Connect with us

Szukaj, a znajdziesz...

Chaos Vault

Wywiady

Abnormal Sickness: „…nam chodziło tylko o to, żeby się po prostu do kogoś przypierdolić, a jednocześnie nie wzbudzić zbyt dużych kontrowersji, haha!

Abnormal Sickness to zespół ewenement. Lubią kebab, naszego polaka papieża, zbierają patyki oraz szkalują studentów. Zawsze dręczyła mnie myśl kim jest Błażej Śmietana i skąd zainteresowanie patykami. Zapraszam do lektury!

Wojtuś: Witaj drogi Tomaszu! Wiem, że jesteś człowiekiem bardzo zajętym i przez swój napięty grafik rzadko udzielasz wywiadów. Dlatego bez zbędnego owijania w bawełnę zaczynajmy. Wolałbyś przejechać się lokomotywą EU07, czy ET22-641?

Tomuś: Witam Szanownego Pana Redaktora, pozdrawiam serdecznie i życzę smacznej kawusi! Cenię i szanuję obydwa wspomniane modele lokomotyw, natomiast moje serduszko należy jednak do Elektrycznych Zespołów Trakcyjnych EN-57 (i pochodnych), czyli popularnych „kibli”, których niestety coraz mniej śmiga po torowiskach. Dźwięk sprężarki w tych wehikułach porusza najczulsze struny mej artystycznej duszy.

W:Abnormal Sickness działa nieprzerwanie od 2006 roku. Jest to już spory kawałek czasu. Kto powołał do życia tą szkalującą hordę i jak wyglądały Wasze początki?

Z tym „nieprzerwanie” to bym się nie zapędzał, bo były mniejsze lub większe przerwy spowodowane brakami kadrowymi czy zaangażowaniem członków w inne projekty, tyle, że nie komunikowaliśmy tego całemu światu, bo kogo to kurwa obchodzi. Do rzeczy jednak – początki były takie, że na studiach poznałem Kuźla, który grał na gitarze w smutnym zespole gothic metalowym, a chciał grać ostrzej i ciężej. Uznał, że będę doskonałym kandydatem na wokalistę, bo miałem długie włosy i ubierałem się na czarno. Zagraliśmy jedną czy dwie próby w lokalnym MDK-u z kolegą tegoż Kuźla na bębnach, który jednak odstawał nawet od naszego ówczesnego, przyzerowego poziomu. Tymczasem skądinąd wiedziałem, że w tym samym MDK-u próby z zespołem grającym takiego studenckiego „mocnego rocka” gra na bębnach mój serdeczny kolega z podstawówki Kaka (z którym siedziałem w jednej ławce, wspólnie poznawaliśmy mocniejsze granie z pazurem, były nawet jakieś tam zupełnie niepoważne projekty muzyczne). No i po jednym spotkaniu zaiskrzyło, na trzeciej próbie nagraliśmy pierwszego reha, potem w ciągu roku kolejne dwie demówki. Nie mieliśmy basisty, mimo tego w 2007 roku zaczęły się koncerty, w 2009 w końcu basista się znalazł (i jest z nami do dziś), potem były jeszcze różne zmiany składu, wywołane najczęściej jakimiś prozaicznymi powodami typu przeprowadzka czy brak czasu. W tej pierwszej fazie siłą napędową zespołu zdecydowanie był Kuźlu, który jako jedyny miał jakiekolwiek pojęcie o nagrywaniu, koncertach, sprzęcie. Te wczesne koncerty to była jedna wielka radosna amatorka i partyzantka, na pewno bywało jednak wesoło, a to najważniejsze.

W: Wasze pierwsze wydawnictwa były ciutkę bardziej „poważne” niż to co serwujecie teraz. Ba, odważyliście się też nagrywać pioseki po angielsku. Kiedy pojawił się u Was pomysł, że czas zmienić stylistykę na bardziej jajcatą? Wracasz z sentymentem do nagrań sprzed ery patyków?

T: Wiesz, to nie tak, że padł pomysł „O, od teraz będziemy śmieszkogrindowym zespołem”. To był raczej proces… Jeszcze w pierwszym składzie zdarzało się nam wystąpić w dziwnych strojach (choć muzyka była jak najbardziej serio), głównie po to, żeby ludzie nie wiedzieli o co biega i żeby było zamieszanie. Potem, jakoś od 2009 ja zacząłem występować w koszulce AC Milan, trochę pod wpływem kolegi Sewka ze Snake Eyes, który od zawsze występuje w takich beznadziejnych spodenkach sportowych. Gdy zespół opuścił Kuźlu dołączył do nas na gitarę Adrian, świetny muzyk, który jednak chciał grać coraz bardziej skomplikowane, rozbudowane kawałki, które były naprawdę dobre, ale ja i Kaka szliśmy już wtedy bardziej w stronę chamówy, grinda. No i niedługo potem na gitarę wskoczył Pulo, doszedł też kręcący się już wcześniej przy zespole Uda na drugi wokal. Tak się złożyło, że ogrywanie starych numerów w tym składzie szło tak sobie, za to Pulo ciskał riffami jak z rękawa i bardzo szybko mieliśmy zupełnie nowy materiał. Jakoś nie miałem wtedy weny na pisanie tekstów i zacząłem – żeby jakkolwiek ułożyć wokale – improwizować jakieś debilne rymowanki po polsku, co szybko podchwycił też Uda i… okazało się, że to jest to! Do takiego „przekazu” po prostu musiał dojść odpowiedni imidż no i tyle. Z początku były z tym zabawne historie, bo nie każdy o tych zmianach wiedział, i tak Maros zaprosił nas na Night of Terror, gdzie w pełnym rynsztunku bojowym w postaci marszczonych dresów, ciuchów z lumpeksu i tak dalej zaprezentowaliśmy się obok Decline, Offence i Exmortum. I o dziwo nikt nas nie zabił, mało tego, ludzie bawili się doskonale.  Do starych nagrań czasem wracam, szczególny sentyment mam do demówki „Chernobyl” – to były naprawdę spoko numery, tylko zbyt wcześnie to nagraliśmy, poziom wykonawczy jest tam dosyć dramatyczny.

W: Sam pierwszy raz usłyszałem o Was gdy Oracle lekko Was zjebał w recenzji „Abnormal Sickness„, po przesłuchaniu również jakoś jajec mi to nie urwało, ale po 3 latach pojawił się Wasz opus magnum w postaci „Lepiej idź nazbierać patyków„. Jak wspominacie sesję nagraniową tego materiału?

T: Czas „Patyków” wspominamy bardzo dobrze. Jak już wspomniałem kawałki na ten album zrobiły się praktycznie same, bywało, że na każdej próbie powstawał cały numer, łącznie z tekstem… W zasadzie gdy zaczynaliśmy nagrania to była gotowa już spora część materiału, który sporo później trafił na „Kutra”. Same nagrania też były spoko, płytę produkował Kuźlu, który wtedy dość mocno rozkręcał działalność studyjno – nagłośnieniową, więc z jednej strony były to o wiele bardziej profesjonalne warunki niż kiedykolwiek wcześniej, z drugiej – bez żadnego stresu, bo realizował jakby nie patrzeć kolega, w dodatku były członek kapeli. Ta wcześniejsza płytka, czyli „Abnormal Sickness” to nie był zły materiał, ale przekombinowaliśmy przy nagraniach. Miks jest dziwny, dużo tam było jakichś dogrywek, chujów-mujów. Na żywo to miało większego kopa.

W: Na patykach zawarto wiele ciekawych opowieści oraz przedstawiliście parę interesujących sylwetek. Proszę powiedz w skrócie kim jest Gołąb Pankracy, oraz Błażej Śmietana? Czy mama Błażeja wreszcie pozwoliła mu wyjść na dwór?

T: No to tak. Mieszkam w mieszkaniu posiadającym BALKON. Na ten balkon z lubością przylatują gołębie. Kiedyś jakoś dłużej nikogo w domu nie było, zdążyły założyć gniazdo, były już jajka. No to jako ekolog i cyklista, stwierdziłem, ze dobra, niech se już mieszkają. No i były urocze pisklaczki, odchowały się, poleciały w cholerę. No i potem sprzątanie warstwy GÓWNA przez nie pozostawionej to był dosyć srogi satanizm. No i zacząłem się zastanawiać, co takiemu Gołąbowi siedzi w tym małym móżdżku, pomysł, że one nas zasrywają specjalnie, ze złośliwości wydał mi się niesamowicie wręcz zabawny i napisałem o tym tekst, z perspektywy takiego gołębia. Czemu Pankracy? A czemu nie?

Co do Błażeja – podmiot liryczny tej pieśni to konglomerat co najmniej dwóch Błażejów – basista opowiadał, jak to instruktor Judo przedstawiał mu oraz innym młodym adeptom tejże sztuki walki historyjkę z morałem o Błażeju, który skończył szkołę specjalną i mieszka obecnie we Wrocławiu, a to wszystko dzięki judo, cała reszta tekstu to takie przebitki z lat 90tych – oranżady „na miejscu”, wbijanie do kolegów którzy już mieli komputer typu Amiga, granie w nogę od rana do wieczora. No i darcie się pod oknem, żeby ten Błażej czy inny Tomek wyszedł na dwór – ja mieszkałem (i mieszkam nadal) na dwunastym piętrze, a i tak koledzy zamiast zadzwonić dzwonkiem czy umówić się przez telefon darli ryje z parkingu. Sąsiedzi pewno byli zachwyceni. Generalnie daleko mi do podejścia „kiedyś to było”, a jak teraz patrzę, to lata 90-te jawią się jako jedna wielka chujnia, no ale człowiek był dzieckiem, to się z byle gówna cieszył i jakieś tam wspomnienia zostały, próbowałem to oddać w tym tekście. To, że większość kolegów z powodu byle pierdół miała KARY i wiecznie nie mogli wyjść na dwór, także.

W: Po patykach odszedł właśnie i Kaka, który był waszym cudownym przyjacielem, ale też perkusistą, filantropem i szkalownikiem. Długo zajęło wam znalezienie odpowiedniego zastępstwa?

T: No chwilę to trwało. Kaka w 2014 roku zyskał, praktycznie z dnia na dzień możliwość ZDRADY naszych pięknych śląskich krajobrazów na rzecz Bałtyku, no i debilem by był gdyby nie skorzystał z tej okazji. Poszukiwania trwały, albo na ogłoszenie odpisywali jacyś niekonkretni ludzie z kosmosu, albo wymiękali słysząc materiał. Tak sobie czas leciał, pojawiła się propozycja zagrania na 21-leciu Bottom. Jakoś na ten jeden gig udało się zaangażować Rapera z Testera Gier, zaczęliśmy ogrywać materiał, ale szybko wyszło, że akurat tego dnia Tester ma jakiś mega ważny koncert. Raper nie chciał nas jednak zostawiać w ciemnej dupie i polecił Ciastka ze Slaves of evil. W sumie znałem Ciastka wcześniej, w 2009 roku graliśmy koncert z ich wcześniejszym wcieleniem, a całkiem na początku ich przygody z graniem występował u nich także nasz basista. No ale jakoś wcześniej nie zagadaliśmy do szanownego kolegi, bo myśleliśmy, że taki blaściarz i okrutnik nie będzie chciał grać takiej muzy. A tu przyszedł, zagrał i od razu zażarło. Został na stałe i jeszcze wciągnął nas (mnie i Pula) do Slaves of Evil. Ciastek gra inaczej niż Kaka, który miał jednak bardziej punkowe korzenie, ale wpasował się do kapeli i razem niesiemy sztandar Gołębia.

W: Kaka jednak czasem pojawiał się gościnnie i nie dał ostatniego słowa. Na „Buraki Pastewne” pojawiły się „Dj Kaka remixes”, czyli mocno autystyczna muzyka do tańca i różańca. Skąd ten pomysł, żeby stworzyć coś tak pojebanego?

T: No Kaka to mega ważna część historii kapeli i przede wszystkim kolega, nie było żadnych konfliktów, po prostu życie wymusiło zmianę bębnisty i tyle. Utrzymujemy kontakt i tak dalej. A skąd mu się wziął pomysł na stworzenie tak pojebanych elektronicznych wersji naszych numerów? Nie wiem, i nie wiem czy chcę wiedzieć. Kaka praktycznie odkąd Go znam, czyli gdzieś od 1992 roku chciał robić muzykę, że przez wiele lat możliwości ku temu były żadne, to nauczył się robić „coś z niczego”, haha. W sumie to Jego kuzyn z Niemiec jest czy też był DJ-em, Kaka miał w domu sporo płyt z dosyć hardkorową techniawą. W sumie to, że te numery naprawdę wielu ludziom się podobają nie wiem czy mnie bardziej cieszy, czy przeraża.

W: Trzymając się dalej Buraków i tego jak wspominałeś. Zagraliście w 2014 jeden z pierwszych livów w legendarnej już korbie a publika przyjęła Was bardzo ciepło. Nie baliście się zemsty lodowych sztyletów z powodu, że nie jesteście „true”?

T: Kolego. W Korbie to my pierwszy raz graliśmy w marcu 2009, a łącznie zagraliśmy tam jakieś 25 razy. Ten koncert, który swoją drogą został profesjonalnie zarejestrowany aparatem fotograficznym, był jednak specyficzny. Po pierwsze Kaka mieszkał już wtedy nad Morzem, to było Jego pożegnanie, przed występem zagraliśmy całą jedną próbę, gdzie w sumie to głównie piliśmy picia i jedliśmy przyniesiony przez drugiego wokalistę bigos. Po drugie saportowaliśmy Squash Bowels, a to już poważna sprawa. Wyszło dobrze, choć oczywiście były wyjebki wynikające z braku prób. Ogólnie nigdy nie mieliśmy problemów z przyjęciem przez publikę, a grywaliśmy na Night of terror z poważnymi kapelami, czy z weteranami typu Dragon, Quo Vadis. Wiadomo, pewnie nieraz nas traktowano jako jakiś żart, czy przerywnik, ale mam to w dupie szczerze mówiąc. Taka kapela jak my to zawsze jakieś urozmaicenie, przecież nie ma nic nudniejszego od koncertu gdzie gra na przykład pięć kapel, i wszystkie tylko i wyłącznie sam brutal death metal. Właśnie fajnie wspominam taki koncert też w Korbie, też robiony przez Marosa, chyba się to nazywało Critical Noise industry, gdzie gwiazdą była kapela stoner/doom, obok tego goście robiący noise, pan plumkający jakieś soundscape’y na gitarze, my i kapela grająca black/death – dla każdego coś miłego.

W: Koncertujecie poza granicami śląska mało, czym jest to podyktowane? Czyżby ludzie nie byli gotowi? Sam Was swego czasu zaprosiłem do Gdańska na gig i był to chyba najdalszy z Waszych wyjazdów. Pamiętacie go jeszcze?

T: Ciężko zapomnieć. Dostaliśmy tam jedzenie, co się zdarza się często! Serio, był to nasz najdalszy a zarazem najlepszy wyjazd. Graliśmy mało poza Śląskiem, z początku to był po prostu brak kontaktów, potem nie czarujmy się, inne projekty bywały dla nas priorytetem, jeszcze później… Wiesz, taki wyjazd gdzieś dalej to jest doba, czasem więcej w plecy. Prawie zawsze do interesu się dokłada. Tu nie chodzi o kasę, ale po prostu średnio się nam już chyba chce poświęcać sporo czasu, zrobić dodatkowe próby (bo obecnie z AS nie gramy regularnych, cotygodniowych), ogarniać jakieś wolne czy przestawiać zmiany (bo nie wszyscy pracujemy od poniedziałku do piątku, od 7 do 15), żeby zagrać dla siedmiu osób. Przy czym to nie chodzi nawet o samą tą frekwencję, graliśmy dosłownie dla siedmiu osób, graliśmy i dla dwustu i zawsze gramy tak samo (czyli na jakieś 30% możliwości), ale no gdzieś dalej nie jesteśmy w stanie przypilnować organizatora, żeby jakoś gig promował i tak dalej. Oczywiście, jeśli ktoś, tak jak Ty zaproponuje sensowne warunki, to zbieramy się i gramy, ale nic na siłę.

W: Chyba mogę się nazwać największym die hard fanem, ponieważ w dalszym ciągu posiadam Wasz banner, który najebanie zapomnieliście wywiesić nie wspominając już o zabraniu go.

T: No zabrać baner i wywiesić na koncercie, po czym zwinąć i wrócić z nim na salkę, to każdy debil potrafi. Wieźć go przez cały kraj, nie użyć i zostawić to wyższa forma bycia człowiekiem. Każda szanująca się kapela choć raz zostawiła gdzieś baner, nam udało się to zrobić ze sporym rozmachem. A jakbyś był kolega, to byś go nam przywiózł.

W: Skąd u Was fascynacja Kamilem Stochem? Czemu nie Piotr Żyła?

T: Bo „Kamil Stoch” się lepiej krzyczy pod sceną na koncertach Bottom. Tak naprawdę wszyscy w zespole jesteśmy die hardami Roberta Mateji, który tak wiele razy był o krok od sukcesu, ale no akurat jak startował to coś nie wyszło – wspaniała postać. Skoki Narciarksie doskonały, nieangażujący szczególnie sport a rozpoczęta sukcesami Małysza „kultura kibicowania” jest piękna, taka januszerka, ale raczej pozytywna.

W: Posiadacie również przyśpiewkę na temat piwka Sarmackie Mocne, czy faktycznie je piliście? To już nie lepiej było Żubra?

T: No trzeba było, to się piło. Co Ty myślisz, jakim budżetem dysponowali gówniarze na początku XXI wieku, hę? To piwo było jak rosyjska ruletka – czasem było zupełnie ok, ot taki trochę słodowy strong lager, nie powiedziałbym, że gorszy od jakiegoś Harnasia, czasem jednak bukiet smaków i aromatów był taki, że sam Tomasz Kopyra z blogu blog Koprya kom by miał ciężko to opisać. Podczas wykonywania tej przyśpiewki spożywaliśmy Sarmackie rytualnie na scenie, pamiętam taki koncert w Sosnowcu, w klubie w piwnicy, gdzie było miliard stopni, do tego cieplutkie Sarmackie, w dodatku z wyjątkowo „dorodnej” warki… no poezja Panie, poezja.

W: Pomijając kompilację ze starymi materiałami, Wasze najnowsze dziecko to epka „Kuter mój płynie dalej„. Jaką historie chcieliście przedstawić poprzez kuter?

T: Kuter to miał być po prostu szybki i konkretny strzał, no i chyba się udało. Materiał na to dzieło był gotowy jeszcze za czasów Kaki, co więcej przed wyjazdem ów kolega nagrał partie bębnów. Dość długo jednak nic z tym nie robiliśmy, bo nie było składu, bo coś tam. Jak już objawił się Ciastek, to postanowiliśmy to jednak nagrać od zera, tak też się stało. Tym razem produkcją zajął się Pulo i uważam, że w takich salkowych warunkach po prostu nie dało się tego zrobić lepiej. Choć nie jestem do końca zadowolony z wokali, podczas nagrań byłem tuż po grypie, no i po prostu słyszę tam takie „zmatowienie” na gardle, ale już trudno. Koncept stojący za Kutrem jest oczywiście żaden, po prostu miało być szybko, ostro i do przodu.

W: Dlaczego śmiejecie się ze studentów? Życie Wam nie miłe?

T: W studentach przeszkadza nam głównie to, że sami nimi już nie jesteśmy. Ktoś mądry, albo głupi ale z dostępem do mediów, powiedział, że obecnie np. czterdziestolatkowie są jak dawniejsi trzydziestolatkowie, no i coś w tym jest, więc studenci to takie duże, rozwrzeszczane, irytujące bachory. Byliśmy oczywiście dokładnie tacy sami, no ale tego się nie widzi. W każdym razie „kultura studencka”, te wszystkie Juwenalia to jest onkologia straszna (powiedział typ śpiewający piosenki o gołębiach i kebabie). Oczywiście mógłbym tu dorabiać ideologie, jaka to dzisiejsza młodzież „be”, a studia w Polsce gówno nieprzygotowujące ani do wejścia na rynek pracy, ani do pracy czy rozwoju naukowego, ale zostawmy to ludziom z większym kijem w dupie – nam chodził tylko o to, żeby się po prostu do kogoś przypierdolić, a jednocześnie nie wzbudzić zbyt dużych kontrowersji, haha.

W: Wasze grafiki znajdujące się wydawnictwach są dość oryginalne. Tutaj jakiś kebab, commodore 64 jeśli się nie mylę a zaraz potem łódka płynąca na cebuli. Kto to wymyśla?

T: Ja to wymyślam. Zaczęło się od logo. Mieliśmy uważam naprawdę dobry logotyp, zrobiony przez pierwszego gitarzystę, Kuźla, który jednak był mocno nieczytelny. Organizatorzy koncertów na to strasznie marudzili. Potem jakiś kolega Udy miał nam „po znajomości” zrobić logo, oczywiście trwało to i trwało, w końcu nawet przedstawił jakiś projekt, ale była to taka lipa, że daliśmy sobie spokój, ja się potem zirytowałem i po którymś tekście, jakie to logo nieczytelne posłałem na plakat napisane word artem „Abnormal sickness”. I zostało. Cała reszta… no po prostu wraz z Kaką od zawsze lubiliśmy jakieś takie dziadostwo, kicz, przepych rodem z pałacu Don Wasyla i tak dalej. Może to kwestia dorastania w latach dziewięćdziesiątych, oglądanie „luksusu” w postaci meblościanek, wystawek z puszek po zagranicznym piwie, te wszystkie kolorowe okładki  gazet czy VHSów… Jakoś w tym czasie gdy zaczęliśmy mieć taką, ekhm, „identyfikację wizualną” pojawił się ten nurt Vapor Wave, ale ja nawet nie bardzo sobie zdawałem z tego sprawy. W każdym razie było to wszystko spójne, na koncertach też pojawiała się scenografia w klimacie, w szczytowym momencie bębny bywały przystrojone jakimś ohydnym abażurem, girlandami, FIRANKAMI – i jak grała jakaś kapela na naszym zestawie, to zabranialiśmy tego ściągać, co było przekomiczne jak grał z nami jakiś srogi zespół HC i cała napinka psu w dupę, bo z perkusji dumnie wystaje abażur. W każdym razie największy komplement dotyczący mojej sztuki graficznej usłyszałem, jak robiliśmy koncert w Będzinie ze Snake eyes i Bottlekopf, i jakoś nie było plakatu, trzeba było na fejsikowe wydarzenie coś wrzucić. Zrobiłem więc grafikę na tło tak w mojej opinii na serio, bez żadnych gołębi czy coś, na co właściciel klubu stwierdził, że trzeba to szybko zmienić, bo wygląda to jak z kursu Worda  dla seniorów. Poczułem się w tym momencie artystą spełnionym.

W: Co sądzisz o polskiej scenie GC?

T: Sądzę, że jest świetna, dużo się na niej dzieje. Lubię zarówno klasykę typu Squash Bowels, Psychoneurosis (bardzo się cieszę, że zdążyłem z nimi zagrać koncert, choć nie z AS, tylko ze Slaves of Evil), Dead Infection i tak dalej, z nowszych kapel ogromne wrażenie robi na mnie Straight Hate, czy kapele łączące grindowe wpływy z metalem czy HC typu Nuclear Holocaust czy Bottom. Ogólnie z tego co lata temu panowie Bullen, Harris i reszta  wymyślili można wyjść w przeróżnych kierunkach i u nas po latach posuchy się to właśnie dzieje. Przecież zupełnie czym innym jest dajmy na to te Sqash Bowels, czym innym Meat spreader a jeszcze w zupełnie innej lidze gra zaczynająca przecież od splitu z Janem z Agathocles, Antigama. Z „humorystycznych” kapel kocham bezgranicznie Zachlapanego Szczypiora. Słucham i cenię też dużo rzeczy z  pogranicza crustu i grinda, cieszy mnie niezmiernie wydanie w końcu, po latach, porządnie drugiego materiału Homomilitii oraz nagrań Schismopathic, jeszcze by się przydało, żeby ktoś wydał choćby jakiegoś składaka potężnego S.O. War

W: Po godzinach również zdzierasz gardło w Slaves of Evil. Kiedy możemy spodziewać się nowego pełniaka?

T: Nowego pełniaka należy spodziewać się wtedy, gdy będzie gotowy. Poważniej – mamy już ponad połowę materiału na płytę, trochę to się przeciąga, bo a to basista się zmienił, a to ktoś złapał kontuzje czy wyjechał, a to wybuchła ogólnoświatowa pandemia i zamknięto nam MDK na dwa miesiące i takie tam różne drobne przeszkody nam los rzuca pod nogi. W każdym razie Slaves of Evil obecnie traktujemy priorytetowo, nowy album to nadal będzie taki dosyć ponury, gęsty wpierdol jaki był na „Madness of silence”, jednak są też nowe elementy, choćby z tej prostej przyczyny, że za część riffów odpowiada Pulo. Póki co nagraliśmy jeden numer – „Torn by the claws of madness” – i puściliśmy do niego teledysk, można sobie sprawdzić na jutubach czy innych spotifajach.

W: Większość z Was pogrywa w obu tych bandach aż tak się kochacie? Czy, po prostu ciężko o ręce do pracy?

T: Mało tego, cały skład AS oprócz mnie gra jeszcze w Underule. To było jak w „klanie” – do nas dołączył Ciastek ze Slaves, po jakimś czasie zwerbował mniej  chwilę później tego samego dnia Pula na druga gitarę, po czym Pulo do Underule ściągnął najpierw Marcina, basistę z AS, potem Ciastka. Żeby było jeszcze zabawniej, sto lat temu gdy ludzie ze Slaves of Evil grali jeszcze pod innym szyldem na basie grał z nimi właśnie Marcin, który w 2009 trafił do AS! Prawie jak LTWB czy inne LGBT, sam się już czasem w tym gubię. Poważniej – taki układ ma swoje minusy, bywały jakieś tarcia, ale ogólnie naprawdę da się to ogarnąć. W tej chwili regularne próby gra Slaves of Evil i Underule, AS jak jest potrzeba, wiadomo, czasem jedne kapele działają intensywniej kosztem pozostałych, ale to się tak dość płynnie i naturalnie wymienia. A tak serio, to w AS gramy wyłącznie dla pieniędzy, bo przecież znaczące postacie na fejsiku odsłoniły PRAWDĘ, że na śmieszkogrindzie się kokosy zbija. Ze sprzedaży „Kutra” sfinansujemy nagranie płyty Slaves of Evil, tantiemy z „Buraków pastewnych” pozwolą na sfinansowanie trasy Underule.

W: Jak maluje się przyszłość Abnormal Sickness?

T: Nie wiem. Na początek chcemy skończyć materiał Slaves of Evil, potem się zobaczy, mamy jeszcze trochę praktycznie zrobionego materiału AS, może to nagramy, może zrobimy cos zupełnie nowego, może nie zrobimy nic albo zmieni się skład? Cholera wie. Problem z tym wszystkim jest jeden, nazywa się „czas”. Wszyscy jesteśmy teraz na etapie przeprowadzek, zmian pracy, zakładania rodzin albo rozstań i tak dalej, każdy też ma jakieś życie poza robotą i graniem – w moim przypadku jest to ostatnio uczęszczanie do lasu i w góry. Z perspektywy czasu jasno widzę momenty, gdzie można było się zaangażować w te granie bardziej, z drugiej strony przez te wszystkie lata widziałem dziesiątki kapel, którym świetnie żarło i zdechło, bo ludzie widzieli, ze owszem grają coraz więcej, ale jakoś nic konkretnego z tego nie wynika, a zamiast Wacken są Dni Radzionkowa… Angażując się w granie (ale też każde inne hobby) można też sobie fantastycznie rozwalić życie osobiste i zawodowe, co niestety też w kilku przypadkach widziałem – nam się jakoś udaje to wszystko godzić i gramy już od prawie piętnastu lat. No ale za to gramy mało i rzadko – coś za coś. W każdym razie jakby mi ktoś te 15 lat temu powiedział, że w 2020 roku będę to robił nadal, że zagram na jednej scenie z Psychoneurosis, Dragon, Quo Vadis, Squash Bowels to bym go chyba zabił śmiechem. A co będzie dalej naprawdę nie wiem, ten rok chyba pięknie nam wszystkim pokazał, gdzie sobie można wsadzić dalekosiężne plany – jednak jakieś tam pomysły i nawet niewykorzystane jeszcze materiały są.

W: Preferujesz wycieczkę do Castel Gandolfo, czy muzeum kolejnictwa?

T: Byłem w muzeum kolejnictwa w Warszawie (Stacja Przystanek) i w skansenie kolejowym w Chabówce, gdzie bawiłem się jak świnia w błocie, obłażąc i  obfotografując wszystkie możliwe lokomotywy, haha. Chciałem też nawiedzić muzeum transportu publicznego w Budapeszcie, ale było akurat zamknięte. Więc zostaje jednak te Castel Gandolfo. W sumie kiedyś widziałem na straganie z używanymi książkami album pod tytułem „Ogrody papieskie” za dychę i nie wziąłem, z powodu czego bardzo oburzył się prezes zarządu Black Silesia Productions, który powiedział, iż „zjebałem”.

W: To wszystko z mojej strony. Na koniec opowiedz proszę jakiś wierszyk.

T: Wojtuś to redaktor miły

Nie ma HIV-a ani kiły

Fotki dostarczyła kwatera główna Abnormal Sickness

 

Wojtuś
Autor

222 tekstów dla Chaos Vault

Główny ekspert w dziedzinie szkalowania, lubujący się w czarnym metalu oraz wszelakich ambientach i innych wybrykach natury.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kejosowe miejsce spotkań

Powiedzieli...

Polecamy jeszcze

Newsy

  W wieku 45 lat odszedł Timo Ketola, fiński autor grafik. Timo stworzył okładki dla takich zespołow jak Antaeus, Chapel of Disease, Dead Congregation,...

Newsy

19 pażdziernika nakładem Devoted Art Propaganda ukaże się spilt Gruzji z rosyjskim Neon Scaffold. Materiał będzie nosił tytuł „Konflikt” i ukaże się na 12″...

Newsy

Połączone siły Ouroboros i Pestis Spiritus ! Split-zine w duchu podziemnego Black Metalu przeciwko nowoczesnemu Światu. OUROBOROS nr 2 Obszerna recenzja i komentarz do...

F-J

Wydawca: Black Death Production I cyk kolejny debiut wpadł mi w łapska. Tym razem EPka włoskiego Ghostlord „Abyssic Death Masters”. I przyznam, że tytułowe...

Copyright © 2004 - 2020 Chaos Vault