Gravehill: „Wszyscy dziś tworzą muzykę, mamy przerost ilości nad jakością.”

Zawsze lubiłem Gravehill. Ich ostatni krążek skopał mi równo dupę, więc postanowiłem skreślić dla nich tych kilka pytań. Odpowiedzi od Thorgrimma dostałem w mniej niż dwadzieścia cztery godziny. To fajnie. Mniej fajnie, że niektóre pytania trochę olał, no ale to już nie moja wina. Tak czy siak, zachęcam Was do zapoznania się z „The Unchaste, The Profane & The Wicked”, bo to taka esencja metalu. Endżoj.

Oracle: Hailz! Przede wszystkim gratuluję udanego powrotu za sprawą „The Unchaste, The Profane & The Wicked”. Już od pierwszego odsłuchu skopał mnie po dupie i w zasadzie tak jest za każdym razem. Czyli tak naprawdę chwilowa przerwa nie była czymś najgorszym w Waszym przypadku? Szczególnie, że sporo maniaków postawiło na Was kreskę po tym jak szeregi opuścił Mike Abominator…

Thorgrimm: Dzięki, doceniam Twoje wsparcie dla „The Unchaste, The Profane & The Wicked”. Cóż, w 2016 roku wypuściliśmy jeszcze winylowy split ze szwedzkim Mordbrand, który został też wydany na taśmie przez Dark Descent Records. Tak więc obecny line up ma już na koncie wydawnictwa. Jeśli ktoś z kolei postawił na nas krzyżyk to chciałbym mu podziękować za to, że sam się usunął, bo Mike dalej nas wspiera. Dla nas to najważniejsze, reszta może się iść jebać.

O.: Jako, że nie wszyscy wiedzą, po „Death Curse” w Gravehill doszło do zmian składu – mógłbyś trochę naświetlić temat? W sumie dla Was to nic nowego, bo roszady w Gravehill były dość częste…

T.: Abominator chciał skupić się na innym zespole, poza tym nie przepadał za trasami. Chris musiał przeprowadzić się na dużą odległość. Cały czas jesteśmy przyjaciółmi, bez dramatów czy innych pierdół. Z Mikiem jesteśmy przyjaciółmi odkąd obydwaj byliśmy nastolatkami.

O.: Czyli to nie zmiany składu spowodowały, że na nowy album trzeba było tyle czekać- po prostu jesteście perfekcjonistami?

T.: Nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiałem, życie ma po prostu swoje sposoby doprowadzania spraw do skutku. No a poza tym wszyscy mamy projekty poza Gravehill, które również absorbują nasz czas.

O.: No to trzymając się dalej Gravehill – cenię sobie Waszą muzyki z uwagi na jej złożoność. Łączycie w niej death metal, black metal, thrash metal… tu i tam można nawet wychwycić wpywy NWOBHM. Więc rożne źródła, ale to co je łączy to po prostu metal. Czysty. Myślisz, że jesteście ortodoksyjnym zespołem?

T.: Bylismy już oskarżani o „nie-odkrywanie koła”, o bycie nieoryginalnymi. Nie przeszkadza mi to. Nie widzę zalet we wpisywaniu na przykład jazzu, gotyku czy disco w metal. W moim przekonaniu metalu nie tworzą faceci przebrani za króliki czy faceci w damskich bluzkach. A może powinniśmy przewidzeć przyszłość i użyć triggerów? Albo założyć skóropodobne majtasy i kowbojki ze skrzydełkami? A może powinniśmy to pierdolić? Tak, myślę że powinniśmy to pierdolić.

O.: Pierdolić więc! Bo Wasz oldchool słyszalny jest nie tylko w muzyce, ale też w tym jak wyglądacie i pewnie wielu się zastanawia czy te skóry, pasy to Wasz image czy chodzicie tak na co dzień?

T.: Tak. Czasami co prawda bierzemy prysznic, ale proszę, nie mów nikomu.

O.: Zostanie między nami. Mam nadzieję, że po trasie z Impiety też wzięliście prysznic. Jak w ogóle było? Do Polski czy w ogóle do Europy niestety nie dojechaliście, szkoda, bo mam nadzieję zobaczyć Was kiedyś na żywo. Liczę więc, że w końcu jakiś promotor zapłaci za Wasze bilety…

T.: To byłby dla nas zaszczyt zagrać nareszcie na europejskiej ziemi. Robiliśmy już pewne starania, ale póki co nic z tego nie wyszło. Liczymy jednak, że nie wszystko jeszcze stracone.

O.: Ale o Impiety nie powiedziałeś wiele… Ok, zawsze lubiłem Waszą nazwę. Szczególnie, że przez osiem lat chodziłem do szkoły która znajdowała się na tak zwanej Górce Cmentarnej, więc cały czas tak mi się to kojarzy. A jaka jest geneza nazwy Gravehill? O ile wiem, jakoś tam w to wszystko wplątany jest Hellhammer…

T.: Tak, Tom Warrior nazwał swój zespół właśnie Grave Hill, a potem przemianował go na Hellhammer. Spodobała mi się ta nazwa, uzyskałem od Toma zgodę na jej użycie, usunąłem tylko spację między słowami i tak wyszedł Gravehill. Fajna sprawa z tą Twoją szkoła, niestety my w Ameryce nie mamy aż tak długiej historii, nasze stare cmentarze nie są aż tak stare. Albo są do siebie bardzo podobne. Na przykład Ronnie James Dio jest pochowany u nas w Los Angeles na cmentarzu, który wygląda raczej jak fajny park niż miejsce gdzie chowasz swoich zmarłych.

O.: To lipa. Z innej beczki – muzyka Gravehill jest wprost stworzona do headbangingu i napierdalania w młynie. Kiedy sam ostatnio oddawałeś się tym jakże prostym, lecz miłym uciechom? Czy raczej na koncertach nie przepadasz za taką aktywnością?

T.: Myślę, że wszystkim zespołom zależy na takiej reakcji tłumu. Moim zdaniem, nasza muzyka jest brutalna, agresywna i nieokiełznana. Headbanging, napierdalanie, stagediving – zróbcie piekło, zasłużyliśmy na to!

O.: Sprokurowaliście wideoklip do numeru „Iron & Sulphur”, który w mojej opinii jakiś szczególny nie jest. Jakiś większy zamysł tkwił za nakręceniem tych kilku scen i zmontowaniem ich ze scenami, gdy gracie live? Poszło to gdzieś dalej, do jakichś programów czy audycji z muzyką metalową, czy takie rzeczy po prostu już tylko lądują na YouTube?

T.: To promocyjne wideo, nic więcej.

O.: Kurwa, no zbyt szerokiej odpowiedzi to nie udzieliłeś. Przy okazji, kojarzysz jakieś programy z metalową muzyką, które wciąż można obejrzeć? Wiesz, coś w stylu Headbangers Ball…

T.: Raczej nie.

O.: Aha, spoko. No dobra, widziałem z Wami sporo wywiadów i tak się zastanawiam, czy ot nie nudne odpowiadać cały czas na te same pytania w stylu „jak przebiegała sesja”, „jakie są Wasze inspiracje?” i tak dalej? No przecież kurwa, Wasze inspiracje są dość jasne, a jeśli ktoś ich nie wychwytuje, to może powinien słuchać czegoś innego, niźli metalu?

T.: Doceniamy, że ktoś jest nami na tyle zainteresowany, że chce robić z nami wywiady.

O.: No właśnie widzę jak doceniacie. Dobra, autorem okładki do najnowszej płyty jest Mark Riddick. Lubię jego prace, ale lubię tez jego muzykę, przynajmniej w większości. A jak Ty? Jaka jest Twoja opinia na temat zespołów, w których się udziela? Na przykład taki Fetid Zombie lubiłem dopóki nie zaczęli inkorporować do swojej muzyki grecki black metal. Ale inne jak na przykład Grave Wax są spoko. Śmiało, możesz być szczery, podejrzewam że Mark nie czyta Chaos Vault, heh…

T.: Interesowałem się sztuką Marka od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, zawsze byłem jego fanem. Ale ze wstydem przyznam, że nie słyszałem nigdy jego muzyki, pomimo że wysyłał mi swoje rzeczy. Ale wiesz jak jest… No i materiały od niego rozdałem też kolesiom z kapeli, więc nie przepadły tak naprawdę. Raczej nie kupuję już nowych rzeczy, powiedziałbym że żyję przeszłością. Oczywiście bez urazy, czy do Marka czy kogokolwiek innego.

O.: Z drugiej strony w wywiadzie dla Deadly Storm powiedziałeś, że o ile tape trading był spoko, to chciałbyś mieć wtedy takie możliwości, jak mają dzieciaki dziś. Często zauważam taką dziwną, paradoksalną rzecz – o ile słowa tego typu często padają z ust starszych muzyków, którzy dziś mają po czterdzieści – pięćdziesiąt lat, o tyle młodzież często uważa, że lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte były lepsze (ciekawe skąd to wiedzą tak w ogóle…)., a teraz to tylko internet, który ssie i masa pozerów…. A czy to nie jest tak, że obydwa te etapy miały swoje dobre i złe strony?

T.: Masz cholerną rację. Sam cieszę się, że doświadczyłem wszystkich tych lat, od końca lat siedemdziesiątych do dziś. Obecnie mam czterdzieści pięć lat i wciąż tworzę muzykę. Dużo się nauczyłem, dużo doświadczyłem. Ale tworzenie muzyki dziś jest o wiele łatwiejsze niż gdy byłem szczeniakiem. Teraz jest łatwiej, nie musisz tak zapierdalać. Ale masz też zdecydowanie więcej zespołów, więcej wszystkiego. Wszyscy kurwa dziś tworzą muzykę, przerost ilości nad jakością.

O.: Skoro o tworzeniu muzyki – co według Ciebie jest najważniejsze na metalowej płycie? Taki czynnik, bez którego dana muzyka po prostu nie jest metalem?

T.: Dobre riffy. Albo je masz, albo ich nie masz. Większość ich nie ma.

O.: Prawda. W którymś wywiadzie powiedziałeś, że Gravehill to taka ucieczka od rzeczywistości, z tym całym Szatanem, śpiewaniem o wojnach, śmierci i tak dalej. Myślę, że masz rację. Metal jest dla Ciebie jakimś przedłużeniem młodości? Bo chyba tak to działa, co?

T.: Tak, jestem wiecznym dziewiętnastolatkiem. Nie robiłbym tego, gdybym nie był odpowiedzialnym dorosłym. W końcu, jakby nie było, jest to jakaś rozrywka.

O.: No to by chyba było na tyle. Powiedz jeszcze, jaka była ostatnia płyta, jaką sobie kupiłeś?

T.: Obecnie kupuję już tylko winyle, a w zeszły weekend trafiłem sobie w końcu kopię „Ghouls of the Endless Night” od Bastard Priest, co cholernie mnie ucieszyło. Plus „Down for the Count” od Y&T. Sporo też teraz wznowień, no ale nie mogę wydawać aż tyle kasy.

O.: Ok, dzięki za odpowiedzi i liczę jednak na Wasze koncerty w Polsce!

T.: Dzięki Jakob za wywiad, dołożymy wszelkich starań! Pozdrowienia od Gravehill!

Fotki wzięte z fejsbuka Gravehill, autorem jest Albert Licano

Autor

9771 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *