The True Blasphemy Night Act. IVAleż ten czas zapierdala. Nie minęło nawet pół roku, a już Chrom wyskoczył z IV edycją The True Blasphemy Night! Zwarty i gotowy stawiłem się tuż przed 19 przed bramami Protokultury. Tam, jak zwykle stała, dobrze znająca się ekipa robiła sobie wstępny podkład pod imprezę, która, z lekką obsuwą, rozpoczęła się grubo po godzinie 20.

Jako pierwsi na scenie pojawili się panowie z Carnes. To było moje drugie spotkanie z tym zespołem i muszę powiedzieć, że po raz kolejny bardzo udane. Lubię ten death metal, który panowie prezentują. Nie jest to może jeszcze ekstraklasa grania, ale z koncertu na koncert Carnes udowadnia, że nie stoi w miejscu i ciągle się rozwija, a nawet klasyczny death metal może być zagrany w bardzo – że tak pozwolę sobie określić – świeży sposób he he… Jedynym minusem ich występu mogła być zbyt duża głośność i ciągła walka z realizatorem i ustawieniami, przez co jeszcze dobry kwadrans po ich występie czułem, że bębenki mi pracują na podwyższonych obrotach. To się nazywa kurwa death metal he he…

Jako drugi na scenie pojawił się debiutujący na scenicznych deskach gdański Riese. I jedyne co mogę powiedzieć na ten temat: kurwa, ale miazga ! Zdecydowanie najcięższy i najbardziej brutalny występ tego wieczoru. Gruz sypał się z każdej strony a buldożer (czytaj: bass) obsługiwany przez Sproketa (także wokal) grał pierwsze struny w tej śmiercionośnej maszynerii. Praktycznie każdy kawałek był tego wieczoru absolutnym killerem. Dawno nie słyszałem na żywo takiej masakrującej dawki death metalu.  Bez wazeliny, Riese ma potencjał i jestem bardzo ciekaw jak zabrzmi na nagraniach audio! Można więc zespołowi za ten występ dać same plusy. Minus w zasadzie był tylko jeden: zdecydowanie za krótko ten set trwał! Mam nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy widzę Riese na scenie.

Po występie Sproketa śpiewającego o lampkach he he przyszła pora na kolejne piwo i dyskusje na tematy nie tylko muzyczne. Mniej więcej o godzinie 23 (już chyba nikt na te obsuwy nie zwracał uwagi) na scenie pojawiła się następna kapela.

I w zasadzie chciałbym tutaj ją pominąć, ale z redaktorskiego obowiązku wspomnę tylko, że Struggle Against dało najsłabszą – jak dla mnie – sztukę tego wieczoru. Ja rozumiem, że taka muzyka jaką panowie z Ornety prezentują ma swoich wiernych odbiorców. Jednakże ich death / black metal ani nie mnie powalił na deski, ani zmasakrował a tym bardziej nie przykuł swoją muzyką. Gwałtem samym w sobie było już zagranie coveru Celtic Frost – “Dethroned Emperor” a co tutaj dopiero mówić o wodzirejce wokalisty (więcej grania niż gadania panowie!). Sorry chłopaki, po prostu nie mój content.

Po występie warmińsko-mazurskiego kommando przyszedł czas na wejherowski Tehace. I tutaj wszystko grało już jak należy. Moc, agresja i przede wszystkim bezkompromisowe pierdolnięcie pełne połamanych rytmów i zakrętów he he. Człowiek od razu odżył, adrenalina skoczyła do odpowiedniego poziomu, a publika w końcu ruszyła do kotłowania. Krzychu to jednak ma fajny wokal he he… Takiego grania właśnie oczekiwałem tego wieczoru i dostałem je w 101%. Czy można było chcieć czegoś więcej ?

Po Tehace przyszła pora na absolutną perłę nad perłami, ulubiony zespół naszego redakcyjnego kolegi Pagana, czyli Aggressor. Choć pora była już totalnie bandycka (coś grubo po godzinie 1 w nocy), a publiki coraz tak jakby mniej, to jednak jako dobry kolega postanowiłem obejrzeć cały występ tego zespołu, by czym prędzej donieść koledze Paganowi, że Aggressor nie taki zły, jak go malują (tudzież piszą albo co lepsza… oceniają). Zacne pierdolnięcie pod postacią death metalu wylanego nieco grindowym posmakiem łupało w czaszkę niczym mocarz nastolatka. Goście nie w ciemię bici, znają się na swoim fachu i udowodnili to na scenie grając nieco ponad 30 minutowy, intensywny set. Na żywo więc, wszystko ma ręce i nogi i naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Czy tak samo jest na płytach ? Nie mnie to oceniać ale tego wieczoru (nocy) Aggressor wypadł naprawdę bardzo dobrze. To był dobry prognostyk przed ostatnim bandem tej edycji Blasphemy Night.

I tutaj miałem obawy, bowiem wstępne odsłuchy kawałków Relentless dostępnych w internecie optymizmem nie napawały. Ot taki, średnio na jeża zagrany heavy metal z elementami doom metalu i occult rocka pod postacią wokali płynących prosto z ust wokalistki Carlee Jackson. Na szczęście okazało się, że obawy te były bezpodstawne. Mimo później już pory (było gdzieś po 2 w nocy) zagrali tak, jakby grali przy pełnej sali. Pełna mocy i zaciętości rockowej muzyka płynęła niczym spirytystyczny seans muzyczny. Z kawałka na kawałek ta muzyka coraz bardziej zaczęła mnie do siebie przekonywać, mimo iż takiej muzyki nie preferuję na co dzień. Wokalistka brzmiała i śpiewała o wiele lepiej niż na nagraniach, a pozostałe instrumentarium dopełniało tylko całości muzycznego misterium.

Podsumowując. Po pierwsze i ostatnie he he… IV edycja The True Blasphemy Night udała się zajebiście zaś atmosfera, jakkolwiek to zabrzmi, była iście rodzinna. Słowa uznania należą się zarówno zespołom jaki Chromowi (oraz Ernestowi i Magdzie) za przygotowanie i organizację tego koncertu. Narzekać można jedynie na obsuwę (czynniki zewnętrzne) jak i na frekwencje (choć ta, nie była aż tak bardzo zła biorąc pod uwagę fakt, że to sezon letni). Nie pozostaje nic innego, jak czekać tylko na kolejną edycję.