Początkowo ten wywiad miał być przeprowadzony drogą mailową, ale intensywny tryb tras Angelcorpse uniemożliwił podesłanie jakichś szerszych odpowiedzi. „Nie łam się – powiedział organizator polskiego eventu – pogadasz se z nimi przed koncertem.” Jak to usłyszałem, to się posrałem z tremy już miesiąc przed faktycznym momentem rozmowy. „Spokojnie, to super satanic skinheads – przemili ludzie.” No i miał rację skubany, bo zarówno Gene jak i Pete to goście do rany przyłóż. Na scenie zwierzęta, a na backstage moglibyście ich zaprosić do domu na niedzielny obiad. Pete może trochę bardziej zaangażowany podczas mówienia. Gene siedział cały czas w pozie filozofa, jakby uważnie analizował pytania. Niestety, nie zdążyłem zadać wszystkich z listy (przygotowanych było okolo dwudziestu pięciu pytań), szczególnie tych bardziej filozoficznych, skierowanych do Helmkampa. Cóż, takie prawa wywiadu live. A i tak nie było łatwo ich od razu namówić na interwju, ale dopiero jak wyciągnąłem papierzaka zza pazuchy to poszło lepiej (plus zapewnienie znajomego Grzegorza, który stał ze mną, że Kejos to najlepszy zine na tej ziemi – nawet jeśli to nie prawda to się udało, hehe). Nie przedłużam więc, bo czytania sporo. Panie i Panowie – przed Wami Angelcorpse!

 

AngelcorpseOracle: Panowie, na początku powiem, że to dla mnie cholerny zaszczyt siedzieć tutaj z Wami teraz, bowiem Angelcorpse jest zespołem, który jako jeden z pierwszych wprowadził mnie w świat muzyki ekstremalnej. I pamiętam to jak dziś, bo pierwszy wasz materiał kupiłem sobie po oblanym egzaminie na prawo jazdy – „The Inexorable” i mnie rozjebało. Jak czujecie się z tym, że to w sumie już drugie pokolenie metaluchów wychowuje się na Waszej muzyce?

Pete: Cóż, nie mogę powiedzieć inaczej, niż tak, że napawa nas to olbrzymią dumą. Ale musisz sobie zdać sprawę, że jako zespół wciąż konsekwentnie dążyliśmy do tego celu – i to zarówno jako Angelcorpse, czy też wcześniej jako Order from Chaos. Ważne jest, by ludzie wiedzieli, że nie wzięliśmy się znikąd, sami też składaliśmy na początku hołd starszym zespołom, które w danym czasie były ekstremalne.

Gene: Tak, jesteśmy dumni. Wiesz, bycie ekstremalnym to nie tylko poza, dla nas to coś oczywistego. Każdy nasz zespół, niezależnie czy Angelcorpse, czy solowe projekty moje czy Pete’a – w każdym z nich jest duch ekstremy, bowiem to jest coś dla nas bardzo ważnego, bez czego nie wyobrażamy sobie naszego muzycznego „ja”.

O.: Ok, głównym powodem i okazją dla której mam przyjemność Was wywiadować jest Wasz dzisiejszy koncert. Polscy maniacy odliczali dni i godziny do tego eventu, zwłaszcza, że ostatni raz graliście w Polsce – dokładnie w tym samym zresztą mieście – osiem lat temu. Jak wspominacie tamten występ.

P.: Doskonale pamiętam zarówno występ z Krakowa, jak również wczesniejszy występ w Polsce u boku Marduk w Poznaniu. Pamiętamy bardzo dobrze każdy nasz koncert, pamiętamy poszczególne reakcje na naszym każdym koncercie, zwłaszcza w Polsce – polska publiczność jest wymagająca ale i najbardziej oddana, mało gdzie jest tak jak u Was.

ac1G.: Zdecydowanie, granie w Polsce to bardzo ekstremalne przeżycie, a graliśmy w wielu miejscach na ziemi. Każde ma inną specyfikę, każda publiczność różni się od siebie, niektóre są bardziej dzikie, inne mniej, ale to też zależy od nas, od tego jaka energia z nas emanuje. A zawsze staramy się, by było to maksimum agresji, zarówno od zespołu, jak i od każdego z muzyków z osobna.

O.: Osiem lat temu graliście z towarzyszeniem Revenge i Arkhon Infaustus, ale również i polskich załóg – Infernal War oraz Stillborn. Dziś ponownie gracie z supportem Stillborn oraz kapeli muzyków Infernal War – Voidhanger, jak też młodego stażem Ragehammer. Powiedzcie, czy przed koncertami sprawdzacie co potrafią Wasze supporty, czy zdajecie się na organizatorów?

P.: Co do chłopaków z Infernal War nie można mieć żadnych uwag, znam i szanuję ich muzykę od wielu lat. Podobnie Stillborn, o ile pamiętam byłem pod wrażeniem ich koncertu w Krakowie. Sami z uwagą śledzimy to co dzieje się na podziemnej scenie, więc można powiedzieć, że staramy się być na bieżąco z zespołami, z którymi dzielimy scenę.

G.: Ważne, by były szczere, w tym co robią…

P.: Dokładnie, na szczęście nie zdarzyło się nam, że mieliśmy słabe supporty. Polska scena jest wspaniała, macie mnóstwo oddanych hord, które szerzą doskonałą, ekstremalną muzykę.

G.: Od wielu lat zresztą, Polska scena od dawna jest jedną z najlepszych.

O.: Gene, to stąd ta koszulka Imperator, którą masz?

G.: Owszem.

O.: Wspaniały hołd. Ok, powróciliście do grania na żywo, ale bez Johna Longstretha, dlaczego tak się stało? Czy to jego napięty grafik z Origin, czy może coś jeszcze innego? John jest raczej brutal/technical death metalowym pałkerem, do Was zdecydowanie bardziej pasuje pałker czujący bestialski metal…

P.: Prawda jest taka, że John nie miał serca do tego grania, nie czuł tej muzyki. Widzieliśmy, że jest to dla niego męczące, a i sami nie chcieliśmy się męczyć z nim – Angelcorpse to organizm, który żywi się codzienną postawą jego członków – ekstremalnym podejściem do życia, do muzyki. U Johna tego nie było i tak naprawdę jesteśmy zadowoleni z tego, że mamy możliwość grania z Andrea – on doskonale czuje, czym jest prawdziwy podziemny metal, spójrz na zespoły z którymi grał, takie jak Impiety. To esencja ekstremy. U Johna tego nie było, szkoda. Poza tym – w Angelcorpse grało wieli perkusistów, więc dlaczego nie mielibyśmy dać szansy Andrea?

O.: OK, prawda jest taka, że wszystkich nurtuje jedno pytanie… Gracie znów sporo koncertów, widzę, że chemia w zespole jest jak należy… Dodatkowo w jednym wywiadzie Gene powiedział, że nic nie jest nie możliwe… A więc – czy możemy liczyć na nową płytę z logiem Angelcorpse?

G.: Faktycznie, nic nie jest niemożliwe. Wiesz, gramy na żywo dopiero od jakiegoś czasu, zajebiście znów występować wspólnie na deskach i siać muzyczną pożogę. Trudno jednak powiedzieć, jak to jest z pełnym albumem pod szyldem Angelcorpse. Zarówno ja jak i Pete mamy swoje poboczne kapele, ja mam Perdition Temple, Pete ma Abhomine, wspólnie gramy też w Kreasphorous. Nie znaczy to, że Angelcorpse zszedł na drugi plan, obecnie jednak nie czujemy aż takiej presji, by nagrywać kolejny album – chcemy raczej skupić się na koncertach, koncerty takie jak dziś to najlepszy środek na rozprzestrzenienie naszego przekazu. Przede wszystkim też chcemy, by duch Angelcorpse nie uciekł – między innymi po to są te koncerty, by móc znów zgrać się ze sobą, wskrzesić tę dawną energię. A potem się zobaczy, choć oczywiście cały czas gdzieś tam w tyle głowy mamy ideę nagrania piątej płyty.

O.: Właśnie, aktualnie w Kerasphorus w zasadzie gra ten sam skład co w Angelcorpse. Nie myśleliście o tym, by otwierać swoje własne koncerty, hehe? Czy może dwa sety pod rząd mimo wszystko są nawet fizycznie nie do przejścia?

G.: To nie jest tak z tym Kerasphorus, że skład i w nim i w Angelcorpse jest identyczny. Fakt, Ronnie Parmer do niedawna bębnił w obu kapelach, ale teraz zastąpił go w Angelcorpse Andrea. Ale nawet i przedtem raczej nie braliśmy pod uwagę takiej opcji, że gramy z dwoma zespołami naraz. Musisz zrozumieć, że dla nas każdy koncert Angelcorpse, czy innych naszych zespołów to jest przeżycie jedyne w swoim rodzaju, nie łączymy tego z innymi rzeczami, bo nie chcemy żeby coś było „przy okazji”. Wszystko musi mieć swój sens, swoje miejsce i czas. Tak jak teraz.

ac2O.: Rozumiem. A powiedzcie mi, jak wygląda sprawa podziału zadań – bo o ile się orientuję, z grubsza wygląda to tak, że Gene odpowiada za muzykę w Angelcorpse, zaś Pete za teksty. I tak działa to mniej więcej od samego początku – czy taki podział sobie narzuciliście, czy wyszedł on naturalnie?

P.: Nooo, może nie do końca jest tak, że wszystko jest idealnie rozdzielone. W zespole, pomimo naszych silnych osobowości, jesteśmy jakby jednym organizmem, przyświeca nam jedna idea. Wspólnie pracujemy nad tym, by brzmieć potężnie, by nasz przekaz był jasny. Rzeczywiście, jest trochę tak, że większość muzyki pochodzi od Gene’a a większość tekstów ode mnie, ale nie jest to reguła, nawet jeśli tak to jest podpisane w booklecie.

G.: Dokładnie. Można by powiedzieć, że proporcje – oczywiście o ile w metalu jest miejsce na proporcje, wynosi 90 do 10. Czyli na 90 procent mojej muzyki przypada 10 procent muzyki Pete’a.

P.: I to samo tyczy się tekstów.

G.: Dokładnie, ja też mam jakiś udział w tekstach dla Angelcorpse, jednak nie taki jak Pete. To też jest tak, że Pete wie, jak powinny wyglądać liryki dla Angelcorpse, ja wiem, jak powinna wyglądać muzyka. Ale Pete też wie, jakich liryków ja chciałbym dla Angelcorpse, a ja wiem, jakiej muzyki on z kolei oczekuje. Uzupełniamy się, prezentujemy sobie nawzajem pomysły, wymieniamy się uwagami, dochodzimy do jakichś wniosków wspólnie. Dlatego też nie można powiedzieć, że moja działka to tylko muzyka, zaś działka Pete’a to tylko i wyłącznie teksty.

O.: Jasne. Ok, to lecimy dalej. Są takie numery i takie riffy, które są jedne na milion. I do takich zdecydowanie można zaliczyć „Wolflust”. Stary, przecież ten motyw (i tu kurwa nucę bełkocząco wiadomy riff, a Gene się śmieje) rozpierdala czachę i jest jednym z bardziej charakterystycznych riffów w ogóle. Ale mam pytanie – skąd wiesz, że dana rzecz którą skomponowałeś jest tą ostateczną, gdzie nie ma już co dodawać?

G.: Hehe, nie wiem stary… Gdy komponujesz muzykę po prostu czujesz, że czegoś jeszcze w danym utworze czy fragmencie brakuje, że coś musisz dodać, bo inaczej coś będzie niepełne. Czujesz, że dzieło nie jest skończone, zniszczenie nie będzie dokonane. Nie wypłynęła z Ciebie cała energia konieczna do napisania danego utworu – nie wszystko z siebie wyłożyłeś, i tego czegoś właśnie brakuje w tym utworze. Jeśli chodzi o „Wolflust” konkretnie, sam nie wiem, kiedy poczułem, że jest ukończony. Ale fakt, wiele osób lubi ten utwór i jest on na pewno jednym z bardziej rozpoznawalnych tracków.

ac3O.: Wasz ostatni album, „Of Lucifer and Lightning” budzi sprzeczne emocje. Jedni uważają, że to znakomita płyta, inni że brakuje jej jaj. Osobiście popieram pierwszą opcję, hehe – to doskonały album, czuć w nim wciąż pasję i gniew, choć może jest trochę bardziej złożona pod względem technicznym. Jak myślicie, skąd ta różnica zdać?

P.: My też skłaniamy się do tej pierwszej opcji, hehe. Uważam, że temu albumowi nie brakuje niczego, co mają wcześniejsze płyty – jest naładowany ekstremalną agresją, jest skierowany do tej samej grupy maniaków, co poprzednie materiały. Fakt, nagrywaliśmy go może w nieco innych okolicznościach, ale to wciąż Angelcorpse. Nie zmieniłbym na nim niczego.

G.: „Of Lucifer and Lightning” brzmi tak jak miał wtedy zabrzmieć, bez sensu jest patrzenie wstecz i rozmyślanie co zrobiło się nie tak. Wtedy mieliśmy taką wizję tego albumu i teraz jest on częścią nas samych – nie możesz tego zmienić, a my dodatkowo nie chcemy i nie chcieliśbyśmy na nim niczego zmieniać. Muzyka, którą na nim słyszysz jest cały czas muzyką Angelcorpse, która powstała dzięki Pete’a i mojej determinacji, naszej woli kreacji w taki a nie inny sposób. Sam nie wiem, dlaczego ludzie nie przepadają za tym krążkiem.

P.: Dokładnie, niektórzy jeszcze narzekali na produkcję, ale sprawa wygląda tak, że jesteśmy silnie osadzeni w starej szkole ekstremalnego metalu, więc idealna produkcja to nie jest coś na czym przynajmniej mi zależy aż tak bardzo. Jeśli utwory są potężne i miażdżące, wokale są wściekłe, jeżeli wszystko ma ten wiesz… ten zły feeling – to jest to dla mnie świetny album. Uważam, że wszystkie nasze krążki to mają.

O.: Właśnie, czytałem gdzieś w wywiadzie, że jednym z powodów rozwiązania Angelcorpse po tym krążku było właśnie jego słabe przyjęcie i negatywne recenzje. Prawda to?

P.: Absolutnie nie, to nie miało nic wspólnego z tym, że kilku osobom „Of Lucifer and Lightning” nie przypadło do gustu. Na nasze rozwiązanie wówczas wpłynęło wiele czynników, przede wszystkim nasze zmęczenie tak zwaną sceną – masa koncertów, masa rzeczy z tym powiązanych. Możesz mi uwierzyć, że zdanie prasy nie mogło zawyrokować na losach takiego zespołu jak Angelcorpse. Po prostu w pewnym momencie stwierdziliśmy, że chcemy dać sobie chwilowo na wstrzymanie – to miało dla nas znaczenie, bo sami nie idziemy na kompromisy, tutaj obydwaj poczuliśmy, że jest to pora na zawieszenie działalności.

G.: Zresztą, zauważ że my po prostu przestaliśmy grać wspólnie pod szyldem Angelcorpse. Poza tym cały czas byliśmy aktywni, może nawet jeszcze bardziej niż wcześniej – ja miałem Apocalypse Command, mniej wiećej wtedy zacząłem się też udzielać w Blasphemic Cruelty czy Perdition Temple, a Pete miał swoje kapele…

P.: Istniało wtedy jeszcze Feldgrau, wspomagałem jak wiesz Revenge…

ac-i-jaO.: Jasne, cały czas śledziłem to co się z Wami dzieje…

P.: Właśnie. Więc nie mam mowy – podkreślam to raz jeszcze – słabe przyjęcie ostatniego krążka Angelcorpse u niektórych osób nie miało wpływu na zawieszenie działalności.

O.: Gene, a czy to prawda, że debiutancki krążek Perdition Temple miał być pierwotnie – w sferze muzyki – piątym albumem Angelcorpse? Jeśli tak, czy żałujesz, że ta płyta nie ukazała się z logo Angelcorpse?

G.: Nie, to nieprawda. Nie w takim sensie, że nie wyszło nam wydanie krążka jako Angelcorpse, więc zdecydowałem się na wydanie tego stuffu pod innym szyldem. To byłoby nie w porządku wobec mnie, wobec Pete’a i wobec fanów. Po wydaniu „Of Lucifer and Lightning” nie nagraliśmy ani nie napisaliśmy żadnej nowej muzyki dla Angelcorpse. Jest tak jak powiedział Pete – w muzyce trzeba czuć ducha Angelcorpse, a wtedy uważałem, że to co napisałem nie ma tego czegoś. Dlatego też nie można powiedzieć, że to miała być wpierw muzyka przeznaczona na piąty album Angelcorpse.

O.: Ok. Jeszcze będąc przy Waszym ostatnim opusie – kto jest autorem okładki do tego krążka, bo nie mogę za cholerę znaleźć informacji na ten temat. Na mojej kopii nie ma wzmianki na ten temat… Wcześniejsze okładki zrobił dla Was Joe Petagno, ale wydaje mi się, że to nie jest jego styl…

ac4P.: To był J.P. Fournier. Francuz, on zrobił rzeczywiście wiele okładek dla takich metalowych kapel jak Immortal, Arkhon Infaustus, o którym przedtem wspomniałeś, dla Blasphemic Cruelty, kapeli Gene’a. Sporo tego zrobił, sporo.

O.: A skoro już przy tym jesteśmy – kto stworzył logo Angelcorpse?

P.: Tą osobą był Joe Craig, znany też jako Devil Joe. To mój stary bardzo dobry przyjaciel, wychowywaliśmy się razem jeszcze jako nastolatkowie, wspólnie wchodziliśmy w metal. W zasadzie mogę nazwać go swoim bratem, jesteśmy ze sobą bardzo blisko. Joe stworzył logo dla Angelcorpse, a wcześniej dla Order From Chaos. Od zawsze bardzo wspomagał moje zespoły, to totalnie oddany maniak podziemia.

O.: W jednym wywiadzie nazwałeś przemysł muzyczny złem koniecznym. Czy to był jeden z powodów, dla których od samego niemal początku jesteście związani z Osmose Productions? Tak długi związek nie opiera się chyba tylko stricte na biznesie, prawda?

P.: Tak, zwykłem tak mówić o tych wszystkich rzeczach związanych z wydawaniem płyt i tak dalej. Widzę, jak działają inne wytwórnie, jak działają zaprzyjaźnione zespoły i nie podoba mi się to. Z Osmose Productions jest inaczej – jasne, jest to umowa biznesowa, ale równocześnie coś więcej. Z Herve i Osmose Productions łączy nas wzajemny szacunek, dlatego byliśmy z nim w stałym kontakcie nawet gdy Angelcorpse nie był aktywny.

ac5O.: Jako Angelcorpse zarejestrowaliście kilka coverów, ale Wasz zespół ma już taki status, że to Was kowerują. Słyszeliście jakieś przeróbki Waszych utworów? Ja w swojej kolekcji mam co najmniej trzy, na płytach Hetzer, Hacavitz i Kingdom, ale podejrzewam, że jest ich więcej…

P.: Tak, jesteśmy świadomi, że ludzie postrzegają nasz zespół jako inspirację i w ten sposób chcą nam oddać hołd. Co mam powiedzieć, jesteśmy dumni z tego, że dzięki naszym wysiłkom Angelcorspe zaszedł tak daleko. Wiesz, gdy zaczynaliśmy grać trzydzieści lat temu chcieliśmy po prostu dać upust swojej młodzieńczej energii, żywotności, ale równocześnie byliśmy bardzo zdeterminowani, by osiągnąć założone cele. I tak sprawa ma się z każdym zespołem, w którym się udzielaliśmy, nie tylko z Angelcorpse. Często słyszymy, że w ekstremalnym metalu jesteśmy ważnym zespołem – tak właśnie miało być. Z drugiej strony po prostu cieszę się i jest mi miło słysząc, że jakiś zespół nagrał nasz numer, bo to znaczy, że coś dla nich znaczymy, tak jak dla nas znaczyły zespoły, których przeróbki sami nagrywaliśmy.

O.: Pete, w jednym z wywiadów znalazłem takie zdanie: Angelcorpse wyrastało zawsze z pewnych ideologii: „Hammer of Gods” reprezentowało zemstę, „Exterminate” – zniszczenie, a „The Inexorable” – zdobywanie. Co więc reprezentowało „Of Lucifer and Lightnings”?

P.: Wiesz, tego już nie da się wytłumaczyć w taki łatwy sposób, zwłaszcza, że czas nas już powoli goni. „Of Lucifer and Lightning” miało po prostu być kolejnym albumem, który będzie niósł przekaz siły, przełamywania w sobie słabości. O byciu zdobywcą, drapieżnikiem. Z drugiej strony nigdy nie jest łatwo zaledwie w kilku słowach streścić przekaz…

ac7O.: Dobra panowie, nie przedłużam. Mam jeszcze jedno pytanie, co sądzicie o taśmach? Wracają do łask, a ja mam tu całkiem przypadkiem kasetę „The Inexorable” o której mówiłem na początku rozmowy, hehe…

P.: Patrz Gene, tej wersji nie widziałem. (tu Helmkamp pokazał Gene’owi okładkę)

G.: Metal Mind Records? Wiem, że wydali na jednej taśmie „Hammer of Gods” i „Exterminate”, ale nie widziałem też ich wersji „The Inexorable”. Wygląda OK.

P.: Taaa, osobiście uwielbiam taśmy, tak samo jak ziny, kolekcjonuję je [wcześniej dostali po kopii „Chaos Vault” Zine #2 – przyp. Oracle]. Cóż, taśmy były z ekstermalnym metalem od samego początku, oczywiste więc, że ten format nie może zostać zapomniany. Okładki może i są małe, ale jednak metal i taśmy idą w parze.

O.: Też tak uważam. OK, dzięki wielkie za wywiad, mam nadzieję, że to nie ostatni raz, gdy mogę Was zobaczyć w Krakowie i oby kolejny raz nie wypadł znów za osiem lat, hehe…

P.: Jasne, też mamy taką nadzieję. Dzięki!

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękuję oczywiście Mintajowi, zasługi nie zostaną mu zapomniane, ma u mnie duuużą wódkę.