Trasa Choroba Ogień Kwiecień 2013; Warszawa, Klub Metal Cave; 20.04.2013

W Rzeszowie ostatnio nie możemy narzekać na zbyt duża ilość koncertów. Akurat w dniu 20 kwietnia grał Quo Vadis i był to chyba pierwszy od 3 miesięcy koncert nie licząc kolejnej wizyty Romka z kolegami, Turbo i jakiś małolatów. Mimo wszystko postanowiliśmy się wybrać do Warszawy na trasę Choroba / Ogień, a bezpośrednią przyczyną tego były tanie jak barszcz bilety jednego z przewodników autobusowych. I dobrze się stało. Droga minęła przyjemnie na konwersacji i osuszaniu flaszeczki wiśniówki, potem niewielki ceregiel ze znalezieniem knajpy i już za chwilę piłem piwko w miłym gronie. Biedronka w pobliżu więc lokalizacja idealna, doborowe towarzystwo zatem czas około dwóch godzin płynął na muzycznych i około muzycznych rozważaniach oraz picu najróżniejszych mikstur alkoholowych. Nie będę ukrywał, że za kołnierz nikt z nas nie wylewał i do klubu wkroczyliśmy już marszowym krokiem poczym skierowaliśmy się prosto do baru po złoty trunek. Wybór „napoju bogów” w Metal Cave był spory i jak na miasto stołeczne ceny bardzo przystępne.

W międzyczasie pani Hekte Zaren na scenie zapaliła świeczki i rozpoczął się ten jednoosobowy pokaz. Z tym jednoosobowym to trochę nieprawda, bo sample puszczał Static z Mord’A’Stigmata. Czy mi się to podobało? Generalnie wygląd ciekawy, pani w czarnych szatach wykrzykująca i wyszeptująca różne wokalizy do połamanej elektroniki. Jestem za. Mam tylko zastrzeżenia do samej oprawy wizualnej: wiała trochę nudą z tej sceny, kilka zapalonych świeczek, dwa kadzidełka oraz przystrojony mikrofon. Ja bym tam wdział jeszcze jakieś wizualizacje w tle. Im bardziej pojebane tym lepiej hehe. W takiej sytuacji byłbym bardzo na „tak”, a tak to jestem tylko trochę. Doświadczenie może nie było porywające, ale na pewno ciekawe. Tak jak napisałem: pokombinować tak żeby to szło w kierunku dajmy na to sztuki teatralnej i będzie zajebiście. Chętnie się z tą panią jeszcze na żywo zobaczę.

Koncert się szybko skończył i nadszedł czas na atak na stoisko z merchem. Wiele tam nie było, ale to, co chciałem to kupiłem i mało tego: kupiłbym jeszcze więcej, ale już pieniążka w portfelu zaczęło brakować niestety… Zaraz też weszli na scenę siewcy chorób, czyli Medico Peste. To już chyba trzeci koncert tego zespołu, który miałem wielką przyjemność podziwiać i powiem szczerze, że jak zwykle: szczęka na podłodze, a w głowie chaos. Goście świetny klimat generują, zajebiście się na scenie prezentują, wszystko to ma ręce, nogi i wielkie rogi (rymowanka niezamierzona, ale tak daremna, że postanowiłem jej nie kasować hehehe)! No nie mogę się do niczego przyczepić może oprócz tego, że scena była kiepsko oświetlona. Mi zawsze podobało się jak ich koncertom towarzyszyła trupia aura jednolitego światła. Zasadniczo to właśnie Medico Peste było tym magnesem, który przyciągnął nas przez pół Polski do stolicy. Koncert mocny, choć trochę krotki. A i zapomniałbym o najważniejszym: Medico Peste zaprezentowało nowy numer- wyrywa paznokcie.

Teraz mała przerwa na kolejne piwko i za dosłownie kilka minut na scenie już swoje dźwięki zaczyna generować Maciek, czyli Dead Factory. Czekałem na ten moment, bo chciałem zobaczyć jak coś takiego będzie wyglądać na żywo, gdyż takie post industrialne klimaty to zdecydowanie moja broszka hehe. Maciek ogarnia ten klimat rewelacyjnie, świetnie zrobiona wizualizacja zgrana z muzyką dawała wrażenie autentycznego uczestnictwa np. w rozpierdalaniu na czynniki pierwsze jakiegoś komina. Tak mnie zastanawiał ile to roboty trzeba żeby nakręcić takie rzeczy. Wielki szacunek dla Maćka, że mu się chce i że robi to świetnie. Bardzo dobrze też, że pojawiła się taka trasa, w którą jadą też projekty, którym daleko do metalu. Jestem za i mam nadzieje ze ten „eksperyment” nie okaże się pojedynczy tylko raczej przetrze szlaki i takich tras będzie więcej. Zobaczymy.

Dead Factory zwinęło się ze sceny wraz ze swoimi gruzami a my dokończyliśmy piwko i ni stąd ni zowąd na scenie już czynić hałasy zaczyna MasseMord. Już jakoś nie miałem strasznego parcia na oglądanie tego gigu, ale jak już jestem i jak już wydali nową płytę to pasuje jednak zobaczyć jak się te numery prezentują na żywo. Przyznam, że wiele razy nie przesłuchałem tego materiału, bo jedynie promo „A Life-giving Power of Devastation” do mnie dotarło, a na fizyczny format jeszcze muszę poczekać, bo stoi on w kolejce do kupna – ale raczej długiej kolejce więc sam nie wiem, kiedy zakup nastąpi hehe. Na początek zdziwiło mnie całkiem niezłe brzmienie jak na taki mały pierdolnik jakim jest Metal Cave… Jak się chce to się da. A może to ja byłem porobiony? No byłem, ale zdawało mi się, że brzmienie naprawdę dobre. Jeszcze, co do samej knajpy: ciężko było ocenić frekwencje, bo wielkość lokalu to w zasadzie powierzchnia 3 pokojowego mieszkania w bloku z wielkiej płyty, mało miejsca, ale za to atmosfera przywoływała wspomnienia z nieodżałowanej rzeszowskiej knajpy „Rejs”. Wracając jednak do tego, co na scenie. Prezencja na najwyższym poziomie porywała publikę do tanów. Pod sceną zamieszanie z każdym kawałkiem narastało i niestety nie było nam dane zobaczyć kulminacji tego teatru nienawiści. Musieliśmy opuścić knajpę gdzieś w okolicach utworu „Śmierć Ludzkości”, bo bus na nas czekał nie będzie niestety.

Po drodze jeszcze na szczęście starczyło czasu na frytki, zakup piwa i trzeba było wracać. Zajebiście się cieszę, że jednak ruszyliśmy dupy, bo trasa naprawdę dobra z ciekawym składem. Mam tylko nadzieje, że następnym razem zorganizują nam taki gig w Rzeszowie, bo miło po wyjściu z knajpy za maksymalnie godzinę zgonić we własnym wyrze.

Autor

669 tekstów dla Chaos Vault

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *