Exmortum: „…słuchanie metalu nie oznacza ostentacyjnego niesłuchania innych gatunków…”

I kolejny dobry wywiad na łamach Chaos Vault, że tak nieskromnie stwierdzę. Tym razem duże brawa należą się osobnikowi o pseudonimie Tormentor Yuggoth Master of Eternal Khaos. Opowie on o swoim świetnym tworze Exmortum, a także o innych kapelach w których się udziela ów. Poza tym obraziliśmy kilka zespołów, kilka poklepaliśmy po plecach, wysuniętych zostało kilka niepoprawnych scenicznie twierdzeń, więc czytania co niemiara!

Oracle: Witaj! Powiedz na początek, co tam ciekawego trafiło w Twoje spragnione metalu łapska? A co było największym rozczarowaniem zeszłego roku?

T.: Witam!!! Hehe, ledwie początek i już trudne pytanie. Sporo dobrych rzeczy ostatnio przekręciło się przez mój odtwarzacz, na przykład nowy Stillborn, świetna druga płyta Von Goat, debiut Turpisty, „With Hearts Towards None” Mgły, „Death Throne Entities” Throneum, „Menthell” Iblis, jednak na dzień dzisiejszy całą pulę zgarnia Master’s Hammer za „Vracejte Konve Na Misto”. Ta płyta jest kosmiczna! Przy tym znacznie bardziej mi się podoba niż (i tak znakomite) „Mantras”.

Rozczarowanie zeszłego roku? Hehe, tu będzie raczej krótko i treściwie: „The Hunter” Mastodon. Po znakomitym „Crack the Skye” spodziewałem się czegoś powalającego, a dostałem odgrzewany sznycel. Nie obroniło się koniec końców Blaze of Perdition (a szkoda! Wielka szkoda!). Straszną sprawą była jeszcze współpraca Rippera Owensa z Malmsteenem. Po cholerę złotopalcy Yngwie zatrudnia jednego z lepszych zapiewajłów w okolicach klasycznego Heavy Metalu, po to tylko, żeby zaśpiewał mu pół zwrotki na dwa kawałki? Nie wiada… Sprawę „reaktywacji” Running Wild i płyty „Shadowmaker” litościwie przemilczę. Poza tym chyba jako jedyny człowiek w powiecie tak bardzo przeżywam bezsensowną reaktywację Von…

O.: Udzielasz się lub udzielałeś w wielu kapelach, przez wszystkie przelecimy niczym czerwonoarmista wieśniaczki na ziemiach odzyskanych. Ale zacznijmy od kapeli, która zdaje się być Twoim oczkiem w głowie – Exmortum. Skąd pomysł u Ciebie na powołanie tego tworu do życia? Jaka idea kryje się za Exmortum?

T.: Szczerze powiedziawszy sam nie wiem. Dotąd byłem raczej kojarzony z nieco bardziej spolegliwymi i przystępnymi formami muzycznymi, jednak tym razem chciałem coś zrobić po swojemu, tak jak to zawsze chciałem zrobić. Dlatego na samym początku założyliśmy z Zaebosem Goratory, które potem ewoluowało w Exmortum. Ten zespół to konglomerat wszystkiego tego, co uwielbiam w ekstremalnym Metalu, w dodatku współtworzony z ludźmi, którzy mają bardzo podobne zapatrywanie na kwestie muzyczne a i w dużej mierze ideologiczne. Co do idei, która kryje się za Exmortum… Cóż, myślę że idzie o udowodnienie, że ostatniego człowieka na świecie nie będzie miał kto pogrzebać. Albo o to, że bachtinowski lęk kosmiczny ma realne podłoże? Nie wiem. Ty mi powiedz…

O.: Mój lęk wypływa z kredytu mieszkaniowego raczej, hehe. Jak sam określiłbyś styl, w jakim porusza się Exmortum? Bo uwierz mi, nie jest łatwo do końca zdefiniować to, co znajduje się na „Ritual Surgery”. Dla mnie osobiście sporo tam Celtic Frost/Hellhammer, ale nie mało też Cianide czy stricte doom metalowych patentów…

T.: Wszystkie zespoły które wymieniłeś są zdecydowanie inspiracją dla nas, także nie pomyliłeś się ani o jotę. Dorzuciłbym jeszcze Asphyx, Nunslaughter i wczesny Samael. My sami określamy Exmortum jako Death Doom Metal z pewnymi Blackmetalowymi naleciałościami. Tak naprawdę chcemy przywrócić Death Doomowi w Polsce dobre (złe) imię, po latach kojarzenia go z bandą melancholijnych siurów w czarnych koszulach i pindą na klawiszach/wokalach. Ot, koszmarek końcówki lat ’90. Doszło w pewnym momencie nawet do tego, że każde klawiszowe gówno pokroju Via Mistica czy Asgaard zaczęło używać do określenia swojej muzyki cząstki Doom. Paranoja! Przez długi czas w tym gatunku w Polsce był samotny jak palec drwala, genialny Nightly Gale i długo, długo nic, jeśli nie liczyć znakomitych demówek DDT. Dopiero teraz coś się ruszyło. Miejmy nadzieję, że to będzie coś więcej niż tylko trend… Wracając do pytania, Exmortum gra obskurny i fanatyczny Death Doom Metal.

O.: Niech więc tak będzie. W Exmortum zajmujesz się wokalami, zresztą w zajebisty sposób, no ale wiesz, że mam słabość do Twoich słowiczych treli, hehe. Instrumentarium zaś przypadło w udziale panu o pseudonimie… Obnoxious Whoredom Imposing Everhating Transgressor Zaebos. Skąd go wziałęś, to po pierwsze, a po drugie jaki jest jego wkład w utwory Exmortum?

T.: A jest on zasadniczy! Zaebos jest od lat moim bardzo dobrym kumplem, znakomitym instrumentalistą i kompozytorem. Poza Exmortum udziela się on również w eksperymentalnym Tacit Agreement. Planowaliśmy złożyć do kupy jakiś projekt od dawna, jednak za każdym razem rzecz rozbijała się o terminy. W pewnym momencie postanowiliśmy jednak podejść do tematu z większa niż dotąd determinacją i tak powstało Exmortum. Podział ról jest tutaj dość jasny: Zaebos jest głównym kompozytorem i aranżerem, odpowiada również za realizację „Ritual Surgery”, ja zaś odpowiadam za wymyślenie kilku riffów, teksty, aranżacje wokalne i wizualia. Ta symbioza funkcjonuje na chwilę obecną bez zarzutu.

O.: Zgadzam się. Skoro już o wokale zahaczyłem, spotkałem się z zarzutami w stosunku do tej płyty, że właśnie Twoje partie są zbyt monotonne. Ja osobiście wiem, że ryknąć potrafić zasadniczo w każdej stylistyce, a jak na moje ucho to akurat taki sposób śpiewania pasuje do Exmortum… Co masz jednak do powiedzenia ewentualnym malkontentom?

T.: Pozorna monotonia jest tutaj zabiegiem celowym, mającym na celu utrzymanie swoistej mantryczności, hipnotyczności materiału. Ma to związek z tekstami, które są dość mocno rytualne i ponure w treści. Poza tym, tak na dobrą sprawę nigdy nie lubiłem przekombinowania. Popatrz na ostatni Cianide. Mike Perun buczy tam jednostajnie jak szlifierka kątowa, nie ma żadnej ekwilibrystyki aranżacyjnej ani popisywania się wielością skal i barw, a jednak „Gods of Death” to jedna z najlepszych płyt wydanych w 2011. Co powiem malkontentom? Przestać się mazać, pizdy. To nie Czildrenofbodą, tylko Metal.

O.: Na tym materiale znalazło się również coverzysko Sarcófago. Nie jest to jednak „Nightmare” czy inne „Satanas”, ale utwór z późniejszego okresu działalności Brazylijczyków, „God Feaces”. Próba wskazania, że Sarcófago to nie tylko te powszechnie znane kawałki czy po prostu eskapizm i złośliwość, że zrobicie na odwrót, niż wszyscy dookoła oczekiwali?

T.: Dlaczego „God’s Faeces”? Bo ten numer zwyczajnie rozpierdala. Riffy, tempa, aranże, wszystko tutaj jest dowodem na geniusz spółki Lamounier – Minelli. Niestety strasznie dużo ludzi nie docenia wartości „Hate”, głównie z powodu automatu perkusyjnego, jakby to miało w jakimkolwiek stopniu umniejszyć znakomitość aranżacji utworów. Wybraliśmy „God’s Faeces” dlatego, ze nie tylko jest to zajebisty numer, ale przy tym jego powolne, kroczące tempo znakomicie pasuje do naszego autorskiego materiału. Poza tym warto wspomnieć o kawale świetnej roboty, jaką wykonał przy jego nagrywaniu Necronosferatus, nadając temu numerowi iście demonicznej aury swoim wokalem. A że faktycznie mało kto przerabia ten numer? A po cholerę mam robić 19384746921 wersję „Nightmare”, czy „Black Metal” Venom? Przecież każdy wie, słyszał i zna, a nasza wersja mniej znanego utworu (o ile się komuś spodoba), może skłoni do ponownego rozpatrzenia oryginału, który temu i owemu mógł umknąć… Swoją drogą bodaj brazylijskie Unholy Massacre też swego czasu zajebali piękną wersją „Bożego Odchodu”…

O.: A to tego nie znam. Szczerze mówiąc, nie kojarzę na polskiej scenie wielu kapel, które napierdalałyby muzykę w stylu zbliżonym do Exmortum. Czy według Ciebie jest to plus dla Twojej kapeli, czy może żałujesz, że tak niewielu muzyków podziela Twoją wizję metalu?

T.: Czy ja wiem, czy Exmortum jest takie osamotnione na scenie? Wydaje mi się, że reprezentujemy pewne cechy, które są obecne w kapelach pokroju Throneum, Deadly Frost, Goat Tyrant czy Exhalation, z tym że raczej się staramy, żeby było to jak najbardziej „nasze”. Nie idzie tu o bezmyślne kopiowanie stylu, tylko o (wydaje mi się, że właściwie pojętą) inspirację. A ze nie jest nas milion? Moim zdaniem to dobrze mimo wszystko. Nie widzę muzyki Exmortum, jako części trendu, który toczy na ten przykład zasraną do sufitu przez przeciętniactwo i kopiatrostwo scenę thrashową, przy całym szacunku, jaki żywię do Thrash Metalu. Leaders, not followers, jak to mówią w Abchazji…

O.: W kapeli jest Was dwóch, niemniej jednak 15 kwietnia będzie miał miejsce Wasz sceniczny debiut – na co mogą liczyć ci, którzy zjawią się w Krakowie tegoż dnia? Przyznaj się, masz tremę przed tym występem? Fakt, że będziecie grać na swoim boisku jest dla Ciebie dodatkowym stresem czy wręcz przeciwnie?

T.: Skład nam się rozrósł do czterech sztuk, także spokojnie, nie ma mowy o garach z laptopa i braku bassu, hehe. Czy mam tremę? Trochę mam, z tej prostej przyczyny, że będzie to debiut Exmortum, a nie chcę, żeby przeszedł niezauważony, jako że w chwili obecnej ten zespół jest dla mnie priorytetem. Myślę, że fakt grania na własnym podwórku jest tutaj sprawą jak najbardziej pozytywną, poza tym zaszczytem będzie zagrać z tak konkretnymi markami, jak Stillborn, czy Bloodthirst. Reasumując, trochę się denerwuję, ale wierzę, że Przedwieczni będą mieli nas w opiece.

O.: Wasz debiutancki materiał ukazał się jako split z inną krakowską formacją – Deadly Frost, która zresztą wyzionęła już ducha. Ale ja nie o tym – co spowodowało, że postanowiliście wydać to wspólnie? Zażyłość z Lechem, fakt, że ich muzyka też rozpierdala, może jeszcze coś innego?

T.: Obydwa czynniki, które wymieniłeś były tu decydujące. Kibicowałem Deadly Frost od czasu ich pierwszych prób, kiedy jeszcze we dwóch z Darknessem, Lechu opracowywał pierwsze zręby utworów. Z materiału na materiał Deadly Frost rósł w siłę coraz bardziej i wydawało się, że w końcu chłopaki złapali wiatr w żagle. Materiał z „The Nightstalker” jest tego najlepszym dowodem. Niestety wszystko skończyło się tak, jak się skończyło. Na szczęście Lechu dość szybko zgadał się z Zaebosem i wspólnie konspirują materiał na debiutancki krążek projektu o nazwie Necromantical Screams, więc każdy, komu dźwięki Winter, Hellhammer czy Varathron są bliskie, niechaj trzyma rękę na pulsie. A sam Lechu to zajebiście równy koleś, kompletny maniak Metalu we wszystkich jego formach, posiadacz 666 pomysłów na minutę i mój przyjaciel od lat. Jako że jest również fanem muzyki Exmortum, pomysł na split pojawił się niejako samorzutnie.

O.: Kto według Ciebie jest przeciętnym odbiorcą muzyki Exmortum? Wiadomo, że każdy zespół ma jakiś potencjalny krąg odbiorców, czy z marketingowego punktu widzenia zwany też targetem. Więc jak to jest w przypadku Twojej najważniejszej kapeli? Bo chyba można nazwać ją najważniejszą?

T.: Nienawidzę gadać o targetach i marketingowym punkcie widzenia w kontekście muzyki. Uważam, że kierowanie się tymi czynnikami przy tworzeniu muzyki może skończyć się szybko casusem Vader, który z wielkiej kapeli i jednego z tytanów światowego Death Metalu zmienił się w cyrk na kółkach pod batutą dyrektora Kmiołka. Co do potencjalnych odbiorców muzyki Exmortum, to wydaje mi się, że będą to zdecydowanie ludzie, którzy zdecydowanie znają i rozumieją idee pierwotnego, surowego Metalu, ludzie ze sporą kolekcją płyt na półce, a nie na dysku, a także wszelkiej maści popaprańcy. Miłośnicy czystej produkcji i przekombinowanych aranżacji, 16-letnie forumowe wyrocznie, magistrzy metalu, liczący ilość uderzeń perkusji na „Seven Churches” i Michał „Piecyk” Piech nie mają tu czego szukać…

O.: Jak już wspomniałem, Exmortum to nie jedyny twór, w jakim maczasz paluchy. Od dłuższego czasu udzielasz się w Cremaster – kapeli, która ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Spotkałem się nawet z zarzutami, że metalowcowi nie przystoi brać udział w przedsięwzięciu na wskroś kabaretowym, a do takich często zalicza się tą kapelę. To jak, czujesz się zdrajcą ideałów, gdy zrzucasz z siebie bullet belta, zmywasz corpse paint a wskakujesz w przebranie krowy, posła Samoobrony czy kogo tam jeszcze?

T.: Czy ja wiem, czy taki kabaret? Ostatnio raczej Cremaster zaczyna stanowić odpowiednik dźgnięcia szpilką w oko, niż tylko czysty wygłup. A poza tym jak to nie przystoi? Przecież, jak by tak się głębiej zastanowić Metal sam w sobie jest muzyką pełną niedorzeczności. Nie dalej jak w ostatnią sobotę byłem świadkiem sytuacji, kiedy dobre 12 tysięcy spoconych, zarośniętych metaluchów, z których każdy był przekonany, że jest ociekającym testosteronem samcem alfa i wzorem męskości, śpiewało jednemu angielskiemu gajowemu, że jest jego turbokochankiem i żeby rzeczony gajowy powiedział im, że nie ma innego. Czy bytność na koncercie Judas Priest też nie przystoi metalowcowi? Przecież to też nie jest sytuacja, w której wszyscy śmiertelnie poważnie odwracają krzyże i chłoną kult… Poza tym ja kurewsko lubię muzykę Cremaster i cenię sobie znajomość z ludźmi grającymi w tej kapeli, przede wszystkim za bardzo trzeźwy skan rzeczywistości. Dlaczego tedy miałbym sobie ją odpuszczać? Żeby być jak inni „śmiertelnie poważni panowie muzycy”? Metalowcy uwielbiają szafować słowem „nonkonformizm”. Dla mnie w tej sytuacji oznaką konformizmu byłoby przyprawienie sobie samemu gęby jedynie słusznego kultowca, który nie zachowuje się w ten czy inny sposób (np. nie gania po scenie w stroju krowy), bo tego wymaga od niego sceniczny konwenans. Robię swoje i w chuju mam, że komuś to nie pasuje, Ostatecznie najważniejszym kryterium powinna być muzyka. Swoją drogą ciekawe, że nikt nie wypomina konszachtów z Cremaster takiemu Atamanowi Tolovemu, który od lat wspomaga kapelę to wokalnie, to znów tekstowo, to w końcu graficznie…

O.: Myślisz, nawiązując do wcześniejszego pytania, że metalowcy subkultura pełna ograniczeń i klapek na oczach? Że gdzieś tam w tyle głowy mają wyrytą niemal platońską ideę metalowca, który się nie śmieje, nie przebiera, nie goli pod pachami i nie mówi do swojej lubej „kocham Cię”? A gdy ktoś w jakiś sposób odstaje od tej idei uznawany jest za „ideologicznie niepewnego”? Dla mnie taka postawa jest równa niemal katolicyzmowi, hehe…

T.: Są sytuacje, w których ortodoksja na pewno nie jest rzeczą złą, jednak za dużo na scenie jest podejścia w rodzaju „musisz się zachowywać tak, jak my – prawdziwi indywidualiści”. To prowadzi do czegoś, czego nie znoszę, czyli tworzenia semantycznych „świętych krów”, których nie można obrażać, krytykować ani ganić. Podobnie sprawa ma się z różnego rodzaju zachowaniami konwencjonalnymi, które mają definiować mitycznego „prawdziwego metala”. W wielu sytuacjach życiowych zachowuję się w sposób daleki od ortodoksji, ale postępując w ten czy inny sposób nie analizuję swojego zachowania pod kątem tego, co powie scena, tylko robię swoje.
Metal jako zjawisko kulturowe jawi mi się czasem, jako pełne paradoksów. Z jednej strony tyle się gada o rebelii przez muzykę, umiłowaniu wolności i nonkonformizmie, z drugiej oczekuje się od jej przedstawicieli zachowań mocno konwencjonalnych i sformalizowanych jakimś niepisanym credo. Od czasów wylania się ciepłym moczem na 10 przykazań z upodobaniem plwam na konwenanse i regulaminy i wara komukolwiek od tego, co robię na, a co pod sceną, co w pracy a co w czasie wolnym.

O.: Jeszcze a propos Cremaster – jako ten zespół wzięliście udział w telewizyjnym show dla młodych talentów. Na ile w Waszym przypadku to był wygłup, a na ile szczera chęć zaistnienia w mainstreamie? Mam nadzieję, że chodziło jednak o to pierwsze? Bo ostatnimi czasy można zauważyć wzmożoną aktywność „metalowców” na tej niwie promocji swojej muzyki i osobiście dla mnie jest to chybiony pomysł…

T.: Chęć zaistnienia w mainstreamie? Wolne żarty. Chcieliśmy po prostu powiedzieć Korze, że lubimy „Nocny Patrol” Maanaamu. Chyba nie oczekujesz od kapeli, która ma w repertuarze kawałki w rodzaju „Dżoni Łoker Blek Aparthajd Lejbel”, czy „W Kółko Najebanym Być”, że nagle zacznie mieć ambicje zostania idolami młodzieży poważnie traktującej zespół Hunter? Swoją drogą casusy zarówno Eric Is My Boyfriend, jak i The Sixpounder pokazują, ze łaska mainstreamu na pstrym koniu z kopyta popierdala…

O.: Okej, inną kapelą, w której się udzielasz jest Retribution. Tu już jest mniejszy problem, bo to kapela stricte thrash metalowa, hehe. Dwa lata temu wypuściliście „Rip The Silence”, ale moim zdaniem jest to kapela, która jakoś nie może się przebić do szerszej świadomości na polskiej scenie. Jak myślisz, dlaczego?

T.: Już nie jestem wokalistą Retribution, ale dalszego komentarza, za pozwoleniem nie udzielę.

O.: No to widać nie byłem w temacie. Niedawno zostałeś jednak gardłowym starej thrash metalowej kapeli Exorcist. Jak skaperowali Cię Ci panowie, którzy siłą rzeczy mogli by być ojcami Twymi, hehe? Zasadniczo, to gdyby nie przerwa w ich działalności, to Ty i szyld Exorcist bylibyście rówieśnikami…

T.: Exorcist to dla mnie wciąż niesamowita sprawa. Kapela, którą znam od lat pacholęcych, kiedy to podpierdoliliśmy z kuzynem starszemu koledze ich obie demówki (pozdro, Marcin!) i nagle nagrałem z nimi płytę. Wszystko zaczęło się od zeszłorocznego koncertu Artillery w Warszawie, na który pojechałem z Lechem Wojniczem. W pewnym momencie do leszkowego stoiska z merchem podszedł Tom Godlewski i zaczął się uskarżać, ze mają nagrany materiał, ale nie mają wokalisty (jak wiadomo Butcher nie żyje, podobnie Grzesiek Petasz, a o Beerbearze słuch zaginął). Niechcący podsłuchałem ich rozmowę i pomyślałem, że w sumie jestem ciekawy nowych kawałków Exorcist, a coś tam sobie czasem krzyknę i nawet mi to w miarę wychodzi, więc czemu nie spróbować? Po wymianie kilku maili i zrobieniu próbnej wersji jednego z numerów zostałem oficjalnie przyjęty jako nowy wokalista Exorcist, a parę tygodni później drałowałem do Warszawy, gdzie przez dwa dni nagrywałem wokale na nową płytę. Oczekujcie jej jeszcze w tym roku!

O.: Okej, jak więc podsumowałbyś swoje muzyczne fascynacje? Biorąc pod uwagę rozpiętość stylistyczną kapel, w które jesteś zaangażowany, nie stawiasz sobie większych granic…?

T.: Nie stawiam, bo i po co? Nie lubię się ograniczać, bo to tak naprawdę do niczego nie prowadzi, a tylko można przegapić całą masę dobrej muzyki. Podsumowywać też nie bardzo mam chęci, bo słucham wszystkiego od jazzu po grindcore i kto wie, co jeszcze mi strzeli do głowy w kwestii inspiracji? Ostatnio na przykład robię z kilkoma przyjaciółmi trochę black thrash metalu… A poza tym mam ostatnio jakieś ciągoty w stronę horrorpunka… Co z tego wyjdzie? Najlepiej będzie, jeśli sam sprawdzę.

O.: A propos granic, wśród kilku moich znajomych ferment wywołała Twoja deklaracja zachwytu nad dokonaniami muzycznymi pewnej uroczej dziewczyny z górskich terenów Rzeczypospolitej. Domyślasz się o kim mówię? Masz jeszcze inne tego typu skrywane, a niewygodne dla ogółu metalowego? Co masz na swoją ewentualną obronę?

T.: A czemu mam się bronić przed faktem, że „Granda” Brodki (mimo kilku słabszych momentów) to jak na razie najlepsza płyta popowa ostatnich pięciu lat w Polsce, a Monika to koncertowa petarda? Jedyny podział muzyki, jaki uznaję, to A) Muzyka dobra, B) Muzyka chujowa, reszta to tylko etykietki, ułatwiające identyfikację, jednak w żadnym razie nie są to wyznaczniki światopoglądowe. Pewnie większość samozwańczych obrońców czystości zaplułaby się po same pachy, słysząc że słucham na przykład HIM, Wednesdaya 13, Classix Noveaux, A-Ha czy Soft Cell, zaś logo Social Distortion mam wytatuowane na piersi, ale szczerze mówiąc to ich problem nie mój. Nie mam czasu przejmować się ignorantami, dla których otwarcie na muzykę oznacza, że oprócz Bestial Warlust słuchają jeszcze Puissance… Poza tym tak chorego klimatu paranoi i beznadziei, przykrytej zamiłowaniem do używek, jaki jest w „Bedsitter” Soft Cell nie ma nawet w najbardziej zbolałych piskach Kvarfortha…

O.: Poza sferą muzyczną, działasz również słowem pisanym. Udzielałeś się swego czasu w Chaos Vault, działasz w „Oldschool Metal Maniac” ‚zine no i wydałeś niedawno pierwszy numer swojego własnego „Dejekta Infinitus” ‚zine. Jak oceniasz reakcję na swój debiutancki wyziew ze strony Podziemia? No i dlaczego ograniczyłeś się do języka polskiego, wszak Twój angielski jest excellent, hehe…

T.: Tak, to prawda, udzielam się edytorsko tu i ówdzie, zresztą zawsze to mnie fascynowało. Do tego stopnia, że przez pewien czas próbowałem studiować dziennikarstwo, jednak ostatecznie to popierdoliłem, dochodząc do wniosku, ze żeby pisać nie potrzeba mi papieru, że „pan Tymek jest dziennikarzem”. Od tamtej pory miałem przyjemność udzielać się między innymi na ChaosVault (to dla was zresztą spłodziłem moje pierwsze poważniejsze teksty) i pomagać Lechowi w „Oldschool Metal Maniac”. Co do „Dejekta”… Hehe, kurdeć, czuję się jakbym mówił o własnym dziecku. Generalnie odzew był na tyle pozytywny, że nawet mnie zaskoczył. Dość powiedzieć, ze sam Adrian w #10 „R’Lyeh” określił mój zin jako „najlepszy merytoryczny debiut w Polsce 2011”. Obecnie pracuję na drugim uderzeniem „DI”, tym razem biorąc sobie do serca krytykę pewnych aspektów mojego szmaciora, jaką jednak dawało się znaleźć w recenzjach. Kilka ciekawych nazw zgodziło się odpowiedzieć na moje pytania, także myślę, że nie będzie źle. Poza tym na pewno „dwójka” będzie obszerniejsza. A dla czego nie po angielsku? Wiesz, dużo operuję w tym języku, pomagam komu mogę, tłumacząc teksty, wywiady, czy pisząc liryki, miałem również przyjemność asystować Ci translatorsko w debiutanckim numerze papierowego „Chaosa”, więc dla odmiany chciałem sobie popisać w końcu po polsku. Jak mnie najdzie, żeby zrobić „DI” po angielsku, wtedy pewnie to zrobię, na razie jednak się na to nie zanosi, hehe.

O.: Jak skomentujesz kilka wyświechtanych frazesów i klasycznych powiedzeń, które przewijają się w większości wywiadów? Oto poniżej lista… Może chciałbyś coś do niej dodać?

  • gramy tylko dla siebie, nie interesuje nas co myślą o tym inni…

  • nie jesteśmy częścią tej sceny…

  • są wartościowe zespoły, jednak nie będę ich wymieniał, bo to nie kółko wzajemnej adoracji lizania się po chujach…

  • interpretacja tekstów jest indywidualną rzeczą słuchaczy, nie chcę im nic narzucać…

  • nasze nowe wydawnictwo jest naszym najlepszym dokonaniem…

T.: Hie, hie, wbijanie kija w mrowisko czas zacząć…
-Jak nie interesuje, to po co wydajecie muzykę i rozsyłacie płyty do recenzji, które pewnie czytacie?

-Jeśli spełniacie kryteria oceny gatunkowej, to choćbyście bardzo płakali, że nie jesteście częścią tej czy innej sceny, choćby przez wzgląd na nomenklaturę…

-A to trochę dziwne podejście. Ja zawsze uważałem, że wymieniając garstkę kapel, które cenię mogę jakoś wpłynąć na czytelnika, żeby sprawdził, jaka muzyka kryje się pod daną nazwą. W ten sposób pomagam w minimalny sposób rozprzestrzeniać muzykę, którą uznaję za wartościową, chyba że idzie o nazwy w rodzaju Slayer, czy Kreator, wtedy wydaje mnie się, że moje „włazidupstwo” może przemknąć niezauważone…

-To stwierdzenie kryje w sobie kilka pułapek, bo z jednej strony legitymizuje kompletne bzdury opowiadane o zawartości lirycznej materiału danej kapeli przez osoby trzecie, z drugiej wskazuje na lenistwo przy odpowiadaniu na wywiady. Czasami może nie należy niczego słuchaczowi narzucać, ale przydaje się zasygnalizować, w jakich rejonach powinien szukać…

-To akurat naturalny stan rzeczy. Spędziłeś ostatni okres życia na pracy nad danym materiałem, poświęciłeś dużo wysiłku, żeby był on dla ciebie satysfakcjonujący, więc wiadomo, że będziesz mówił, że nic lepszego nie stworzyłeś dotąd, z tej prostej przyczyny, że właśnie dałeś z siebie wszystko w studio. Tylko czas może ten pogląd zweryfikować…

Od siebie dodam, że nienawidzę, kiedy ktoś odpowiada na pytanie frazesem w rodzaju „to bardzo trudny temat i nie będę się tu o nim rozpisywał/rozgadywał”, bo wydaje mi się po prostu ignorowaniem pytającego.

O.: Okej, a wymień mi pięć powodów, dlaczego większość metaluchów to smutne piczki? No chyba, że tak nie uważasz, to wymień mi w takim razie pięć kontrargumentów.

T.: Powód pierwszy: metaluch jest pierwszy do jojcenia, że wszystko drogie i nie stać go na płyty, ale sprawa zaczyna wyglądać inaczej, jak go zapytać o koszulki Slayera z Rockmetalshopu, czy ilość alkoholu wypijanego w ciągu miesiąca.

Powód drugi: metaluch uważa się za otwartego na dyskusję i światłego, chyba że mu powiesz, że Megadeth ssie pałę. Wtedy z reguły zapluwa się po same pachy i czerwienieje na licu, nie mogąc znaleźć sensownych kontrargumentów.

Powód trzeci: metaluch twierdzi, że jest otwarty na muzykę, bo oprócz Iron Maiden i Huntera słucha również Dżemu, reggae i Farben Lehre.

Powód czwarty: nazywa Pidżamę Porno, Farben Lehre i innych gwiazdorów studenckiego rocka zespołami punkowymi.

Powód piąty i być może najważniejszy: metaluch w dzisiejszych czasach nie słucha muzyki, tylko chłonie to co wszyscy inni. Nie jest w stanie poszukać czegoś na własną rękę, nie przyjmuje do wiadomości, ze można nie lubić ostatniej pyty Vader, nie dociera do niego, że The Sixpounder jest zwyczajnie miałkie i nijakie, że czyniąc zarzut z ograniczonego zasięgu oddziaływania podziemnych kapel robi z siebie kompletnego dyletanta, że starając się wejść na krzywy ryj na koncert lokalnej podziemnej kapeli wyrządza jej szkodę, że nie wszystko musi mu być podane na tacy, że koszulka, glany i zielony plecak, a także picie jaboli z podstarzałymi menelami nie czynią z delikwenta metala, tylko idiotę, że słuchanie metalu nie oznacza ostentacyjnego niesłuchania innych gatunków i powtarzania przez cały dzień „Lady Gaga to cipa” i w końcu, że tej muzyki, aby ją zrozumieć, należy słuchać dużo, głośno i ze zrozumieniem. Niestety czasami to wydaje się barierą nie do przeskoczenia…

O.: Pięknie wywiązałeś się zadania! Winyle, kompakty, kasety, mp3, streaming, pożyczanie na wieczne oddanie – metalowcy mają szerokie spektrum nośników do wyboru, który jest Twoim ulubionym i dlaczego? Czy wśród swoich znajomych (lub u siebie samego, hehe) dostrzegasz symptomy podążania za modą w kwestii nośnika?

T.: Uważam, ze najszlachetniejszym i najpełniej brzmiącym nośnikiem dla dowolnej muzyki jest płyta analogowa. Brzmienie jest na niej najpełniejsze i najbardziej organiczne. Polecam na przykład posłuchać sobie z tego nośnika „Eparistera Daimones” Triptykon i porównać z wersją cyfrową. KO w pierwszej rundzie. Nie mam nic przeciwko CD, to bardzo przyjemny nośnik, poza tym pamiętam czasy, kiedy CD było sprawą co najmniej ekskluzywną. Mam pewien sentyment do kaset. Cały czas je zbieram i mam ich mnóstwo w chałupie, nie do końca jednak pojmuję tak ostatnio modne trąbienie o kulcie w tym przypadku, zwłaszcza że z reguły kupowało się kasety, bo nie stać człowieka było na płyty.. Ale nie ganię do końca, choćby z tego względu, że „demo” zawsze już będzie mi się kojarzyło z kasetą. MP3 nie jest złe, pod warunkiem, że służą pobieżnej weryfikacji materiału, a nie posiadaniu go tylko w tej formie. To jest kurewstwo i zaraza, którą należy zwalczać. Bo w porządku, ok., sam jak idę na miasto mam na uszach odtwarzacz MP3, bo lubię kiedy muzyka mi towarzyszy, ale nie chce mi się nosić ze sobą discmana, walkmana, dwóch siatek płyt i kaset, oraz gramofonu przytroczonego do pleców, jednak szanuję muzykę jakiej słucham, oraz siebie jako słuchacza na tyle, żeby nie skazywać się tylko na marnej jakości dźwięk (pliki MP3 zajmują tak mało miejsca, bo są okrojone z wszelkich dźwięków poza głównym pasmem), bez możliwości zdarcia celofanu, przejrzenia i powąchania książeczki i całego rytuału, który wieńczy fakt, ze na swoją muzykę wydałem własne, zarobione pieniądze, więc mam powody ją szanować. W ten sposób okazuję również szacunek zespołowi, którego płytę nabyłem.

O.: Prawda, panie kochany! Najgłupsza rzecz o jakiej słyszałeś ostatnio na metalowej scenie to…?

T.: Jeden mędrek, klarujący, że „podziemie to tylko wymówka dla tych, którzy nie osiągnęli w życiu nic, wiec dorabiają ideologię do braku talentu”, niejaki Skorrrpion z Białegostoku i działalność złodzieja Piecyka po blamażu z Hellslaughter. Poza tym przepyszny ból dupy w komentarzach pod twoją recenzją The Sixpounder wskazuje, ze całą pulę w tym temacie zgarnia kondycja umysłowa polskiego metalowca, hehe…

O.: Prawdaż? Exmortum wywodzi się z Krakowa, w którym to na co dzień pomieszkujesz. Jak scharakteryzowałbyś to miasto – oczywiście mówię w tym momencie o podziemnej scenie metalowej… Myślisz, że wybijacie się pod jakimś szczególnym względem na tle innych miast w Polsce?

T.: Kraków to specyficzna sprawa. Niby nie ma tu czegoś takiego, jak jakaś zwarte podziemie, ani nawet porządna ekipa do wypadów koncertowych, ale w pewnym momencie coś zaczęło się ruszać i teraz można wreszcie mówić o (podzielonej co prawda jak sam chuj, ale mimo wszystko istniejącej) scenie podziemnej. Na pewno na uwagę zasługują przede wszystkim mistrz Mgła i KSM (to chyba raczej oczywiste…), poza tym Medico Peste, awangardowy Iblis (miłośnicy klimatów mocno schizofrenicznych powinni się ucieszyć z „Menthell” jak dzieci Somalii z parówek), coraz lepiej radzący sobie postmetalowy Fleshworld, reaktywowany Anaboth (jeśli ktoś spodziewa się powtórki z „”Nie Czas Pomiotów” może się mocno przejechać…), Terrordome, Fortress, Whorehouse, Deviathor, Enclave, heavymetalowy Mayhayron, natomiast na pewno wypatruję debiutu Necromantical Screams.

O.: Gdybyś miał porównać Exmortum do aktorki porno, którą szparkę wskazałbyś jako pierwszą? Bo oczywiście jak większość metalowców pornoski lubisz, mam nadzieję, hehe…

T.: No jacha! A porównałbym do Nany Funk. Dlaczego? Bo i jedno i drugie jest ciężkie, obleśne i stare…

O.: Dobra, dzięki wielkie brachu za odpowiedzi, widzimy się na Twoim koncercie. Cieszysz się?

T.: No jak sam chuj… Dzięki za wywiad, hehe! Wspierajcie Moloch Letalis, Exhalation i Ritual Lair!!!! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAARRRRRRRRRRGH!!!!!!!!

Autor

10190 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

3 komentarze

  • Następny konkretny wywiad, zajebiste odpowiedzi, a już myślałem, że w tym kraju brakuje świadomych ludzi, odpowiedź na pytanie o Cremaster miażdży, z resztą cały wywiad się zajebiście czyta. Oby więcej takich ludzi na scenie, to w końcu może bardziej mnie to krajowe podwórko zacznie interesować hehhe
    T. powodzenia z Exorcist !

  • Przeczytałem sobie ten wywiad, słuchając przezajebistej epki Venenum, którą właśnie przyniósł mi listonosz. Pachnący digipack na kredowym papierze i plakacik szedł do mnie z Sepulchral Voice trzy tygodnie, ale warto. Kapela rozpierdala i jeśli ktoś jeszcze tego nie zna, niechaj szybko nadrobi zaległości. Tylko kurwa sąsiad włączył wiertarę, a mnie agresora. Ale wróćmy do naszych baranów. Bardzo inteligentny gość z tego T. Konkretny, z dystansem i konsekwentny w tym, co mówi ( i robi mam nadzieję ). W zasadzie we wszystkich kwestiach mamy podobne podejście, a już w tej szczególnie:

    „Bo w porządku, ok., sam jak idę na miasto mam na uszach odtwarzacz MP3, bo lubię kiedy muzyka mi towarzyszy, ale nie chce mi się nosić ze sobą discmana, walkmana, dwóch siatek płyt i kaset, oraz gramofonu przytroczonego do pleców, jednak szanuję muzykę jakiej słucham, oraz siebie jako słuchacza na tyle, żeby nie skazywać się tylko na marnej jakości dźwięk (pliki MP3 zajmują tak mało miejsca, bo są okrojone z wszelkich dźwięków poza głównym pasmem), bez możliwości zdarcia celofanu, przejrzenia i powąchania książeczki i całego rytuału, który wieńczy fakt, ze na swoją muzykę wydałem własne, zarobione pieniądze, więc mam powody ją szanować. W ten sposób okazuję również szacunek zespołowi, którego płytę nabyłem.”

    Jak tylko wychodzę w domu, zarzucam mp3. Każdy, kto kiedykolwiek jechał autobusem i musiał słuchać pierdolenia studencików, dla których największym życiowym problemem jest zaliczenie kolejnego koła lub niezaliczenie naćpanej dupy na imprezie, tudzież moherowych babet rozprawiających z ukontentowaniem o swoich chorobach wenerycznych, zrozumie mnie doskonale. Ale jak przewałkuję materiał w mp3 i stwierdzę, że mi się nie podoba, usuwam go. Jeśli się spodoba, wydaję 100 zł, żeby go sprowadzić z drugiego końca Niemiec.

    Exmortum nie znałem, ale to zaraz się zmieni.

  • Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, iż: „MP3 nie jest złe, pod warunkiem, że służą pobieżnej weryfikacji materiału, a nie posiadaniu go tylko w tej formie. To jest kurewstwo i zaraza, którą należy zwalczać.” Osobiście słucham muzyki tylko i wyłącznie z MP3. Dlaczego? Powód jest prosty – po prostu nie słyszę różnicy między MP3@320 a innymi nośnikami. Cóż, może Matka Natura wyposażyła mnie w zbyt słaby zmysł słuchu żeby być koneserem metalicznych brzmień? Dawno temu po mojej wizycie na MetalManii laryngolog stwierdził że utraciłem 10% słuchu i stanowczo odradził dalsze uczęszczanie na koncerty (co oczywiście ignoruję do dzisiaj, bo jak żyć?). No ale nie potrafię usłyszeć różnicy o której mowa w wywiadzie i nic wam chłopaki na to nie poradzę. W związku z tym używam MP3 bo są dla mnie najwygodniejsze. Posiadam co prawda około 40 oryginalnych albumów (kiedyś regularnie zaopatrywałem się w „Traszemola”), ale je również przekonwertowałem do MP3. Natomiast co do kwestii finansowych to stać mnie na przeznaczanie pewnej kwoty na jedno z moich hobby jakim jest heavy metal, jednak niestety jest ona dość ograniczona i zdecydowanie jajec nie urywa, w związku z czym wolę całość tej kwoty przeznaczyć na wożenie swojej dupy na koncerty. Uważam ten sposób oddawania szacunku kapelom za równie dobry co kupowanie oryginałów. Może nawet lepszy – gdyby spytać dowolnego artystę czy chciałby sprzedać 100 swoich albumów i zagrać giga przed 10000 sztukami publiki, czy raczej wolałby odwrócić te liczby, podejrzewam że każdy wolałby pierwszą opcję. Natomiast co do reszty to zajebisty wywiad! Pozdrowienia od fana metalu z gównianymi uszami!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *