To chyba najdłuższy wywiad jaki kiedykolwiek przyszło mi przeprowadzić. Co cieszy mnie niezmiernie, bo mimo trudu tłumaczenia pozostaje satysfakcja! Bitter End poznałem przy okazji ich ostatniego materiału – świetnego thrash metalu zawartego na „Have A Nice Death!” słucham cały czas z wypiekami na twarzy! Kończę już, bo czytania macie sporo. Przed Wami Russ i Chris, kilk słów wtrącił też Matt.

Oracle: Witam! Na sam początek, żeby się nam milej rozmawiało, chcę pogratulować Wam świetnego powrotu za sprawą „Have A Nice Death!” – gra mi to w samochodzie, w domu i na siłowni. W sumie przez ostatnie trzy miesiące słuchałem tego nagminnie. Ale spotkałem się również z mniej pochlebnymi recenzjami i zastanawiam się, o co im kurwa chodzi? Może Wy macie jakiś pomysł?

Russ Stefanovich: Nie mam pojęcia. Osobiście jestem zadowolony z tego materiału. Trudno jesty zadowolić wszystkich.

Chris Fox: Wszystkie recenzje, któe dotychczas widziałem były bardzo pozytywne, co sprawia, że jestem strasznie uhonorowany. Nie wszyscy polubią wszystko, ale to w porządku. Poradziłbym im jedynie przesłuchać ten krążek jeszcze raz. I kolejny. I posłuchania solówek na wszystkie możliwe sposoby!

O.: Jak już wspomniałem, nie tak dawno uderzyliście z wiadomością o Waszym reunionie. Ale dlaczego maniacy musieli tak długo na niego czekać? Czy wraz z wydaniem „Have A Nice Death!” poczuliście nowy zastrzyk energii czy jak?

R.: Szczerze, to ten materiał przykrywała gruba warstwa kurzu, ale wspomniałem o nim w którymś momencie Jowicie z Metal On Metal Records, nawet przedstawiłem jej kilka kawałków… Kiedy stało się jasne, że wydanie krążka Midnight Idöls jest poza zasięgiem roku 2011 z powodu włamania do naszej sali prób oraz z powodów personalnych, pomysł poddała nam Jowita. Zaufałem jej pomysłowi. A co do nowej energii – to było niesamowite mieć z powrotem całą czwórkę w jednej sali prób po ponad dwóch dekadach! Potem, gdy ruszyliśmy z nowym materiałem i brzmiąc, jakby te dwie dekady nigdy nie miały miejsca, dostaliśmy totalnego, piekielnego kopa!

C.: Tak jak mówisz! Zawsze bardzo żałowałem, że te kawałki nigdy nie zobaczyły światła dziennego, tak więc to było coś jak odrodzenie, by przedstawić kolejne artystyczne oświadczenie w dwadzieścia lat po fakcie. Byliśmy o wiele mocniejszym zespołem nagrywając, jeżdżąc w trasy i rozpychać się łokciami pomiędzy uznanymi figurami na metalowej scenie, czułem się więc zobowiązany, by umożliwić słuchanie tego materiału!

O.: Dobra, ale zanim pogadamy o Waszym ostatnim wydawnictwie cofnijmy się do przeszłości, okej? Jak to się wszystko zaczęło? Byliście jednymi z setek kalifornijskich metalowców, zainfekowanych nową, wczesną falą thrash metalu – co było takiego fascynującego w tehj muzyce i scenie w tamtych dniach?

M.: Chris i ja byliśmy już głęboko w latach sześćdziesiątych, hard rocku lat siedemdziesiątych i wówczas usłyszeliśmy w radio „Heaven And Hell” Black Sabbath, a trochę później „The Number Of The Beast” Iron Maiden, któe sprawiły, że zainteresowaliśmy się całą tą nową falą. Mój szkolny kolega miał egzemplarz magazynu „Kerrang!”, który tak naprawdę otworzył nasze oczy i uszy na całą tą muzykę, którą dookoła nagrywano! Mój inny przyjaciel, Mike Herman, pojechał z rodziną do Niemiec i wrócił z mnóstwem importowanych płyt w stylu „Restless And Wild” Accept. Jak tylko załapał robotę, mówiłem mu jakie płyty kupować, on za to przegrywał mi je na kasety. Do dziś, za każdym razem gdy wybieram się w podróż, zabieram ze sobą kopię Black Sabbath „Born Again” i Diamond Head „Canterbury”, które dla mnie skopiował. A lokalne kapele, które mieszkały i grały w Garden Grove, gdzie i my mieszkaliśmy, siedziały głównie w Judas Priest, Black Sabbath i im podobnych, tak więc to była raczej muzyka, na której ćwiczyliśmy zęby w naszych pierwszych garażowych kapelach, to stąd wyruszyliśmy.

O.: Niedługo potem przeprowadziliście się z Kaliforni do Seattle. Co było tego powodem. Nie sądzicie, że gdybyście zostali w Kaliforni, bylibyście dziś bardziej znani? Wiesz, bylibyście sławnymi thrashersami z Bay Area, hehe…

M.: Przeprowadziliśmy się z LA do Seattle gdy byłem w szóstej klasie i w zasadzie dostrzegliśmy, że nie było to miejsce dla nas jako dla ludzi/rodziny i tak dalej. Szczerze, byliśmy kilka lat młodsi niż kolesie ze Slayer czy Metallica, nie jestem więc pewien, czy rzeczy były by inne dla nas jako zespołu, jeśli zostalibyśmy w Los Angeles (może poza tym, że nie mielibyśmy w składzie Rossa czy Harry’ego!). Myślę, że speed metal, który był wówczas na czasie warunkował nasz komercyjny sukces, nie ważne czy mieszkaliśmy czy nie mieszkali wówczas w Los Angeles.

O.: Opowiedzcie coś o tych dzikich imprezach, jakie miały miejsce w wynajmowanym domu w Seattle! Podejrzewam, że mieliście wówczas mnóstwo zabawy, z gorzałką, zielskiem, laseczkami i przede wszystkim – metalem! Myślę, że esencją metalu z lat osiemdziesiątych było czerpanie radości z muzyki, przeciwnie do lat dziewięćdziesiątych, kiedy to wiele osób stwierdziło, że metal nie powinien być zabawą, lecz powinien być poważny jak cholera. Jaka jest Twoja opinia?

R.: To jest cykliczne… dekadencja, wielkie plany, styl życia… przybierało to postać kuli śnieżnej, do czasu, kiedy obnażyła się sama tego esencja, którą w większości spowodował „grunge” i „brzmienie Seattle”… Do diabła, przecież to nic nowego! To był po prostu punk rock w innej odsłonie. Ten sam cykl co w latach siedemdziesiątych. Ze wznoszącym się ponownie metalem, można się było spodziewać, że to tylko kwestia czasu, ale nie ma się co bać, wąż zawsze powraca!

M.: Mieliśmy cały czas zabawę w tym domu śmrci [to nie moja pomyłka, Matt napisał „House Of Deth” – przyp. Oracle], było tam mnóstwo stuffu, o którym wspomniałeś! Kiedy wprowadzilśmy się, odbywały się tam imprezy, na których było ponad dwieście osób, kapele grały, ale kiedy zaczęły się skargi, musieliśmy trochę zbastować. Wciąż jednak schodziło się po pięćdziesiąt – siedemdziesiąt osób, słuchaliśmy w każdą niedzielę na KCMU „Brain Pain” – audycji radiowej, któą prowadził Jeff Gilbert. Doszliśmy do wniosku, że tak długo, jak długo wszyscy byli wewnątrz, a drzwi były zamknięte, mogliśmy robić co chcieliśmy – i robiliśmy, przez wiele lat. Muszę też powiedzieć, że tak jak wszyscy muzycy w Seattle, wszyscy rościmy sobie prawo do zabawy, od lat dziewięćdziesiątych do dziś – po prostu teraz, w przeciwieństwie do tamtych dni, wstanie rano z łóżka zajmuje nam zdecydowanie więcej czasu.

