Chapel Of Disease: „Każdy czci swoje ulubione zespoły w inny sposób…”

Chapel Of Disease to jedno z objawień zeszłego roku jak dla mnie – zarówno demo jak i pełnowymiarowy krążek rozjebały mi czaszkę wspaniałym, starym death metalem! Ich muzyka utrzymana w stylu starych bogów – Possessed czy Death – nie może nie spodobać się fanom tych zespołów. Nie przedłużam, bo Cedric – gitarzysta zespołu z Kolonii – dość gadatliwy jest . I dobrze!

 

Oracle: Hail Chapel Of Disease! Najpierw chcę Wam pogratulować debiutu – to naprawdę potężny kawał łamiącego kości oldschool’owego death metalu – oczywiście zdajecie sobie z tego sprawę?

Cedric: Dzięki Ci za ten wywiad. Mam nadzieję, że miewasz się dobrze. No i dzięki Ci za miłe słowa odnośnie naszego albumu. Zawsze miło jest słyszeć, że ludziom się podoba. Mieliśmy takie przeczucie, że ten krążek będzie brzmiał świetnie i że ma potencjał, ale nie spodziewaliśmy się aż takich reakcji. Zajebiście!

O.: Nie są na wyrost, tyle Wam powiem. Dobra, nie mogę znaleźć żadnego wywiadu w polskiej prasie metalowej, czy mógłbyś więc mi opowiedzieć o początkach Chapel Of Disease? Skąd wzięliście nazwę dla kapeli?

C.: Chapel Of Disease powstało w 2008 roku po tym jak Laurent przeprowadził się do Kolonii. Ja grałem już sobie wówczas w Black/Thrash metalowej kapeli o nazwie Infernäl Death – wraz z David’em. No I pewnego dnia Laurent zapytał mnie, czy nie miałbym ochoty założyć kapelę właśnie w klimatach starego death metalu. Jako, że obydwaj wiedzieliśmy, że i David siedzi w starym death metalu, zgarnęliśmy go i zaczęli z miejsca pisać materiał. Dobry rok minął zanim dołączył do nas Christian i zajął się basem. I tak po prawdzie – to byłoby wszystko. Te lata spędziliśmy po prostu na próbach, szlifując materiał, który ostatecznie znalazł się na naszej demówce. I choć niektórym może się wydawać, że cztery lata by nagrać demo to trochę dużo, uważamy, iż nasza decyzja była słuszna. Bez tego nasz zespół nie byłby taki potężny, jak jest teraz.

O.: Jest potężny, ale zapomniałeś odpowiedzieć skąd pomysł na nazwę, gapo… Poznałem Was właśnie dzięki wspomnianej demówce i z miejsca byłem pod wrażeniem tego, jak świetny to materiał. Na „Death Evoked” jak i na późniejszych nagraniach można usłyszeć wyraźne wpływy podstawowych zespołów death metalowych jak Death, Morid Angel czy Possessed – nie sądzisz, że nie trzeba wiele więcej, by nagrać bardzo dobry death metalowy album?

C.: Dzięki za komplement, zawsze miło posłuchać, że ludziom podoba się nasza muzyka. Naszą intencją od samego początku było kontynuowanie tego, co zapoczątkowały wspomniane zespoły (jak i wiele innych) oraz by wychwalać stary death metal. Naszym celem nigdy nie było, by stać się wielkim zespołem, mieliśmy jednak przeczucie, że nasze numery są naprawdę potężne i przemawiają do pewnej liczby osób. Ale sukces, który przyszedł nigdy nie był naszym zamierzeniem.

O.: No tak, muzyka jest świetna, brzmienie jest surowe, a jednak zajebiste – jak duży wpływ miało na to nagrywanie w Waszej sali prób? Bo The Junkyard to Wasza sala prób, prawda? Czy może myślicie, że gdybyście nagrywali tak demo jak i pełen album w profesjonalnym studio, to może brzmienie byłoby dobre, ale mogłoby nie być już tego feelingu?

C.: Myślę, że ma to wiele wspólnego z faktem, że nagrywaliśmy album (jak zresztą i demo) w naszej sali prób, a Laurent zrobił całe nagrania i miksy. Przede wszystkim ta salka to nie profesjonalne studio, więc uzyskaliśmy ten surowy i brudny feeling zaraz na samym początku, a dużo to dało naszym nagraniom. Poza tym, z uwagi, że wszystko robiliśmy sami, nie mieliśmy żadnych limitów czasowych, no i mieliśmy całkowitą kontrolę nad wszystkim. Wynajęcie studia jest bardzo kosztowne, no i ma się ograniczony czas. Poza tym nigdy nie możesz być pewien, że trafi ci się realizator, który rozumie o co Ci chodzi. Dla nas błogosławieństwem było, że Laurent jest świetnym dźwiękowcem, który dodatkowo wie, jak wykreować brzmienie, jakiego tak zespół jak nasz potrzebuje. Dawało nam to też największą kontrolę nad naszą sztuką, a tego potrzebowałem najbardziej. Myślę, że płyta brzmiała by również dobrze, jeśli nagralibyśmy ją w jakimś studio z dobrym dźwiękowcem, jak na przykład Patrik Engel, który wie jak pracować z prawdziwymi metalowymi zespołami. Ale to była po prostu kwestia pieniędzy i czasu.

O.: Jak dla mnie, nie musi się tutaj nic zmieniać. Wspomniane już demo ukazało się w ścisłym limicie 166 kopii – jebany szczęściarz ze mnie, że je posiadam! Ale co z innymi, co z ludźmi, którzy poznali Was dzięki „Summoning the Black Gods”? Planujecie jakieś wznowienie tej taśmy?

C.: Nie, nie ma takich planów. Wszystkie kawałki z demówki zamieściliśmy na debiucie, więc ludzie mogą się z nimi zapoznać. I poza lekko poprawionym brzmieniem nie zmieniliśmy ich, nie zostały one przearanżowane. Szkoda mi tych, którzy nie mieli szansy wyłapać taśmy, ale szczerze mówiąc – jeśli masz nasz debiut, nic nie straciłeś.

O.: Okej, ale wiesz jaki będzie zarzut odnośnie tego demo? Że chcecie nabić sobie sztuczny kult z uwagi na małą liczbę kopii. I co na to powiesz?

C.: Wiesz, jeśli już, to taki sztuczny kult robią nam osoby opowiadające takie pierdoły, nie my. Nigdy nie było to naszym celem i nie będziemy nawet słuchać takich oskarżeń. Każdy kto ma zespół i wydał kiedyś kilka demówek, wie, że czasem mniejszy nakład jest lepszy. A ludzie mogą oskarżać mój wcześniejszy band za wydanie demówki w jeszcze mniejszym limicie – 66 kopii, haha! A poza tym pomysł wyszedł od naszego labelu. Zawsze coś mogło pójść nie tak i teraz siedzielibyśmy na tych zasranych kasetach…

O.: No tak, demo było wydane przez F.D.A. Rekotz, zastanawiam się więc, czy jakieś inne wytwórnie również były zainteresowane? Czy w ogóle rozsyłaliście to demo gdzieś indziej, do przeciętnych chętnych metalowców, czy raczej tylko do wydawców w celu złapania kontraktu i wydania tego materiału?

C.: Pierwszy pomysł był taki, by wydać to demo jako CD-R i wysłać gdzie się da. Ale Christian wpadł na pomysł, czy nie zapytać by Rico z F.D.A. Rekotz czy nie byłby on zainteresowany wypuszczeniem niewielkiej liczby kopii. Wysłaliśmy my więc utwory a te zrobiły na nim olbrzymie wrażenie, że z miejsca podpisał z nami kontrakt! Nie mieliśmy więc szansy, by wysyłać to demo do innych wytwórni, nawet jeśli taki był nasz pierwszy zamiar. Nie rozsyłaliśmy tego demo również i do nikogo innego przed tym jak ukazało się na taśmie. Ale potem wysłaliśmy to do wielu osób, które siedzą w naszym typie death metalu na całym świecie.

O.: W tym samym roku, co wydaliście demo, ukazał się również i split. Dzieliliście na nim miejsce z Lifeless, kolejnym wspaniałym death metalowym zespołem z Twojego kraju. Kto zainicjował wydanie tego splitu?

C.: Za tym też stał Rico z F.D.A. Rekotz. Pomyślał, że to dobry pomysł, by zrobić taki split z nami i z Lifeless, zwłaszcza, że obie kapele wydawały na dniach swoje albumy.

O.: Czyli głównym założeniem tego splitu było po prostu wyostrzenie apetytu na krążki Lifeless i Chapel Of Disease?

C.: Jak wspomniałem, Rico pomyślał, że to będzie dobry sposób by wypromować trochę obydwa zespoły i nasze nadchodzące krążki. Taki rodzaj przystawki – myślę, że to dobry pomysł. Zwłaszcza, że nasze demo szybko się wyprzedało, więc ludzie mieli okazję posłuchać choć jednego numeru z nadchodzącego albumu – i to z niezłej winylowej wersji.

O.: A co właśnie sądzisz o tych wszystkich kolekcjonerskich wersjach? Ja znam ludzi, którzy kupują wszystko z logówką swojego ulubionego zespołu, po kilka kopii tego samego albumu, różniących się na przykład kolorem winyla – z jednej strony mam dla nich olbrzymi respekt, z drugiej jednak zamiast kolejnej kopii tego samego albumu kupiłbym jakiś inny, świetny krążek…

C.: Trudno powiedzieć… Każdy czci swoje ulubione zespoły w inny sposób i to jest całkowicie OK. Niektórzy zaspokoją się dowolnym rodzajem tłoczenia, a inni muszą mieć coś specjalnego. Osobiście, nie robi mi różnicy kolor longpleja, jaki posiadam, muzyka liczy się najbardziej. Bo to z jej powodu przecież kupujemy pieprzone płyty, prawda? Z drugiej jednak strony wychodzą co chwila wspaniałe edycje kolekcjonerskie, które wyglądają fantastycznie no i mają często zajebiste bonusy. Ja na przykład oszalałem na punkcie tych picture disców Iron Maiden, pomimo że mam wszystkie ich płyty. Ale koniec końców zawsze kończy się na tym, że kupuje jakiś nowy krążek niż czwartą kopię czegoś, co już dawno mam.

O.: I tym sposobem doszliśmy do pełnowymiarowego debiutu! Muzyka na „Summoning the Black Gods” jest dokładnie taka jak tytuł – wezwaliście tutaj duchy wszystkich ważnych zespołów z początków death metalu, plus z innych gatunków, jak na przykład Sarcófago – wiesz o którym momencie mówię w ich przypadku?

C.: Hehe, tak, oczywiście – riff otwierający „Dead Spheres” brzmi całkowicie jak „Nightmare” Sarcófago! Ale w jakiś sposób brzmiało to dobrze razem z innymi riffami w tym numerze, więc zostawiliśmy to tak jak jest! Traktuję to jako hołd dla tego wspaniałego i wpływowego zespołu! Ale rozumiem też, jeśli ktoś nazywa to po prostu zrzynką!

O.: Zauważyłem też, że kolory Waszych okładek utrzymane są w tej samej tonacji – biel, czerń i fiolet. Uważam, że wygląda to dobrze i mam nadzieję, że tak zostanie już w przyszłości. Zapewne chcecie, żeby było to coś w rodzaju trademarku, prawda?

C.: Tak, uważam, że te kolory mają w sobie coś magicznego. Idealnie pasują do muzyki. Jak patrzę na okładką, którą narysował dla nas Buzikov czuję dreszcze, pasuje do aury tworzonej przez muzykę. Nie mamy jeszcze pomysłu na nowy album, nie powiem Ci więc, czy zostaniemy przy tych barwach, czy je zmienimy. Myślę, że poczekamy na muzykę i niech nas prowadzi jej feeling. Niemniej jednak, podoba mi się pomysł na powrót do tych samych kolorów, coś jak w przypadku Type O’Negative, gdzie cały czas powracała czerń i zieleń. Będę miał to na uwadze na przyszłość.

O.: Jak dotąd wszystkie wydawnictwa Chapel Of Disease ukazały się pod skrzydłami F.D.A. Rekotz, podejrzewam więc, że jesteście usatysfakcjonowani ze współpracy, co?

C.: Tak, label Rico bardzo nam pomaga. Wie, jak dobrze wypromować zespół i wkłada mnóstwo energii w każdą z osobna rzecz, którą wydaje. No i mocno siedzi w old schoolowym metalu, co jest dla nas bardzo ważne. W ten sposób, że doskonale wie, czego zespół oczekuje, a my widzimy, że urzeczywistnia te pomysły.

