się z nową kapelą, ewentualnie z nową płytą, jeśli nie jestem pewien jej kupna. Natomiast są zespoły, które biorę w ciemno, na przykład Voivod, czekam też na nowy Primordial i nawet nie chciałem ich sprawdzać. Miło zedrzeć folię z płyty, potem ją włożyć do odtwarzacza i czekać na pierwsze dźwięki, gdy jest się fanem kapeli.

Svart: Jestem kolekcjonerem, więc posiadanie oryginalnego albumu zespołu, który cenię, to dla mnie zawsze priorytet. Co do mp3 to chyba czas już skończyć demonizowanie tego zjawiska, bo nie ten format pliku jest zły tylko ludzie, którzy wrzucają w Sieć przeformatowane albumy (zakładam, że w ten sposób trafiają do Internetu wszelkie proma wysyłane do recenzji czy kradną je już na etapie produkcji). Złem jest i nagminne ściąganie z Sieci, ale i ceny płyt czy zbrodnicza polityka wielkich stajni wydawniczych, które same okradają zespoły. Ja także słucham mnóstwa muzyki z Sieci, aby dowiedzieć się, co naprawdę jest warte zakupu, a co nie. Nie widzę w tym nic złego, bo tym nie handluję, tylko słucham sam dla siebie, a potem kasuję z dysku. Od wielu lat powtarzam jak mantrę: stwórzcie system abonamentów, które uprawniają do pobierania muzyki z Internetu i zmniejszcie ceny płyt, a piractwo przestanie być tak nagminne.

Co ostatnimi czasy zafascynowało muzyków Kalot Enbolot? Aby było jasne mam na myśli muzykę, a nie polityczne przepychanki w naszym kraju.

Mike: Mnie fascynuje coraz więcej. Kiedyś ponad połowa słuchanych przeze mnie rzeczy to był metal, teraz jest to może jedna czwarta, czy piąta. Prawie w każdym gatunku potrafię się odnaleźć, dlatego nieraz ograniczam się z poszukiwaniami, bo te mogłyby skończyć się niechybnym bankructwem. Co do muzyki, z metalu spodobał mi się ostatni Autopsy, pociągnąłem pliki, posłuchałem dwa razy, wywaliłem i właśnie czekam na płytę. Rozkawałkował mnie ostatni Mitochondrion, kanadyjski wyziew, chaotyczny i srogi, porównywany do Angelcorpse i Blasphemy, ale ja tam słyszę kupę awangardy. Z innych rzeczy – Lykke Li – popowa wokalistka ze Szwecji, polski Twilite – akustyczne granie, u nas zupełnie niemodne, a ponoć cały Zachód się takimi rzeczami jara. Z rzeczy nienowych, odkryłem muzykę Art Zoyd – to awangarda pełną gębą, z Francji, oraz dwie kapele progresywne – Opus Avantra i Shub Niggurath, ale niemające niczego wspólnego z nudnym graniem w stylu studenckim. Progresja oznacza tu awangardowość, związki z muzyką współczesną, rytmiczne połamanie, małą melodyczność. Z rzeczy zachowawczych, jaram się ostatnio australijskim Crowded House, grają takiego przestrzennego pop – rocka. No i skoro odpowiadam na ten wywiad ratami, mogę już dodać, że Autopsy gniecie, a i Primordial niegorszy. Do tego, pewnie jestem w zespole w mniejszości, ale rozgniata mnie coraz bardziej nowy Morbid Angel.

Svart: Z fascynacjami mam problem, bo rzadko co powala mnie dziś na kolana. Z polskiego podwórka od dawna śledzę poczynania Furii i robi na mnie wrażenie, a z nowych to Oremus czy choćby najnowszy Azarath i Mastiphal. Potężnym ciosem był dla mnie nowy Primordial, który nagrał płytę-pomnik, a także Burzum, który uważam za naprawdę znakomity album. Do tego odkryłem po latach szwedzki Nominon, który jakoś mi umknął. Obecnie jestem w okresie przerabiania staroci i wracania do albumów sprzed wielu, wielu lat. Nie starczyłoby miejsca, aby je tu wszystkie wymienić. Wciąż czekam na płytę roku 2011 i liczę, że może Machine Head zbliży się do tego tytułu, bo mam na nich wielki apetyt. Polecam również najnowszą EP Marduka – prawdziwy gwóźdź prosto w łeb! Z rzeczy niemetalowych to Animal Alpha (z panią, która wystąpiła w teledysku „Gateways” Dimmusów) i najnowszy album Rome – majstersztyk!

A właśnie, polityka. Utarło się takie przekonanie, że metalowcy w zasadzie mają w dupie politykę i wszystko co z nią związane (no może poza thrash metalem i Napalm Death). Ja Wy postrzegacie ten temat? Jakby na niego narzekał, to ciężko nie mieć świadomości, że ma on jednak wpływ i na zwykłego Kowalskiego?

Mike: Interesuję się polityką, bo inaczej ona może zainteresować się mną. Cóż gadać, nie uciekniemy od niej, a robi się coraz ciekawiej na naszym podwórku. Jeszcze kilka akcji rządu i poczujemy się jak na Białorusi (tu akurat się nie zgadzam, ale rozpisywał się nie będę dop. Ef). Może Kalot Enbolot nie jest odpowiednim tworem do wrzucania doń tekstów politycznych, ale uważam, że nie trzeba śpiewać o rzeczach, które są ucieczką od współczesnego świata. Tu najlepszym przykładem są kapele thrashmetalowe, które – mimo że lewackie w większości – jednak od tej polityki nie uciekają. Trzeba najbardziej uważać nie na tych, którzy marzą o rządach silnej ręki, ale o tych, którzy mają wypisane na sztandarach uszczęśliwienie ludzkości. Kochasz ludzkość – nienawidzisz człowieka – to zasada wciąż żywa i aktualna. Polityka miłości? Przeczytajcie „Rok 1984”, gdzie opisano, w jaki sposób ona się kończy.