O.: Bitter End – czy od zawsze działaliście pod tym szyldem, czy może na samym początku mieliście jakąś inną nazwę dla Waszej kapeli? I zdajecie sobie sprawę, że obecnie nie jesteście jedynym Bitter End? Szukając informacji o Was cały czas w necie trafiałem na jakichś hard core’owców.

R.: Nie dziwi mnie to w ogóle. Ale także nie mogę uwierzyć, że nie wygooglowali sobie tej nazwy, zanim ją zaadoptowali. Chodzi mi o to, że ja poszukałbym jakiejś niewykorzystanej nazwy dla zespołu, niż przejmował ja po kapeli, która wydała już płyty pod taką nazwą. To tak jakbym miał nazwać swój kolejny zespół Sacred Reich. Po prostu wolałbym to przemyśleć. Poza tym, to zagęszcza poszukiwania w All Music Guide… No ale zobaczymy się, to pogadamy.

M.: Zaczęliśmy używać nazwy Bitter End w 1985 roku, jak tylko zaczęliśmy i nie mieliśmy nigdy innej nazwy. Widzieliśmy, że jest jedno Bitter End z Teksasu, co jest trochę nie w porządku, choćby z tego powodu, że można przecież wpisać w google i się przekonać, że my wydaliśmy płytę pod tą nazwą dzięki Metal Blade Records/Warner Music już w 1990 roku. Używamy tej nazwy w sensie przemysłowym i komercyjnym już od 1988 roku, od czasu wypuszczenia demo „Meet Your Maker”, co oznacza, że nie mają oni prawa używać legalnie tej nazwy.

O.: No ale weź im to wytłumacz. A jak wspominacie czasy sesji „Meet Your Maker”? Zdecydowaliście się użyć pewnego dość słynnego zdjęcia jako okładki, dlaczego? No i jestem bardzo szcześliwy, że postanowiliście dorzucić to demo do „Have A Nice Death!”, bo pomimo upływu czasu, wciąż kopie dupy!

M.: „Meet Your Maker” to demo przy nagrywaniu któego tak naprawdę po raz pierwszy byliśmy w prawdziwym studio. I była to dla nas zajebista zabawa jak i ważne doświadczenie. Tak naprawdę, to nie pamiętam dlaczego wybraliśmy akurat taką okładkę. Może dlatego, że naprawdę było to mocne zdjęcie, przykuwające uwagę (a także dlatego, że nie myśleliśmy, iż możemy zostać za nią pozwani do sądu). Mieliśmy przyjaciela, który pracował w zakładzie drukarskim – pozwolił nam wpaść do siebie po godzinach i użyć ich sprzętu, tam zrobiliśmy cały booklet, skserowaliśmy i ręcznie złożyli wkładki. Cieszę się, że podoba Ci się „Meet Your Maker”, cieszę się też, że mieliśmy szansę wrzucić to na „Have A Nice Death!”, dla tych wszystkich, którzy nigdy nie mieli szansy tego przesłuchać.

O.: W 1990 roku wypuściliście Was debiutancki krążek, „Harsh Realities”. To również kawał porządnej muzyki, jednak w Polsce jest on niestety praktycznie niedostępny. Wypuściliście go nakładem Metal Blade Records, musieliście być strasznie podjarani tym faktem, co? W końcu ten label miał wówczas u siebie bardzo mocne zespoły. Ale w rok później rozstaliście się z nimi, dlaczego?

M.: Podpisując kontrakt z Metal Blade mieliśmy faktycznie wielkie nadzieje, ale zaraz po tym nasza menagerka Dyanna Kass [tak mi się wydaje, że chodzi o menagerkę, bo kim może być „A & R erp”…? – przyp. Oracle] przeszła do Combat Records, nie mieliśmy więc tam nikogo, kto prowadził by nas przez ten label w sposób, jaki zespół potrzebował. Wtedy wyglądało to tak, że byliśmy w stanie podpisać papiery z jakimś innym labelem, który również mógłby dla nas świetnie pracować, niestety nic takiego się nie stało. To smutne, naprawdę doceniamy, co Metal Blade zrobiło dla nas – rzecz w tym, że podpisali po prostu kontakty z mnóstwem zespołów, a my potrzebowaliśmy wytwórni z kilkoma kapelami, skupiającymi na nich większą uwagę. Ale tak czy siak, dziękujemy, że dali nam szansę!

O.: W tym okresie dużo czasu spędzaliście w trasie u boku takich kapel jak Sacred Reich, Atrophy czy D.R.I. Jak wspominacie te czasy? Czy wśród tych koncertów były jakieś, któe będziecie pamiętać do przysłowiowego końca swych dni?

R.: Zostałem wciągnięty w młyn podczas koncertu w Gallup, Nowy Meksyk. Przybijałem piątki na krawędzi sceny jak „gwiazda rocka” i jakiś dzieciak złapał mnie za dłoń i wciągnął. Próbowałem wylądować na pięściach, bo założyłem, że moja nowiutka gitara Jacksona będzie już zniszczona. Nagle poczułem na sobie mocny chwyt i ktoś wciągnął mnie z powrotem na scenę – Damon, nasz tour menager i techniczny perkusisty. Sacred Reich to świetna banda kolesi, a D.R.I. potrafi imprezować jak mało kto. Trudno było dotrzymywać im kroku!

M.: Zdecydowanie mieliśmy mnóstwo zabawy podczast tej trasy (może poza przypadkami, kiedy Chris zatruł się żarciem w Las Vegas i prawie wyrzygał swoje flaki na scenie następnego wieczoru podczas koncertu w Pheonix, zanim zabraliśmy go do szpitala). Świetnym gigiem, który niechybnie się wyróżniał był ten w Gallup, zagrany w Indiańskim Rezerwacie, prawdopodobnie te dzieciaki nie miały wielu okazji do oglądania koncertów, więc podczas tego tłum był naprawdę szalony! Będę również pamiętał jak Damon Teraz (RIP) prowadziliśmy do późna i gdzieś około 3 czy 4 nad ranem pomiędzy Pheonix i Tuscon minęło nas UFO. Jeśli sam bym tego nie zobaczył, nigdy bym nie uwierzył!

O.: Ja też. I nie wierzę, hehe. Następcą debiutu jest wspominany już nie raz „Have A Nice Death!”, który został nagrany w 1992 roku, o ile się nie mylę. Czyli w tym samym, w którym zespół zapadł w śpiączkę. Czy to nie tak, że tytuł tego krążka był czymś na miarę przepowiedni? Bo rozumiem, że tytuł pojawił się jeszcze przed tym jak zespół się rozpadł?

R.: To dobre spostrzeżenie, aczkolwiek nigdy tak na to nie patrzyłem. Mieliśmy wówczas sporo merchu i to był po prostu slogan na koszulkach, przyszywkach, czapeczkach… Nie jestem pewien, w jaki sposób nazwalibyśmy ten album, gdyby miał się on ukazać wówczas, ale teraz gdy pojawiła się ta idea, stwierdziliśmy, że to dobry pomysł.

Ch.: Te utwory były nagrywane od 1991 roku do początku 1992. Były początkowo nagrywane jako demo, by porozsyłać je do kilku labeli, raczej nie do normalnego wydania. Planowaliśmy nagrać jeszcze kilka piosenek, by zakończyć pełną płytę, ale przegapiliśmy nasz moment i rozpadliśmy się jeszcze tego samego roku. Jeśli chodzi o sam tytuł „Have A Nice Death!” to pochodzi on od kolesia, który zaprojektował wówczas mnóstwo merchu. Był bardzo popularny i stał się sygnaturą zespołu w naszym ostatnim okresie.

O.: Początek lat dziewięćdziesiątych nie był dobrym okresme dla zespołów pokroju Bitter End, w ogóle dla kapel thrash metalowych, nie sądzisz? Z jednej strony nadeszła era death metalu, z zespołami pokroju Morbid Angel, Cannibal Corpse czy sceną skandynawską – Nihilist, Grave i tak dalej. Z drugiej, może nawet większym problemem było pojawienie się grunge’u. Czy to były powody Waszego rozpadu?

R.: Były to zapewne główne czynniki, ale były też i inne powody. Matt i ja byliuśmy zaangażowani w coraz to liczniejsze side projecty, które pociągały sporo podróży, a także rozmowy z Alternative Tentacles Records oraz Zoo Entertainment, któe były ryzykownymi przedsięwzięciami. Przy rozpadzie kapeli wszystko było w całkowitej zgodzie, dało nam możliwosć wspólnego grania w innych, kolejnych kapelach, jak i pozostania przyjaciółmi.

Ch.: Tak, zgodziłbym się. Klimat sprzyjał raczej zespołom death metalowym, a z drugiej strony raczej w ogóle odchodziło się daleko od metalu. Myślałem wówczas, że potrzeba będzie mniej niż dekadę, by muzyka jak nasza miała znów posłuch – ostatecznie okazało się, że potrzeba było na to ponad dwóch dekad. Jednak po siedmiu latach wysiłków, wyglądało to na zbyt długi okres oczekiwania. Czuliśmy się zawiedzeni, Matt i Ross grali z innymi kapelami, Harry miał nowego dzieciaka, a ja chciałem wrócić do szkoły, by zyskać nowe tytuły magistra i doktora (co ostatecznie mi się udało). Wszystkie te czynniki były częścią decyzji o rozpadzie.

O.: Teraz chciałbym zapytać Was o „piątego członka zespołu” – Damona Terrasa. Był Waszym roadie i technicznym. Jak go poznaliście, jak długa się z Wami trzymał? Które z chwil z nim spędzonych najlepiej utkwiły Wam w pamięci?

R.: Był taki moment, kiedy wraz z Gregiem Bauerem musieliśmy powstrzymać Damona przy jego całych jego 190 cm wzrostu i 110 kilogramach wagi, zanim ten pobiłby jednego kolesia na śmierć. Ten gość przyszedł i wkurzał Damona przez całą noc. Damon spojrzał na mnie i powiedział „Russ, ostrzegałem go. Słyszałeś to, prawda?”. Następne co pamiętam to kilka potężnych ciosów, któe spadały na głowę tego gościa, przez całą drogę wzdłuż pokoju, ostatecznie umieszczając jego głowę pomiędzy stopą Damona a ścianą. Trochę nam zajęło, by się z nim uporać, a przecież sami nie byliśmy malutcy. Obdarzyliśmy go taką ksywą: Brainin’ Damon. Ale pomimo tego, jaki był, miał serce ze złota, prawdziwym członkiem naszej rodziny i najlepszym roadie jakiego mogliśmy sobie tylko wymarzyć!

Ch.: Damon był szkolnym przyjacielem jeszcze z czasów sprzed Bitter End. On sam był perkusistą, a potym jak sam zespół zaczął koncertować, a rzeczy przybrały obiecujący obrót, stał się naszym technicznym,roadie, pomocną dłonią, partnerem i przyjacielem. Wszystko zawsze robił dobrze, był lojalny, miał świetne poczucie humoru, był też niezastąpiony gdy na scenie zaczynało narastać szaleństwo. Bardzo nam go brakuje.

O.: Okej, przejdźmy do ostatniego krążka. „Have A Nice Death!” zaczyna się od „Tiny Minds” – słyszę w tym kawałku wyraźne wpływy Tank. I jest to chyba jedyny taki kawałek na tym krążku, reszta utworów to już prawdziwie thrash metalowe strzały, zgodzicie się ze mną?

R.: Cóż, większość moich riffów to granie brzmiące pod Slayer, który zawsze był i jest w mojej głowie. Nie za bardzo mogę powiedzieć, co jeszcze inspirowało mnie w tamym czasie. Napisałem akustyczny riff do „Burning Bridges”, który miał w sobie sporo wpływyów i wibracji Michaela Schenkera. O ile pamiętam, mój wkład w kompozycje był zawsze trochę oddalony, lecz mimo to starałem się utrzymać wszystko w kanonie Bitter End. Osobiście mam wieli problem z wypunktowaniem moich inspiracji, które zawsze były bardzo szerokie.

Ch.: W sumie to wiem o co Ci chodzi z tym nawiązaniem do Tank, ale tak naprawdę nie byli oni zbyt wielką inspiracją dla Bitter End. Zgodzę się, że utwory na tym albumie pokazują szerokie spektrum inspiracji. Tak w zasadzie thrashowe brzmienie wniósł do tego zespołu Russ na „Have A Nice Death!” – usłyszysz je gdy porównasz ten krążek do „Harsh Realities”. Ale słuchając nowego albumu słyszę wpływy sięgające wstecz, od późnych lat osiemdziesiątych z Bay Area i Seattle, przez NWOBHM, do klasycznego metalu z lat siedemdziesiątych, w zasadzie wszystko wstecz, aż do Black Sabbath. Myślę, że to synteza stylów, które złączyliśmy razem, od czasu jak się rozpadliśmy.

O.: Na tym ostatnim krążku mamy również kilka utworów w wersji live, zarejestrowanych w Waszym rodzinnym mieście, więc jak sądzę jest to swego rodzaju hołd dla lokalnych headbangerów?

R.: Seattle, WA: stolica stage-divingu! Mamy dobrych ludzi!

Ch.: Byliśmy częścią wspaniałej, naprawdę wspaniałej sceny, która wydała wiele bardzo ważnych kapel – Forced Entry, Coven, Panic, Sanctuary / Nevermore – a koncerty były jej centrum!

O.: „Have A Nice Death!” zostało wydane przez Metal On Metal Records. Jak już wspomnieliście, nie było problemów z kontaktem z nimi, ponieważ ta wytwórnia wydaje również inny zespół Russa – Midnight Idols. I o ile wiem, wydzadzą również Wasz nadchodzący album?

R.: Cóż, mamy przed sobą gig czy dwa, ale pełnowymiarowy krążek może nastręczyć trochę trudności z uwagi na dystans jaki dzieli Chrisa od nas, bo mieszka on w Kansas. Nie to, żebym mówił, że to niemożliwe, ale będzie wymagało na pewno trochę logistycznej magii. No ale w końcu mamy wiek cyfryzacji! I zdecydowanie wolałbym najpierw szukać okazji u Simone’a i Jowity, zanim szukałbym gdziekolwiek indziej! Są bardzo pewni. Ja sam, odkąd opuściłem Midnight Idols, pracuję nad nowym projektem, o którym usłyszysz niebawem w najbliższych miesiącach, gdyż za niedługo wchodzimy do studia. Matt wypuści wkrótce nowe wydawnictwo Zero Down, więc jak widzisz jesteśmy cały czas aktywni.

Ch.: Tak. Russ miał kontakt z Jowitą dzięki Midnight Idols i podzielił się nim z nami. Jesteśmy bardzo zadowoleni z wysiłków jakie wkłada Metal On Metal w pracę z nami i jesteśmy dumni, że wydadzą również nasz nowy materiał.

O.: Liryki Bitter End skupiają się głównie wokół tematyki społecznej. „Tiny Minds” na przykład traktowało o „kretynach, którzy podążąją za swoimi liderami”, „Right To Lie” jest o aborcji, „No Law” o cenzurze, zaś „Just Say Yes” ogólnie o polityce. Te teksty zostały napisane ponad dwadzieścia lat temy, czy Waszym zdaniem są nadal aktualne? Według mojej opinii wciąż są to tematy na czasie…

R.: Zgodzę się, tarcia pomiędzy różnymi ideologiami i klasami zawsze będą istniały, zawsze będzie też istniała potrzeba komuniukowania się między sobą. Ale na tej zasadzie nie zawsze musi istnieć nasza planeta. Koncerny mniej więcej pozostają takie same od kilku generacji, podobnie stale nie można ufać politykom.

Ch. To co widzieliśmy dwadzieścia lat temu, teraz jest faktem: 99 procent jest podporządkowanych jednemu procentowi, który wykupuje media i odbiera wolności obywatelskie w ramach tak zwanej „ochrony i bezpieczeństwa”. To zabrało trzydzieści lat, ale Reagen i Thatcher w końcu wygrali w USA i UK. Wraz z Arabską Wiosną i ruchem Okupuj Wall Street nasza muzyka trafiła w czas.

O.: W jednym wywiadzie, któryś z Was stwierdził, że lubi rap (to było około 1992 roku), zastanawiam się więc, czy dalej tak uważasz? O które zespoły czy muzyków chodziło Ci wówczas?

Ch.: Russ był tym, który wśród nas słuchał wówczas najwięcej rapu. Ale tak, dobry stuff to wciąż dobry stuff: Public Enemy, Ice – T, NWA, Beastie Boys. Trendem, który osobiście doceniam, jest wdrażanie żywych muzyków do hip hopu, co zawsze jest lepsze! Oczywiście wszyscy w zespole wciąż lubią dobre hybrydy hip hopowo/hard rockowe w stylu Fishbone, Living Colour, Scatterbrain, 24-7 Spyz i tak dalej…

R.: Geto Boys, Ice – T, Ice Cube, NWA, Public Enemy, KRS One, Beastie Boys, Scarface, Baught By Nature, aż do Eminema [kurwa, bez przesady, hehe – przyp. Oracle] i kilku innych. Nie wielu, zwłaszcza wśród nowszej generacji. Uwielbiam Geto Boys, to są kolesie których wolałbym nie denerwować.

O.: A co z przyszłością? Możecie powiedzieć coś a temat kolejnego krążka? Mam nadzieję, że nie musimy się obawiać nieoczekiwanej zmiany stylu, hehe?

R.: Cóż, ostatnio utopiłem sporo kasy w wykończenie mojego własnego studia, można więc tam nagrywać, które zakończymy, jeśli czas i podróże pozwolą w 2012 roku. Mam nadzieję, że będziemy mogli wziąć Jack’a na pokład, by zmiksował to wszystko. Musimy to wszystko jeszcze naprawdę skoordynować, ale Matt i ja działamy już od jakiegoś czasu nad różnymi projektami, poza tym Chris jest też znany z grania w naszym dłuoterminowym zespole country… Tak: chodzi mi o muzykę dla kowbojów o piciu, panienkach i więzieniach. Chcę powiedzieć więc, że wciąż jesteśmy ze sobą w kontakcie, na próbach gramy nasz stary materiał. Każdy nowy materiał Bitter End, który usłyszysz, będzie zbieżny, lub nawet przewyższy Twoje oczekiwania. Nie będize żadnych drastycznych zmian.

Ch.: Trudno powiedzieć. Jestem teraz profesorem na college’u, mieszkam w Kansas, więc próby nie są zbyt częste. Serio, w lipcu jammowaliśmy ze sobą po raz pierwszy od dziewiętnastu lat i poza tym, że byliśmy nieco zardzewiali, jeśli chodzi o aranże, to grało się nam ze sobą naprawdę nieźle. Było naprawdę super. Rozmawiamy między sobą o zagraniu kilku koncertów w przyszłym roku, ale musimy dograć logistykę. Naprawdę uważam, że nasz styl metalu, wraz z wysokimi standardami muzycznymi powrócił i nie będzie już niemodny. Osobiście gram wiele różnych gatunków muzycznych, ale wciąż widzę, że Bitter End przyniesie jeszcze sporo muzyki. Jeszcze nie skończyliśmy!

O.: I bardzo dobrze! A teraz kilka krótckich i szybkich pytań sposorowanych przez literkę „B” jak Bitter End! Co sądzicie o:

  • Beer, czyli piwie, hehe! Wymieńcie jakieś ulubione…

R.: Arrogant Bastard Ale! (Czyli to co mam wytatułowane na bicepsie!)

Ch.: Nie piję, ale było by to coś uwarzone w regionalnym browarze Seattle, Winterhook Ale!

M.: Europejskie pilsnery w stylu Spaten są moimi ulubionymi, ale z powodów budżetowych piję głównie Reinera!

  • BDSM (tak czy nie i dlaczego?)

R.: Zależy od warunków.

Ch.: Bez komentarza. Wykładam na katolickim uniwersytecie [a jak wiadomo katolicy seksu nie uprawiają – przyp. Oracle]

M.: Będę dobrym Amerykaninem i zachowam swoje prawo do niewypowiadania się!

  • Barrack Obama

R.: Myślę, że jest lepszy niż inna alternatywa. Chciałbym jednak, by zrobił trochę więcej na rzecz rozwoju, bo prawicowcy nawet nie wstydzą się swoich zamierzeń!

Ch.: Wciąż lepszy niż jakakolwiek republikańska alternatywa, gdyż tutaj wszyscy są imbecylami lub szaleńcami. Ale uważam, że powinien oddać Nagrodę Nobla.

  • black metal

R.: Myślę, że jeśli ktoś chce brzmieć jeszcze bardziej złowrogo i szatańsko niż Slayer, zachowuje się głupio i niepoważnie.

Ch.: Nigdy do mnie nie przemawiał.

M.: Zgadzam się – zawsze wolałem bardziej oldskulowe kapele.

  • biuściaste laseczki

R.: Tak! Tak!

Ch.: Ależ oczywiście. Tylko nie mów mojej żonie!

M.: DUHH!

O.: Okej, a na sam koniec pochwalcie się, jaki krążek kupiliście ostatnio i jaki koncert ostatnio zaliczyliście?

R.: Cóż, jak zawsze Slayer!!! I zobaczyć ich wraz z Gary’m Holt’em podczas ostatniej trasy było prawdziwie epickim przeżyciem! Uwielbiam to jak „World Painted Blood” przechodzi w brzmienie „Reign In Blood”/”South Of Heaven”! I Hank III… Kochaj mnie trochę, Hank III! [ke? – przyp. Oracle]

M: Moja dziewczyna kupiła właśnie DVD Stone Axe, oldschoolowego blues/rockowego bandu z Seattle i oni są super (brzmią trochę jak Free). Z dobrych rzeczy widziałem ostatnio koncert lokalnego Big Wheel Stunt Show (gitarowy rock z lat siedemdziesiątych) i The Spittin Cobras.

Ch.: Nie kupuję wiele nowej muzyki. Ostatnio nabyłem oryginał Paula Kossoffa „Back Street Crawler” na winylu, bo to uwielbiam. No i widizałem w zeszłym roku Fishbone u siebie na miejscu w Wichita – świetni jak zawsze!

O.: Okej, dzięki za ten wywiad, mam nadzieję, że Was nie zanudziłem pytaniami? Czekam na Wasz nowy krążek, zróbcie go więc tak szybko jak to możliwe!

M.: Zrobimy co będziemy mogli! I dzięki za Twoje zainteresowanie, dużo dla nas znaczy!

R.: Dzięki za Twój czas Oracle! Keep It Metal!