O.: “Summoning Black Gods” – jaki koncept liryczny kryje się za tekstami na tym albumie? Niestety nie czytałem jeszcze liryków, co możesz więc o nich powiedzieć? Gdy patrzę na okładkę i tytuły, na myśl przychodzi mi trochę Lovercrafta…

C.: Masz rację, większość liryków bazuje na powieściach Lovercrafta lub autorach, którzy pracowali z nim i mają podobny styl. Dla mnie jest to jeden z najwspanialszych pisarzy w ogóle, a nasza muzyka świetnie pasuje do jego opowieści. Ogólnie rzecz biorąc, nasze teksty inspirują się horrorem i fantastyką. Na przykład jest tekst bazujący na Hoffmanie i Novalisie i myślę, że wezmę podobną powieść Gustava Meyrinka jako podstawę naszego lirycznego konceptu [przyznam, że nie wiem o co chodzi – przyp. Oracle]. Lubimy pomysł, by łączyć naszą muzykę z literaturą, mimo że nie jest to wcale nowa idea. Jednak działa to nieźle i może nawet ktoś podłapie temat i zapozna się jakąś dobrą książką.

O.: Zeszły rok był dla Was bardzo pracowity, ale i owocny – cała Wasza dyskografia ukazała się w 2012 roku. Tak bardzo chcieliście zapracować na swój sukces, czy po prostu jak już złapaliście wiatr w żagle to nie chcieliście się zatrzymać? A może i to i to?

C.: Tak, rok był pełen tego, a my pracowaliśmy ciężko, żeby zrobić najlepsze co możemy. Ale po tym jak wyszło demo, postawiliśmy sobie cel, by i debiut ukazał się w tym samym roku. W innym przypadku ludzie zapomną o Tobie i cała praca pójdzie w dupę. A po reakcjach, z jakimi spotkaliśmy się po wydaniu demówki, poczuliśmy się pewniej i zyskaliśmy sporo energii, którą spożytkowaliśmy na płycie. W jakiś więc sposób faktycznie obie sytuacje, o których mówisz, miały miejsce. Mieliśmy wiatr w żaglach, ale i ciężko pracowaliśmy, żeby wytworzyć ten wiatr.

O.: Ładnie powiedziane, hehe… A jak definiujesz sukces w takiej muzyce jaką jest death metal? Da się to jakoś zmierzyć? W którym momencie będziesz mógł powiedzieć, że właśnie odniosłeś sukces?

C.: Cóż, moim zdaniem, teraz właśnie odnieśliśmy sukces. Wypuściliśmy płytę na winylu, mamy na nią dobry odzew… Widzę, że coraz więcej osób, których nie znam nosi nasze koszulki i mówią mi, że naprawdę podoba im się nasza muzyka. To jest sukces, naprawdę. Nigdy nie mierzyłbym go pieniędzmi, liczy się szczerość komentarzy ludzi, którzy mają takie samo nastawienie do tej muzyki jak my. A innym polem, o którym mógłbym powiedzieć, że odnieśliśmy sukces są koncerty które zagraliśmy u boku świetnych zespołów! Myślę, że nadchodzący show z Nifelheim będzie największym sukcesem dla nas, jako fanów!

O.: Właśnie, koncerty -widziałem, że braliście udział w Party San w zeszłym roku, jak było? W „Slowly We Rot” ‚zine mówiliście, że bardzo cieszycie się na ten występ, a nawet więcej – że posraliście się z radości, hehe! A może o innych dobrze wspominanych gigach chciałbyś opowiedzieć? Albo o ostatniej wycieczce do Wielkiej Brytanii?

C.: Niee, to inni członkowie zespołu posrali się w gacie, nie ja – ja jestem ten spokojny, haha! Sam koncert rozwalał mózgi! Nigdy wcześniej nie grałem przed taką ilością ludzi, sama atmosfera była bardzo elektryczna! Mieliśmy sporo bardzo fajnych gigów, jak na przykład NRW Deathfest, gdzie zagraliśmy u boku Sadistic Intent, jednego z naszych ulubionych Zespołów. Bardzo fajny koncert zagraliśmy też w Hamburgu. Wyprzedany klub, zwariowani ludzie i mnóstwo przyjemności z grania! Bardzo czule wspominam każdy moment. Trasa po UK była świetna, mówię Ci – bez żadnych eskalacji, tylko zwyczajowe picie po koncertach i mnóstwo twardych podług, na których spaliśmy, ale mimo wszystko to był wspaniała podróż! A ostatnie show w Newcastle rozjebało całkowicie! Tłum dosłownie ocipiał, my zaś przyjęliśmy ich postawę i zrobiliśmy to samo na scenie! To był jeden z naszych najlepszych występów! Do tego kolesie z Occvlta to zgraja świetnych kompanów do tras, przebywania i niszczenia scen! Każdego wieczoru! Poza tym najlepsze są angielskie śniadania! Tak czy siak, nie mogę się już doczekać na koncert z Nifelheim, mamy też nadzieję na zagranie wielu świetnych koncertów w różnych krajach przed maniakalną publiką!