Svart: Politykę interesuję się o tyle, że lubię wiedzieć, co się gdzie dzieje, ale świadomość, że nie mam na to wielkiego wpływu skutecznie mnie od niej odwodzi. Jestem człowiekiem chadzającym własnymi drogami, a polityka to zjawisko stadne, więc nam nie po drodze. Cenię bardzo Napalmów za ich zdroworozsądkowe podejście do wielu aspektów naszej niby-wspaniałej cywilizacji, ale o takiej tematyce trzeba pisać z głową i mieć coś do powiedzenia. Inaczej zamienia się to w tubę radykalizmów i propagandy, a tego nie lubimy.

Na trzeciej płycie z tego co wynalazłem informację chcecie lirycznie podejść do tematyki z perspektywy historii dość świeżej, czyli obozów przymusowej pracy w Rosji z początku lat trzydziestych do 1957. Myślicie, że Wam się to uda? Ostatnio w kwestii liryk dotyczących tego typu świeżych tematów słyszałem nowy Thy Worshiper (promo w zasadzie) im się udało. Słyszeliście może?

Mike: W kwestii Thy Worshiper zatrzymałem się na kasecie „Popiół”, która całkiem niezła była. Późniejszych rzeczy nie słyszałem. Wpadłem na pomysł tekstów już ponad rok temu, mam napisane cztery, ale niewykluczone, że jeden jeszcze rozbuduję o pewne partie. Jeden ma napisać Svart, więc proporcje się odwrócą na „Kaźni”, bo tak się będzie zwał nasz trzeci album. Sądzę, że temat jest ciekawy i pasuje do zimnej, blackmetalowej muzyki, a uprzedzając krzyki, że znów nie będzie diabła, spieszę wyjaśnić, że Kołyma, Syberia, czy Workuta to czyste zło i czysty szatan. Dzieci z pomalowanymi ryjami mogą sądzić inaczej, ale dopóki noszą do szkoły farby do twarzy obok podręcznika do geografii i zeszytu do religii, niech się zamkną i poczytają trochę książek. Czy nam się uda? Zobaczymy, pomysły są, zarówno tekstowe, jak i muzyczne, niedługo wznawiamy próby, więc damy z siebie wszystko.

Svart: Nie, Thy Worshipher nie słyszałem, ale dobrze wiedzieć, że coś dłubią. Gdybyśmy myśleli, że się nam nie uda, to byśmy nie próbowali. Za wcześnie jednak o tym mówić. Dodam tylko, że perspektywa tworzenia tej płyty napawa mnie entuzjazmem. Dla KE będzie to na pewno coś zupełnie odmiennego, a jednocześnie bliskiego esencji tego, co chcieliśmy robić, więc wierzę, że efekt nas zadowoli. A opinie innych? Sam wiesz, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, więc poczytam sobie recenzje i może się czasem uśmiechnę.

Czas powoli kończyć tę rozmowę, a na koniec łyżka dziegciu. Co Was podkusiło zrobić cover Cure? Wokal jest jakiś taki obok, kompletnie oderwany i psuje to dla mnie całość. Jakby ktoś zaczynał słuchać płyt od końca to by Was wyłączył po tym utworze, a to przecież błąd;] Dobrze, że takich ludzi mało jest.

Mike: Ej, no nie jest taki zły, słyszałem gorsze covery.:) Znasz „Love will take us apart” Joy Division skopany przez Moonspell, albo „Light my fire” Doorsów zdewastowany przez Amorphis? A nie ma się co spodziewać, że cover będzie lepszy od oryginału, to się zdarzyło tylko Voivod przy ich przeróbkach Floydów. To ciekawostka, hołd złożony kapeli, dlatego też znajduje się na końcu, możesz go wyłączyć, skoro Cię wkurwia.:)

Svart: A ja go wolę od oryginału, bo nie jest taki nużący. Tobie się nie podoba, innym się podoba i dla mnie to normalne. Spróbowaliśmy się z zupełnie inną stylistyką i wyszło nam to na tyle dobrze, że trafiło na płytę. Istnieją o wiele gorsze covery, które rujnują klasyki, a te wymienione przez Mike’a to tylko garść przykładów.

Dzięki panowie za wywiad! Przy okazji na koniec słowo od Was i może przedstawicie swoje plany na najbliższą przyszłość.

Mike: Również dzięki za pytania, plany mamy, chcemy wydać w niedalekiej przyszłości „Kaźń”, ale najpierw musimy skończyć sesję dwójki Vexatusa. A potem nikt z nas nie wie, co będziemy robić dalej, nie planujemy kariery, ani występów w „Mam talent”. Wypatrujcie trzeciego albumu, gwarantujemy, że skopiemy dupska malkontentom.

Svart: Dzięki za zainteresowanie zespołem. O planach już była mowa wcześniej. Priorytet to przygotować do nagrywania album „Kaźń” i potem zrobić z niego arcydzieło, za które dostaniemy ciężarówkę pieniędzy. Pozdrawiam!