11011959_574700169339295_3599331600533771403_nKoncert doom metalowy w Polsce to wydarzenie wyjątkowe. Generalnie mało w naszym kraju jest doom metalu. Mało mamy kapel grających doom a sensowny gig w tej stylistyce zdarza się raz do roku. Albo i nie. Ale przychodzi taki dzień, w którym ogłoszony zostanie taki Saturnus i już człowiek wie, że być tam trzeba. Dodatkowo krakowska lokalizacja koncertu to zawsze dobra wiadomość, więc w poniedziałkowe popołudnie wsiadłem w busa i ruszyłem na zachód. Oczywiście sam, bo nie udało mi się nikogo namówić na dotrzymanie mi towarzystwa i podzielenie flaszki w busie. Skutkiem, czego flaszki nie było a zamiast niej była drzemka przez większą część trasy. W Krakowie spacer po starym mieście i w okolicach 19.30 melduje się pod klubem. „Rotunda” to klub niewielki, ale na taki koncert w 100% wystarczający. Zastosowano podobną strategię, co podczas koncertu Negură Bunget w kwietniu: knajpa otwarta normalnie, natomiast wejście pod scenę odgrodzone od reszty płotem i dopiero na tę salę wjazd jest biletowany. Strategia opłacalna, ale bardzo utrudniająca mi ocenę frekwencji. Tłumów się nie spodziewałem i tłumów nie było, jednak pod koniec zostałem miło zaskoczony, bo podczas gigu Duńczyków w sali koncertowej zrobiło się bardziej gęsto. O klubie już pisałem kilkakrotnie, więc nie będę się powtarzał niemniej jednak wystosuje po raz kolejny apel: szatnia panowie, szatnia. Łachy dobrze by było gdzieś zostawić, a nie biegać z nimi w plecaku. To tak tytułem wstępu.

dPrzejdźmy jednak do muzyki. Impreza miała pół godzinną obsuwę, bo chłopaki się trochę spóźnili, ale potem już wszystko szło sprawnie. Jakoś koło 20.20 na scenie zameldował się Doomas ze Słowacji. Przed koncertem przesłuchałem sobie kilka numerów w necie i nie zrobiły one na mnie żadnego wrażenia. Będę nawet bardziej niemiły i napisze, że kompletnie mi się nie spodobały. Ta stylistyka melodyjnego doom metalu ze sporą domieszką lukrowanego gothicu to muzyka nie dla mnie. Na koncert postanowiłem jednak ruszyć. Z czystej ciekawości. No i moje obawy zostały potwierdzone, ale tylko po części. Muzycznie nie było dramatu. Prezencja na scenie też ok. Widać, że chłopakom zależy i lubią to, co robią. Mnie natomiast drażniły niemiłosiernie okropne sample klawiszowe. Jakby się pozbyli tego elementu to jeszcze by jakoś to brzmiało, ale te dramatyczne melodyjki w tle zabierały cała radość z koncertu. Choć na plus napisze, że ostatni numer, który Doomas wykonał na scenie, był całkiem niezły. Nie mam pojęcia, co to był za kawałek, ale jak wyszedłem spod sceny to miałem w głowie myśl: „kiepskie granie, ale ostatni numer wart sprawdzenia”. Zdecydowanie jednak Doomas nie odegrał koncertu wieczoru. Na koniec jeszcze napisze, że jeden z członków Doomas miał prezencję nieomal identyczną z Sakisem z pewnej, bardzo znanej greckiej kapeli. Śmiałem się, że może jakiś nieoczekiwany transfer? Szczerze wątpię…

Przerwa między Doomas a kolejnym Autumnal ciągnęła się z trzy fajki i większość piwa. Gdy rozbrzmiały pierwszea dźwięki generowane przez Hiszpanów zaczęło padać, więc zwinąłem się szybko z ogródka i polazłem pod scenę. Autumnal oczywiście też nie znałem wcześniej, ale pobieżne zapoznanie się z ich twórczością przed gigiem dało mi wskazówkę, że może być to lepszy koncert niż w przypadku Słowaków. Autumnal gra bardzo melodyjnie, ale też i bardziej nastrojowo. Ja w ich twórczości słyszę sporo Moonspell z bardziej zamierzchłych czasów. To skojarzenie z muzyką Portugalczyków pojawiało się wielokrotnie podczas koncertu. Z butów mnie ten gig nie wyrwał, ale już znacznie lepiej mi się słuchało tej kapeli. Fajne aranżacje, dobry wokal zarówno czysty, jak i growl. Przyjemny koncert. Nic mniej i nic więcej. Nie powiem żebym się nudził, ale wyszedłem sobie raz na fajkę i raz się odlać i jakoś nie uważam, żebym wiele stracił. Na koniec zaanonsowany został „Αs soon as you die…kill me” po odegraniu, którego chłopaki zwinęli się ze sceny a ja poczłapałem przed klub na kolejnego dymka.

sSaturnus rozkładał się dużo sprawniej i koło godziny 22 rozpoczął się ich występ. Saturnus poznałem niedawno, bo w okolicach wydania ich ostatniej płyty „Saturn in Ascension”, która niezmiernie przypadła mi do gustu. Potem dopiero zacząłem wgryzać się w ich dyskografię i co mogę rzec: zostałem fanem. Może nie takim, co dziara sobie logo kapeli na klacie. Ale Saturnus i jego wizja doom metalu bardzo mi się spodobała. Dlatego też na koncert się wybrałem. Tym bardziej że był to pierwszy koncert tej kapeli na polskiej ziemi, o czym Thomas nie zapomniał wspomnieć. No i się zaczęło. Pierwsze motywy z „Litany of Rain” i już zaczynam być wałkowany jak lubię. Na scenie kompletny luz i fun z grania. Konferansjerka też bardzo wesoła, więc ogólnie ryje się cieszyły wszystkim, co zostało skwitowane w pewnym momencie stwierdzeniem, że Saturnus gra happy doom hehe. Ale jak nie ma być na luzie, skoro goście już grają 23 lata. Ogólnie wygląd kapeli też był ciekawy. Thomas prezentuje się już bardzo „tatusiowato” hehe. Brzuszek, łysina… Każdego z nas to czeka. Ale dawał sobie radę świetnie. Wokal dalej zajebisty: głęboki, jakby wydobywał się ze studni. Zwracał też na siebie uwagę wyraźnie kontrastujący wiekiem klawiszowiec, który mógłby robić miksy jakiemuś hip hopowcowi. Co do set listy. Przekrojowa z naciskiem na „Saturn in Ascension”. Z ostatniej płyty poleciały wspomniany wcześniej „Litany of Rain”, „Wind Torn”, „Forest of Insomnia” i na bis (tak, grali bis) „A Fathers Providence”. Z debiutu było „I Love Thee” i grany tradycyjnie na zakończenie koncertów „Christ Goodbye”. Z „Martyre” poleciało coś na rozruszanie publiki, czyli szybki ponad wszelką miarę doom metalu „Empty Handed”. Natomiast „Veronika Decides to Die” była reprezentowana przez jeden z największych wyciskaczy łez w twórczości Duńczyków, czyli „All Alone” oraz „I Long”. I to by było chyba tyle, choć jest spora opcja, że coś mi umknęło, bo gig był naprawdę długi… Choć dla mnie mogliby sobie darować te smuty z „Veronika Decides to Die” która, moim zdaniem, jest najsłabszą płytą w dorobku Saturnus a zamiast tego dorzucić jeszcze coś z ostatniej płyty. Ot, choćby ten potężnie brzmiący „Between”. Ale nie można mieć przecież wszystkiego. Koncert tradycyjnie miał się zakończyć odegraniem „Christ Goodbye”, ale publika nie pozwoliła udać się Duńczykom do szatni skutkiem, czego odegrany został jeszcze bis. Ponoć wyjątkowa sprawa. Po koncercie zaczęły się brawa, podziękowania, przybijanie „piątek” i „żółwików”. Widać było, że publika szczęśliwa a kapela pod wrażaniem. Pod koniec frekwencja wydawała się całkiem spora. Myślę, że z 70-80 osób było na sali. To cieszy. Ja zawinąłem się na pięcie i opuściłem klub zadowolony. Ponad półtorej godziny znakomitego doom metalu w wykonaniu Saturnus dało mi ostro popalić hehe. Dzięki BDB kolegom, którzy mnie zabrali samochodem do Rzeszowa (reprezentacja naszego miasta zamknęła się ostatecznie w liczbie 3) znalazłem się w domu błyskawicznie i gdy kładłem zmęczone ciało na spoczynek w głowie dalej grał mi Saturnus. Znakomity koncert.

Więcej zdjęć