O.: Weźmiecie również udział w Grind The Nazi Scum Fest – tym razem jednak nie będę pytał o muzykę, lecz o ideę. Podejrzewam, że jesteście dalecy od wspierania prawicowych polityków i idei? Jak w ogóle określiłbyś swoje poglądy polityczne?

C.: Tak, w żadnym wypadku nie jesteśmy prawicowym zespołem, nikt w zespole nie popiera również tych idei. Jeśli chodzi o mnie – nienawidzę rasizmu tak samo jak nienawidzę ekstremalnych lewicowych ugrupowań. Obie te rzeczy są totalnie bezużytecznymi osobnikami, którzy próbują przeforsować swoje faszystowskie poglądy siłą wobec innych, bo myślą, że mają wyłączną rację w życiu. Nie znoszę ekstremizmu, czy to politycznego czy religijnego, mają ograniczone poglądy i akceptują tylko to, co sami uważają za słuszne. A zmuszanie innych ludzi do przyjęcia swoich poglądów siłą czy przymusem jest popierdolone. Spoko, miej swoją opinię. Ale akceptuj fakt, że inni ludzie mają swój pogląd i nie zmuszaj ich do przyjmowania twoich święcie właściwych pomysłów jako czegoś cudownego! Może niektórzy z tych ludzi powinni poczytać podręczniki do historii – edukujcie się, kurwa!

O.: No tak… Poza tym złe rzeczy się dzieją – Niemcy stracili swojego papieża, haha! Smutno Ci z tego powodu? Czy może smutno Ci z powodu, jak zakończył – wiele osób widziało by jego końcówkę jak w kawałki Nuclear Assault „Hang The Pope”, hehe…

C.: Wali mnie papież i cały kościół katolicki, ale muszę nadmienić, że ten przynajmniej był szczery i wiedział, że nadeszła na niego pora. To mu muszę przyznać. Niezbyt wiele osób jest w stanie przyznać, że nie mają już siły ciągnąć tego dalej i brną w to dalej. Ale z drugiej strony – szerokiej drogi, już czas!

O.: No normalnie do Wojtyły pijesz, hehe! Dobra, a teraz sobie wyobraź, że śpisz w łóżku i nagle słyszysz, że do pokoju wszedł włamywacz – pod ręką masz tylko jedną płytę, którą możesz w niego rzucić – co to będzie za krążek, którym w niego jebniesz, nie zważając na zniszczenie krążka?

C.: Uuu, ciężkie… W ogóle, serce mi się kraja na myśl, że jakiś krążek mógłby zostać zniszczony, ale pewnie byłby to Ungod… Kupiłem ich płytę na ślepo, bo uwielbiam „Circle of the Seven Infernal Pacts” i jestem olbrzymim fanem starego europejskiego black metalu. Tak więc pomyślałem, że nie może ot być takie złe. Ale niestety, okazało się nudne i mało inspirujące. Brakuje na nim ducha takich płyt jak Master’s Hammer „Ritual” czy Törr “Armageddon”. Tak, właśnie tym rzuciłbym włamywaczowi w ryj! Jak kurwa śmiał włamać się do mojego mieszkania!

O.: Okej a wracając do Chapel Of Disease – nie rzyga Ci się już tym całym gadaniem o modzie na oldschool’owy death metal? Nie sądzisz, że nawet jeśli tak jest – to jest to coś pozytywnego? Jasne, sporo gównianych zespołów się znajdzie, ale większość to przecież prawdziwi mordercy! Uważasz Chapel Of Disease za część tego ruchu?

C.: Myślę, że każdy ruch ma swoje jasne, jak i gówniane strony. Problem w tym, że wiele osób łapie się na te zaszczane, ciotowate gówniane zespoliki. No ale jest też tak wiele dobrych zespołów, że ma się szansę porównania, z uwagi, że faktycznie death metal ostatnio jest popularny. Ale to dobrze. Ważne, by trzymać się swoich korzeni, pewnego dnia trend przeminie i wówczas zobaczymy, kto naprawdę siedział w tej muzyce, a kto liczył tylko na darmową przejażdżkę na tej fali. My w zespole nie rozpatrujemy siebie jako jakąś cześć sceny [kurwa, proszę Cię, jesteście nią czy tego chcecie czy nie – przyp. Oracle], skupiamy się przede wszystkim na muzyce. Ale nie będziemy mieli nic przeciwko, jeśli ludzie będą nas wpisywać w cały ten ruch, poza tym pozostajemy w kontakcie z częścią kapel, grających tę muzykę.

