Wydawca: Werewolf Promotion
No i fajnie, że ukazało się wznowienie debiutanckiej demówki Taran, bo moja kaseta zaczęła coś szwankować. A jeszcze lepiej, że do nagrań ze „Storming the House of God” dołożono ich część splitu z Moontower.
Bo ten też mam na taśmie, a na przykład dzięki „Devilish Storm” mogłem sobie dziś słuchać tego wyśmienitego black metalu na trasie Rzeszów – Izdebki Rudawiec, brodząc w śniegu po kolana. Bo w ogóle to bardzo lubię muzykę Taran. Lubię ich bezpośredniość, nieskrywaną nienawiść wobec wszystkiego co „boskie”. Muzyka, która doskonale jest wszystkim znana z dokonań innych, starszych kapel, a mimo to słucha się jej wybornie. Szybki, butny, emanujący nieskrywaną pogardą black metal – może stanowić to odtrutkę na te wszystkie coraz to wymyślniejsze konglomeraty muzyczne, odbijające od klasycznego rozumienia słowa metal. Żeby nie było, ja tam za wiedźmy nie pijam nałogowo i nie szkodzą mi wynalazki w metalu, ale często mam ostatnio tak że po prostu chcę posłuchać prawdziwego metalu. Czasem prawdziwego death metalu, czasem prawdziwego black metalu. W tym drugim przypadku muzyka Taran jest idealna, bo ma w sobie wszystko czego oczekuję od tego gatunku muzyki. Stąd też uważam, że bardzo dobrym jest pomysł wydania tej kompilacji. Zła nigdy zbyt wiele, a może nawet ktoś dzięki „Devilish Storm” zapozna się z nazwą i ideą Taran. Ja polecam.
Stąd też odtwarzam po raz kurwa enty ten album i drę ryja razem z Ronvem – „I see the burning Vatican!”. Na pohybel kurwie z Nazaretu.
Tracklist:




