Przeprowadzać wywiady z takimi osobami jak Cyprian to sama przyjemność. Po pierwsze – w tekście nie musiałem poprawić ani jednego przecinka, a zdziwilibyście się, co czasem przysyłają artyści, gdzie błąd ortograficzny przysłaniany jest przez makabryczną interpunkcję i okraszony literówkami na dodatek. Potem mamy empirycznie potwierdzone powiedzenie, że mądrego to i dobrze posłuchać, bo kolega redaktor slesz artysta prawi dużo i z głową. No i na koniec, wisienka na torcie – najnowszy album In Twilight’s Embrace, który zapewne zaskoczył niejednego, w tym i mnie. Świetna muza, świetny koleś i świetny – w mojej skromnej opinii – wywiad. 

Hailz Cyprian! Zamiast srać się z miłymi wstępami, przejdźmy od razu do konkretów. Przyznam, że przed wydaniem „The Grim Muse” In Twilight’s Embrace znałem na zasadzie „wiem, że istnieją” i nie słyszałem żadnego Waszego pełnego materiału. Jak dostałem trzeci numer w swoje łapy – wywaliło mnie z kapci. I wiem, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. To co, możemy mówić o nowym otwarciu?

iteCyprian: Do wszystkich tych szumnych deklaracji o nowym otwarciu, wejściu na kolejny poziom czy zmianie formuły zespołu podchodzę z dystansem. Zostawiam je więc specom od PR-u, którzy przez lata skutecznie już te frazesy zarżnęli i pozbawili znaczenia. Z drugiej strony coś jest na rzeczy, bo wraz z wydaniem trzeciej płyty sprawy weszły dla nas na właściwą trajektorię. Więcej osób zauważa In Twilight’s Embrace, „The Grim Muse” ma nieporównanie więcej recenzji niż poprzedniczka i są to przeważnie recenzje bardzo dobre, więc skłamałbym, gdybym powiedział ci, że nas to wszystko nie cieszy.

O.: Zwiększeniu zainteresowania Twoją kapelą w Podziemiu na pewno nie pomagało określenie waszej dotychczasowej stylistyki, czyli melodic death metal czy tam metalcore nawet. No ja na przykład mam na te gatunki alergię i z zasady nawet nie włączam muzyki ometkowanej w ten sposób. To co teraz gracie Twoim zdaniem?

C.: Fakt, nie gramy jak kopiści Blasphemy w kapturach i łańcuchach, ani miłośnicy dysonansów, co na wejściu sytuuje nas poza radarem przeciętnego zjadacza gruzu. Ale nie mamy bynajmniej ochoty nikogo za to przepraszać. Myślę też, że dobrze by było odczarować określenia, którymi zwykło się opisywać to, co gramy lub graliśmy. Bo w czasach, kiedy metalowcy woleli zapierdalać po lesie w czarnych golfach i snuć symfoniczne pasaże w blasku księżyca, a inni rozkochiwali się w graniu death metalu na sześciostrunowych basach i gitarach bez główki, to właśnie w kapelach z pogranicza metalu i hc znajdowaliśmy mnóstwo niebezpieczeństwa i radykalnych treści. A zarazem zespoły te – jak Arkangel, Liar, Morning Again czy stare Heaven Shall Burn – były kompletnym przeciwieństwem tego, co dziś zwykło się nazywać metalcorem. Podobnie sprawa ma się z melodyjnym death metalem. Bo gdzie starym płytom At the Gates czy Sentenced do tego, co dziś robi np. In Flames czy inny Soilwork. Przecież to są kompletnie przeciwne bieguny. Wracając do twojego pytania, to In Twilight’s Embrace gra death metal. Sporo w nim melodii, ale równie dużo odpowiednio skanalizowanego wkurwienia i niechęci do bliźniego.

ite1O.: Słuchając „The Grim Muse” dochodzę do wniosku, że idealnie udało się Wam wyważyć melodię z pierdolnięciem. Nie jest to łatwe. Bo zazwyczaj wyjdzie albo pierdolnięcie albo melodia. Ale ja się zastanawiam, skąd w ogóle brutalizacja muzyki In Twilight’s Embrace? Im człowiek starszy tym bardziej wkurwiony?

C.: To dobry trop. Im człowiek starszy, tym bardziej pełen wątpliwości. Z tego właśnie poniekąd zrodziła się „The Grim Muse”. Ze zwątpienia, rozczarowania pewnymi wzorcami postępowania, które z czasem okazały się nijak mieć do rzeczywistości, którą trzeba było chwycić za mordę samemu. Pamiętam, że kiedy zaczynaliśmy robić pierwsze numery na ten album, ja byłem w totalnym życiowym rynsztoku i musiałem na nowo poskładać się z tej rozsypki. Słuchając dziś naszej nowej płyty, jestem dumny, że udało mi się przekuć to poczucie bezsilności w tak mocny materiał.

O.: Może to trochę niesprawiedliwe, ale na ile wzmożone zainteresowanie Waszą trzecią płytą jest efektem tego, że jest to po prostu zajebista muzyka, a na ile efektem tego, że została wydana w Arachnophobia Records, która po pierwsze ma szerokie kontakty w podziemiu, po drugie nie schodzi poniżej pewnego poziomu, apriorycznie więc założyć można, że „The Grim Muse” po prostu warto posłuchać?

C.: Rola wytwórni jest tu niezaprzeczalna. Nie tylko zresztą dlatego, że w ostatnich miesiącach nakładem Arachnophobii ukazało się dużo mocnych materiałów, bo to w naturalny sposób generuje zainteresowanie kolejnymi wydawnictwami. Czas pokazał, że Krzysiek, funkcjonując na w pełni niezależnych zasadach, zawodowo podchodzi do promocji płyt, które wydaje. Nie chce, żeby zalegały po kątach w magazynie, ale robi co w jego mocy, by o nich pisano, rozmawiano z zespołami, przez co zainteresowanie rośnie jeszcze bardziej. Czuję to zwłaszcza po ostatniej płycie, która nie miała praktycznie żadnej promocji. Z tej perspektywy, przeskok, jakiego doświadczyliśmy wydający „The Grim Muse” w Arachnophobia Records jest ewidentny.

ite2O.: Już w recenzji to napisałem, że nie ujmując nic Krzysztofowi i Jego wytwórni spokojnie moglibyście się znaleźć w takim Century Media Records z uwagi na odbiór „The Grim Muse” jako całości, od brzmienia, przez kompozycje, po wszystkie selling points. Wyobrażasz sobie swoją kapelę w takim majorsie? No i biorąc pod uwagę taką właśnie hipotetyczną sytuację, że wydaje Was na przykład Century Media – myślisz, że In Twilight’s Embrace przetrwałby lawinę typowego polaczkowatego hejtu skierowanego tradycyjnie w stronę tych, którym udało się coś więcej niż innym?

C.: Wyobrażam, choć znam swoje miejsce w szeregu i wiem, jak mogłoby się dla nas skończyć wejście w alians z dużym labelem na tym etapie działalności. Ktoś powie: na co czekasz po tych 10 latach grania? Ale my przecież nie jesteśmy zespołem, który gra regularne, długie trasy poza Polską i świadomość tego, co robimy była do tej pory bardzo niewielka. Zaczyna się to wprawdzie teraz zmieniać, i dobrze, ale to w mojej ocenie za mało, by wytwórnia formatu Century Media – po wykupieniu przez Sony będąca już przecież oficjalnie metalowym majorsem – miała pretekst do podpisania z nami papierów i inwestowania w naszą działalność. Startowalibyśmy z zupełnie innego pułapu niż – dajmy na to – At the Gates, Grave czy Tribulation, które nawet jeśli nagrałyby coś słabszego, są markami generującymi stały popyt. W porównaniu z nimi, sporo roboty jeszcze przed nami i dopóki to możliwe wolę tę robotę wykonywać na partnerskich, zdrowych zasadach i bez niedopowiedzeń. Obecny układ z Arachnophobią daje mi ten komfort. Co do polskiej zawiści, to jest to coś zwyczajnie niezdrowego, więc nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł na dłuższą metę zaspokajać się tocząc jad z pyska. Outre podpisało właśnie papiery z Debemur Morti. W pierwszej kolejności pomyślałem sobie „wow”, po ułamku sekundy zaczęła dobijać się do głosu jakaś dziwna zazdrość. Kompletnie irracjonalna zresztą, bo przecież przypadek taki jak ten chłopaków z Krakowa, to nic innego jak sygnał, że nawet polska kapela może w krótkim czasie zajść tak daleko i zainteresować sobą tak prestiżową wytwórnię.

O.: Dobra, nie mogę sobie odmówić poruszenia tego tematu. Poza tym zapewne każdego interesuje, jakim cudem na „The Grim Muse” zaryczał On… Jakieś zdanie lub pięć wyjaśnienia? Wszak nie u każdej polskiej kapeli na krążku zaryczy było nie było legendarna postać jeśli chodzi o death metalową scenę… Jak również i o polskich muzykach możesz opowiedzieć – dlaczego tacy, a nie inni?

ite3C.: Wszystkich trzech wokalistów, którzy gościnnie udzielili się na płycie łączy jedno – z każdym z nich się znam. Każdy z nich również w tych lub innych okolicznościach słyszał kiedyś In Twilight’s Embrace i kiedy zaproponowałem im udział w nagraniach, bez mrugnięcia okiem zgodzili się zaśpiewać na „The Grim Muse”. Zarówno Rambo z Bloodthirst, Paweł z The Dead Goats i Tompa Lindberg. Twoje pytanie dotyczy zapewne głównie tego ostatniego (śmiech) [Eee, każdego, ja osobiście bardziej lubię Bloodthirst od At The Gates, #kolesiostwo – przyp. Oracle]. W dużym skrócie – do zaproszenia Tomasa przygotowywałem się dobre kilka lat. Nie ukrywam, że pomocna w tym była moja praca dziennikarza i tych kilka wywiadów, które przy różnych okazjach z nim przeprowadziłem. Od jednej rozmowy do drugiej, zakumplowaliśmy się. Pierwszy raz, paląc się ze wstydu, zapytałem go o to, czy byłby zainteresowany takim gościnnym występem w 2010 r., podczas Brutal Assault w Czechach. To było jeszcze przed wydaniem „Slaves to Martyrdom”, ale płyta była już nagrana, więc rzecz jasna myślałem już o kolejnym materiale. Tomas powiedział, że jeśli spodoba mu się muzyka i teksty, to nie ma problemu. Rozmawiając z nim przed rokiem, przy okazji wydania nowego albumu At the Gates, spytałem, czy nadal jest zainteresowany. Był. Podesłałem mu więc szkice utworów i po jakichś trzech miesiącach jego partie mieliśmy już u siebie.

O.: Kilka recenzji „The Grim Muse” już czytałem, choć nie za wiele, bo mam kompleks ginekologa, ale jednak… Co ciekawe, spektrum muzyczne do jakiego porównuje się Twój zespół jest dość szerokie – jedni słyszą tu szwedzki death metal, inni wciąż słyszą hardcore/metalcore, niektórzy z kolei na przykład Mayhem. I o ile każde porównanie wydaje się jakoś tam bliskie prawdy, niemniej nie masz czasem tak, że czytasz jakąś reckę i myślisz, czy osoba po drugiej stronie pióra nie pozamieniała się z członkiem na uszy?

C.: Porównania, z którymi stykałem się do tej pory w kontekście In Twilight’s Embrace jakoś szczególnie mnie nie szokowały. Wprawdzie intrygujące jest to, że ktoś słyszy u nas nawet jakieś echa Mayhem, ale jako wieloletni fan tego zespołu nie zamierzam bynajmniej protestować. Średnio śledzę ostatnio metalowe periodyki i portale, więc trudno mi odpowiedzieć na twoje pytanie w ich kontekście, ale nie będę chyba oryginalny, mówiąc, że kilkakrotnie uśmiechnąłem się czytając cytowane przez kolegów wynurzenia użytkowników pewnego forum na temat płyt polskich zespołów BM.

ite4O.: Hehe, pozdrawiamy forum… Ok, nie wiem, czy nie wydobywam teraz tajemnic alkowy, ale co tam, najwyżej zlejesz pytanie moczem gęstym, a ciepłym. Po internetach krąży opis szufladki, w której porusza się In Twilight’s Embrace, mianowicie „wegecore”. Skąd taki opis? Który z Was nie jada mięsa i dlaczego, a także jakie przełożenie ma to na muzykę, heh?

C.: To proste: nie dość, że nasze korzenie tkwią w scenie hardcore/punk, to jeszcze jesteśmy lewakami i większość z nas nie je mięsa. Wiesz, dzisiaj wege, jutro homo (śmiech). Z taką łatką w oczywisty sposób stanowimy zagrożenie dla Białej Europy opartej na haśle „chłopak i dziewczyna – normalna rodzina” oraz zakazie jeżdżenia jednośladem. A tak na poważnie, to większość z nas nie je mięsa, bo nie jest ono nam do niczego potrzebne. To jeden z najlepszych wyborów, jakie podjąłem w życiu i przez te dwanaście lat nie żałowałem go ani przez moment. Wiem, że wygadując takie rzeczy na łamach podziemnego metalowego portalu pewnie narażam się na podśmiechujki i kpiny wszelkiej maści prawdziwków, ale w gruncie rzeczy co mnie to obchodzi? Przemocą wobec zwierząt brzydzę się dużo bardziej niż przemocą wobec niektórych ludzi. Co do samego opisu naszej muzyki, to już nie pamiętam, kto go wymyślił. Być może był to nasz wydawca, a być może znany i lubiany piosenkarz z pewnej prawilnej hordy blackmetalowej – obaj mięsożercy, z którymi jak widzisz potrafię żyć w zgodzie i dowcipkować do woli.

O.: Hehe, bo po co się spinać… Nie koncertujecie często, a raczej dość sporadycznie. Skąd taka sytuacja, proza życia czy jakaś głębsza ideologia? O ile wiem jednak nadchodzący gig odbędzie się w nie byle jakim towarzystwie…

C.: To fakt, że dotychczas koncertowaliśmy raczej w kratkę. Powody były raczej prozaiczne: kiepska promocja poprzedniej płyty i zmiana na stanowisku perkusisty, do której doszło w momencie, kiedy prace nad piosenkami z „The Grim Muse” już trwały. Po tym, jak dołączył do nas Dawid, pograliśmy pojedyncze sztuki, ale priorytetową sprawą były dla nas nagrania. Pracujemy jednak nad tym, by status koncertowy zespołu zmienił się po premierze tej płyty i zapewniam, że koncert, jaki w grudniu zagramy razem z Dead Congregation we wrocławskim Firleju to zaledwie początek.

O.: Cyprian, sam jesteś recenzentem, czy też dziennikarzem muzycznym, więc znasz rzeczywistość jakby po dwóch stronach barykady. Jakie według Ciebie są więc największe grzechy, przywary zarówno muzyków, jak i recenzentów – z Twojej perspektywy? Czy pisząc jakąś recenzję masz czasem odruch na zasadzie „nie, nie opierdolę ich, bo nie chciałbym, żeby ktoś napisał w ten sposób o In Twilight’s Embrace”?

ite5C.: Wystawiając swoją twórczość do oceny, liczymy się z tym, że nie zawsze będzie ona taka, jakbyśmy sobie tego życzyli. Bylibyśmy jednak skończonymi głupkami, oczekując samych pochwał pod naszym adresem. Mieć ciastko, albo je zjeść, wóz albo przewóz. Tak to działa. Jeśli coś irytuje mnie u dzisiejszych zespołów to właśnie ta roszczeniowa postawa, że pan recenzent napisze dobrze, albo wcale. Jeszcze gorzej jest, gdy tym panem recenzentem jest znajomy. Parę razy zdarzyło mi się skrytykować płyty kolegów. Ale nie w jakiś szczególnie złośliwy sposób, raczej z wewnętrznego poczucia uczciwości. Wprawdzie nikt nie słał mi pogróżek, ale co się nasłuchałem tłumaczeń przez telefon, to moje. Przewinienia zdarzają się również po drugiej stronie – jak choćby notorycznie powtarzające się pytania w wywiadach, czy chodzenie na łatwiznę w recenzjach, które często przypominają przepisywane z materiałów prasowych komunały i nie zawierają żadnej myśli, którą autor chce się podzielić z czytelnikiem. Zjawisko to jest tym powszechniejsze, im trudniej jest o dostęp do danego materiału przed premierą. Albo w sytuacji, gdy wytwórnia łaskawie podaruje oryginalny egzemplarz, a autor czuje się zobowiązany spłacić dług wdzięczności.

O.: No kurwa, dokładnie tak samo uważam, hehe… Ok, a jakie jest Twoje zdanie na temat polskiego podziemnego i naziemnego piśmiennictwa muzycznego? No chyba, że i Ciebie dotknął tak zwany syndrom ginekologa i w zasadzie nie czytasz niczego poza swoimi własnymi wypocinami, hehe?

C.: W pewnym stopniu wszyscy takimi ginekologami jesteśmy, bo przecież nie da się przeczytać wszystkiego w krótkim czasie. Nie rzucając jednak nazwami, myślę, że to paradoksalnie najlepszy czas dla takiej żurnalistyki w Polsce. Jesteśmy w sytuacji, gdy mediów – zarówno drukowanych, jak i internetowych – jest tyle, że każdy może wybrać to, które odpowiada mu najbardziej. Są przecież na rynku rzeczy i dla totalnych żółtodziobów, i dla tych, którzy mają ochotę na głębsze wykopki. Coraz bardziej dba się o poziom zarówno językowy, jak i graficzny, coraz częściej pojawiają się tematy mimo wszystko autorskie. Choć konkurencja jest duża, to lepiej, żeby ona była niż gdyby ukazywało się jedno pismo, z jedyną słuszną linią redakcyjną.

O.: To jeszcze trochę kija w mrowisko… Powiedzmy, że pisze do Was taki przysłowiowy Kmiołek i mówi: „Fajne z Was chłopaki, chcecie zagrać trasę z Vader? Tyle, że nie za darmo, tu jest suma, a tu numer konta…” – godzicie się i płacicie i zdobywacie nowych fanów u boku takiego znanego zespoły, czy olewacie takie akcje z założenia. Co sądzisz o kapelach, które idą tą drogą?

ite6C.: Jeden powie, że to frajerstwo, ktoś inny bez cienia refleksji położy pieniądz na stół. Świat nie jest jednak czarno-biały, jak okładka „Transilvanian Hunger” i tak naprawdę wszystko rozbija się o to, czy rzeczywiście mój zespół miałby z takiej operacji korzyść w postaci zdobytych kontaktów i potencjalnych przyszłych ofert koncertowych. Jeśli miałbym jedynie łatać dziury w budżecie jakiejś podupadłej gwiazdy, nie mając w zamian nic, to oczywiście bym podziękował. Jeśli zespół miałby naprawdę szansę na godne zaprezentowanie się – wciąż byłbym sceptyczny, ale pewnie bym się zastanowił. Na szczęście coraz częściej widać gołym okiem, kto taką szansę daje, a kto nie.

O.: OK. Słucham sobie teraz akurat nowej EPki Mord’A’Stigmata, no i tradycyjnie wyrywa mnie z butów. Jako, że 2015 jest już prawie na ukończeniu, może pokusiłbyś się o podsumowanie pod kątem płyt i koncertów – najlepsze, najgorsze i tak dalej i tak dalej…

C.: To był świetny rok dla wspomnianej wcześniej Century Media. Na początku kompletnie sponiewierał mnie „Frontschwein” Marduk, po drodze świetny „Apex Predator” Napalm Death i mój absolutny numer jeden tego roku, czyli „The Children of the Night” Tribulation. Album, który z początku wchodził mi dość opornie, a później pożarł mnie w całości. Nie zapominajmy o bardzo dobrym albumie Paradise Lost. Na drugim stopniu zestawienia płyt podałbym wytwórnię Profound Lore ze względu na nowe, niesamowite krążki Abyssal i Cruciamentum. Numer trzy – prawdopodobnie najbardziej rozstrzelony – to cała masa świetnych rzeczy z Polski. Mgła, Blaze of Perdition, Infernal War, Calm The Fire. Rimbaud, Non Opus Dei, Torn Shore, The Dead Goats, Odraza, Outre, Antigama czy wspomniana przez ciebie Mord’A’Stigmata. Z ciekawością wypatruję nowej płyty Armii, jednego z moich ulubionych zespołów w ogóle. Rozczarowania były dwa: „Repentless” Slayera i „Meliora” Ghost. Natomiast koncertem roku pozostaje dla mnie „Requiem Ludowe” Adama Struga i Kwadrofonik w jednym z poznańskich kościołów w marcu. To było jak spotkanie twarzą w twarz z Otchłanią.

O.: Pytanie z życia wzięte, lżejsze trochę: czym leczycie kaca, o ile się taki u Was pojawia w ogóle? Jest to kwestia nęcąca zapewne niejednego czytelnika Chaos Vault, hehe…

C.: Mój dziadek robi najlepsze na świecie ogórki kiszone. Woda po nich wybornie uśmierza cierpienie.

O.: Ok, to było ostatnie pytanie, nie będę Was już dłużej męczył. Jeśli jednakże chcecie coś dodać, dopisać, pozdrowić czy pogrozić, poniżej jest miejsce dla Was (po prostu Wydawca dostanie trochę wyższą fakturę che che)…

Dodamy, że nie mamy nic do dodania.