O.: A możesz mi powiedzieć, gdzie Twoim zdaniem zaczyna się i kończy Death Metal? Albo co może być nazwane „death metalem”? Ja na przykład dostaję czasem promówki tak zwanych death metalowych zespołów i nie wiem, czy śmiać się czy płakać…

C.: Znowu trudne. [nikt nie mówił, że będzie letko, hehe – przyp. Oracle]Jak wiele innych gatunków death metal ewoluował przez te wszystkie lata, trudno jest to więc dokładnie określić. Powiedziałbym, że zaczyna się on gdzieś w okolicach ekstremalnego thrash metalu, jak na przykład Morbid Saint. Agresywna atmosfera i szybkość są tutaj na pewno wyznacznikami. I stąd to już się rozrasta i mutuje. Popatrz, masz przecież takie surowe, thrash’ujące klasyki jak „Seven Churches” z jednej strony, albo z drugiej taki krążek jak „The Dead Shall Inherit” – oba są uważane za death metal, pomimo tego, że brzmią różnie od siebie i mają inne podejście do tematu. Ale znowu, to co niektórzy widzą jako death metal, inni nie. Jedni mówią, że „Into The Abyss” Poison jest zbliżone do death metalu, inni, że skąd, że przecież to black/thrash. Koniec końców – każdy sam wyznacza sobie te granice, gdzie zaczyna się i kończy death metal. Sam jestem raczej maniakiem starego, surowego i brudnego stylu grania tej muzyki, z niezbyt czystą produkcją i nakurwiającą całością. Jak na przykład nagrania Sadistic Intent. Ale nigdy nie zaakceptuję jako death metal tych wsystkich przeprodukowanych, przekombinowanych, nowych rodzajów metalu. To w ogóle nie ma duszy i służy tylko temu, żeby pokazać, jak dobrym muzykiem jesteś. Ale cóż, jeśli nie umiesz napisać dobrego utworu, który ma strukturę NIE JESTEŚ DOBRYM MUZYKIEM! I wcale to ne brzmi brutalnie. Posłuchaj sobie „Focus” Cynic i zobacz, jak można wykorzystać swoje umiejętności i wciąż pisać dobrą muzykę. To samo z grind’em – większość z tego w ogóle nie ma do czynienia z tym, co ja rozumiem przez grind. To brzmi tragicznie, a ja nie mogę znieść tych idiotów machających rękoma w powietrzu… Głupota.

O.: Okej, to było trudne pytanie, powiedz więc teraz, żeby było łatwiej, o waszych planach na przyszłość. Czy znów możemy oczekiwać przynajmniej trzech wydawnictw w tym roku, hehe?

C.: Niestety, w tym roku nie zaserwujemy Wam trzech wydawnictw. Dopiero co zaczęliśmy pisać numery na nasz nowy materiał i nie wiem nawet, czy cokolwiek ukaże się w tym roku, sorry. Naszym głównym planem jest napisać nowe, świetne kawałki i zagrać jakieś wspaniałe koncerty. No ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Ja w każdym razie zamierzam pisać nowe utwory i zobaczyć w jakim kierunku to się rozwinie i jakie zmiany się pojawią, lub jakie się nie pojawią.

O.: Super, dzięki za dobre odpowiedzi, a na sam koniec powiedz jeszcze, jakie krążki kupiłeś sobie ostatnio i już przestaję Cię gnębić, hehe!

C.: Dzięki za świetny wywiad, miałem mnóstwo zabawy odpowiadając na Twoje pytania! W żaden sposób nie były gnębiące, hehe! Dobra, ostatnio kupiłem sobie Cult Of Fire „Triumvirat”, świetny black metal, będący ponad wiele kapel… Sam nie mogę się nadziwić, jak dobre to jest! Mistrzostwo! Ponadto „The Escalation” Vomitor jest bardzo bardzo dobre. Uwielbiam ich śmiertelne zwolnienia i mam nadzieję, że wkrótce usłyszę więcej od nich! Zbyt dużo tych wspaniałych albumów, by wymienić je wszystkie…

Autor

10006 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

1 komentarz

  • Konkretny wywiad i zajebisty band……. zdecydowanie jeden z albumów 2012, zajebiście że wreszcie mogłem coś poczytać o nich, bo mi jakoś na mejla nie odpowiedzieli he 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *