Connect with us

Szukaj, a znajdziesz...

Chaos Vault

Relacje

Mystic Festival 2022, 02 – 04 czerwca 2022, Gdańsk, tereny Stoczni Gdańsk

Zobaczenie w końcu na żywo Judas Priest czy uwielbionego Mercyful Fate w pakiecie na żywo to wręcz święty obowiązek. I choć jestem od dłuższego czasu uprzedzony do niektórych kapel, to parę strzałów z orbity – nie tylko metalowej – mocno mi się spodobało.

TOM G. WARRIOR

Festiwal, festiwal i po festiwalu. Jeszcze parę miesięcy wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę tego, że wezmę udział w całej tej imprezie. Raz, że taka formuła metalowego spędu już dawno mi obrzydła, dwa: ogólny klimat, który panuje na takich spędach i w końcu trzy: byłem mocno nastawiony na Never Surrender Festival w Berlinie. I gdyby nie ostateczne odwołanie tegoż, to bym zapewne piątkowe popołudnie spędził na zalewaniu mordy gdzieś na mieście. A tak, przyszedł zwrot kasy za NSF, więc stwierdziłem: a chuj, idę na wszystkie trzy dni. Zobaczenie w końcu na żywo Judas Priest czy uwielbionego Mercyful Fate w pakiecie na żywo to wręcz święty obowiązek. I choć jestem od dłuższego czasu uprzedzony do niektórych kapel, to parę strzałów z orbity – nie tylko metalowej – mocno mi się spodobało. No ale do rzeczy.

Dzień pierwszy – czwartek

Festiwal wystartował dla mnie na dobre właśnie w czwartek. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję tylko, że dzień wcześniej na WarmUp Tom Warrior wraz z setem Hellhammer/Celtic Frost podobno zniszczyli. Wierzę w to mocno ale jakoś też specjalnie nie żałuję, że nie dane było mi tego zobaczyć. Czwartek więc rozpoczął się dla mnie koncertem niemieckiego (dolch) na scenie B90 (czyli Shrine Stage). Mocno kiedyś wsłuchiwałem się w tenże projekt, w szczególności w pierwsze wydawnictwa. Urzekło mnie wtedy hałaśliwe podejście tego zespołu do zadawania muzycznego bólu. Tego dnia jednak zachodni sąsiedzi postawili raczej na subtelne i bardziej stonowane granie. Wokalnie M zaczarowała publikę, a zespół stworzył naprawdę gęstą atmosferę, która wylewała się ze sceny (no i poszło “Das Auge” oraz “Licht”!). I o ile (dolch) wręcz hipnotyzował tak GGGOLDDD wycisnął i uwydatnił wszystkie złe i negatywne emocje swoją muzyką. Ten miszmasz gatunkowy metalu, rocka czy też nawet elektroniki lat’80 uderzył tak mocno, że nie mogłem oderwać się od muzyki, a w szczególności od głównej postaci tego przedstawienia – Evy. Niezwykle osobiste teksty, w chuj cierpienia, kapitalny głos a wszystko to opakowane w klimat filmów Lyncha i muzyki takiego Leonarda Cohena… Teraz kumam czemu Oracle lubi tą muzykę.

HEILUNG

Po GGGOLDDD przyszedł czas na Mentor, który co tutaj dużo mówić, nigdy jakoś mej sympatii nie zdobył i zapewne już nie zdobędzie. Jednak nabite po brzegi Drizzly Grizzly (czyli Sabbath Stage) świadczyło o tym, że koncert ten spotkał się z bdb odbiorem. Po Mentor udałem się szybko pod Park Stage, by tam zmierzyć się z muzyką Heilung. Swego czasu – a może i nadal – na ten zespół w środowiskach (nie tylko) rekonstruktorskich był spory hajp. Zastanawiał mnie więc ten fenomen, dlatego też postanowiłem mu się przyjrzeć nieco bliżej. I faktycznie to mogło robić naprawdę spore wrażenie: od strojów, poprzez śpiew czy ogólnie całe show jakie ten zespół zrobił (grupa wojów z tarczami i włóczniami to niezły strzał był). Lubię neofolk czy też folk w szerokim tego słowa znaczeniu. Jednak po trzecim utworze zacząłem się niemożebnie nudzić, więc stwierdziłem, że jednak uzupełnie bezalkoholwe przed Opeth, które miało grać za chwilę na Main Stage. I tutaj przyznam widziałem tylko jeden kawałek. Cóż, czwartek. W piątek trzeba było wstać i odwalić szychtę w pracy. Festiwal w tygodniu, jak to powiedział klasyk: to niedobra być.

Dzień drugi – piątek

Ten dzień zaczął się od całkiem niezłego pierdolnięcia pod postacią Dopelord. W sumie padło wśród znajomych stwierdzenie, że zawsze kiedy Dopelord gra z Bezlebongiem, ten pierwszy rozdaje zawsze karty, a ten drugi usypia w chuj. I w sumie stwierdzenie to jest jak najbardziej na miejscu: jebnięcie rock’n’rolla zalanego stoner/doom metalowąj formą, to było to czego akurat w tej chwili na ożywienie mi brakowało najbardziej. Spoko koncert, potężne brzmienie i spora widownia. Kiedy koncert zmierzał ku końcowi byłem już w drodze na Fleshworld. Zanim jednak dotarłem na Sabbath Stage zahaczyłem jeszcze o koncert Proscription, który odbywał się na Shrine Stage I mogę stwierdzić jedno: jak nie przekonałem się do “Conduit”, tak za cholerę nie przekonam się do Finów. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. 

BENEDICTION

Kiedy Fleshworld zaczął w końcu grać zacząłem się zastanawiać jak ja kiedyś takiej muzyki mogłem słuchać. Całe te post metalowe granie może i na pewnym etapie było czymś, co przyciągało moją uwagę, tak teraz wydaje się to być flakami z rozwodnionym, spalonym olejem. Nie mniej, fajnie w końcu było zobaczyć zespół, który jakoś tam zapadł w pamięć, ale teraz wyleciał zbyt daleko w rejony post hardcore, co już zupełnie przekreśliło go z mojego zainteresowania muzycznego. Usłyszawszy jeden kawałek szybko przemieściłem się na Main Stage, gdzie koncert cisnął już Benediction. I co ja tam mogę powiedzieć więcej? Zagrali zajebiście! Ale po twórcach takiego chociażby “The Grand Leveller” można się było tego spodziewać. Wracając w rejony klubowe zahaczyłem jeszcze o Tribulation  i nadal będę się zastanawiał, co takiego jest w tym zespole, że niektórzy tak mocno się nad nim pałują? Hm, wyjaśni mi to ktoś?!

Kolejne piwo tego dnia i punktualnie o 19:30 na Shrine Stage pojawiło się Okkultokrati. Zawsze byłem ciekaw ich muzyki, ale zawsze też jakoś mi nie było po drodze z ich twórczością (czytaj: nie miałem czasu, by usiąść do odsłuchu). Jak się okazało, było to sporym błędem, bo miszmasz punka i metalu, jaką ci goście zaprezentowali tego wieczoru wytworzyła wręcz okultystyczny klimat upakowany w spoko granie, z niezłym wykopem i black sabbathowym brzemieniem. Tak to jakoś mi się skojarzyło. Niestety, trzeba było się zmywać z powrotem na główną scenę festiwalu, gdzie swój koncert dawał już Saxon.

Kurwa… 44 lata na scenie, a kolesie dają tak żywiołowy koncert, że zachodzisz w głowę, skąd oni mają tyle energii (dobra chemia, nie jest zła hehe). “Strong Arm of the Law”, “Crusader” czy też “747 (Strangers in the Night)”… same killery, a to był dopiero przedsmak tego wieczoru. Koncert Azarath widziałem kompletnie przez chwilę, Mgłę zaś pominąłem totalnie. Sorry, ale ten zespół już dawno wypadł z mojej orbity koncertowej (8 razy to jednak za dużo). Postanowiłem ten czas wykorzystać na odpoczynek i uzupełnienie żołądka. Strefa żarcia (W4) w tym momencie nadała się idealnie i każdy znalazł tam coś dla siebie: od wege poprzez szarpaninę, aż po wina czy zajebiste nalewki (mocno testowane w sobotę).

JUDAS PRIEST

Punktualnie o 23:15 przyszła pora na Judas Priest. I kolejne dziadki, tym razem świętujący swoje pięćdziesięciolecie (wiadomo, obsuwa przez pandemię). Halford ma pary, pierdolony skurczybyk. Jak na siedemdziesięcio jednolatka nadal wokalnie potrafi rozpierdolić. Czy to zasługa leków, dobrego doboru odpowiednich narkotyków, czy ogólnie prowadzenia się… nie wiem… Wiem natomiast, że to bogowie heavy metalu. I tak już będzie zawsze. Kurwa, najlepsza rzecz jaką widziałem, a “Painkiller” postawił mnie wręcz na nogi. Coś zajebistego, godnego zobaczenia. Był Halford na motorze, był gigantycznych rozmiarów byk… było wszystko to, co najlepsze w tym zespole. Po prostu, pierdolone show! 90 minut, które wbije się w pamięć już na zawsze a rzucone na dokładkę “Breaking the Law” czy “Living After Midnight” to już klasa sama w sobie.

MAYHEM

Po ostatnim takcie i dźwiękach “We are the Champions” nieodżałowanego Queen przemieściłem się pod Park Stage, by tam zobaczyć największe gówno tego festiwalu, czyli Mayhem (Piąteczkę zbijam wszystkim tym, którzy uważali, że to było zajebiste show. Gratuluję też gustu muzycznego i przede wszystkim podziwiam ultra fanów, którzy wytrzymali to, co działo się na scenie). Totalne gówno tej edycji. I nie piszę tego złośliwie. Miałem okazję widzieć już Mayhem, zarówno klubowo jak i festiwalowo i stwierdzam, że takiego gówna jakie było na scenie tego wieczoru nie da się zapomnieć. I po co to wszystko do chuja?

Dzień trzeci – sobota

Ostatni dzień rozpocząłem z lekkim kacem, który szybko zaleczyłem piwem i koncertem Planet Hell. I powiem, że wyprawa w kosmos z tym zespołem, to coś fantastycznego. No dobra, jest to w chuj połamane, miejscami wręcz ciężko było mi się przebić przez te dźwięki, ale powera to ci goście mają. Ciekawa rzecz, warta uwagi. Po występie Planety Piekło nastąpiła dla mnie dłuższa przerwa, dzięki czemu spokojnie wypiłem dwa piwka i mogłem się dobrze ustawić na Truchło Strzygi. Tak, wiem. Jedni będą srać na ten zespół dotąd dopóki on będzie istniał, inni zaś będą się dobrze na nim bawić. Ja jestem gdzieś pośrodku, ale oddać im trzeba, że potrafią zrobić gówniarską rozpierduchę. Co tam się na tej scenie odpierdalało, to ja nie wiem. Jakaś strzyga tam się przechadzała, piszczała i krzyczała, jakiś demon skakał po scenie i rzucał się na glebę. No kurwa, jednym słowem: dzicz jakaś. Ale kurwa, być człowiekiem? Jak tu kurwa być człowiekiem?! Spoko show, pełne energii, ale widać było też miejscami, że lekka trema gdzieś tam jest. Jasna sprawa: taki duży festiwal, a mały koncert klubowy to zupełnie inna rzecz. Nie mniej, Truchło dało radę.

IMPERIAL TRIUMPHANT

Zaraz po młodzieży udaliśmy się na dużą scenę, by tam zobaczyć francuski Igorrr. Widziałem ich parę lat temu na Brutal Assault i stwierdzam, że jak byli, tak nadal są popierdoleni. Znaczy, muzyka jaką grają jest popierdolona. Jak nie opera, to death metal wymieszany z techno. Tutaj jest wszystko, co tylko chcecie. Publika z tego co widziałem bawiła się przednio, a ja nadal jestem pełen podziwu dla Aphrodite Patoulidou… Na co dzień sopranistki, a tego dnia wokalistki Igorrra… Dziewczyna rozjebała system, bezapelacyjnie. Tuż po francuzach postanowiłem zerknąć z mega ciekawości na Årabrot, tak mocno promowany ostatnimi czasy w prasie branżowej. I przyznaję: nie porwał mnie kompletnie ten miszmasz rocka, noise rocka i miejscami metalu. No ale co ja się tam znam. Postanowiłem więc wrócić na dużą scenę, by tam zobaczyć czołgistę i jego wesołą kompanię.

“De Profundis” odegrany na żywo zabrzmiał zajebiście a “Wyrocznia” zagrana po polsku dopełniła dzieła zniszczenia. Dobry koncert, ze wskazaniem właśnie na cover Kat’a. I znowuż powrót na scenę klubową (droga od głównej sceny do B90/Drizzly Grizzly to z jakieś 5 minut piechotą, dla najebanych do 15) by tam zobaczyć Imperial Triumphant. Studyjnie ten zespół brzmi niezwykle ciekawie, więc tym bardziej było dla mnie zagadką jak zabrzmią na żywo i czy uda im się przenieść ten klimat Nowego Jorku na sceniczne deski. I nie zawiedli.  Świetny to był mariaż blacku, deathu, jazzu czy też awangardy. Gdyby mi np. supportowali tego dnia chociażby Portal miałbym dwa zajebiste zespoły grające połamane dźwięki na jednej pieczeni. Jeden z najlepszych show na którym byłem, choć niestety nie do końca, bo głównym gwoździem tego festiwalu od początku był dla mnie Mercyful Fate.

MERCYFUL FATE

Wiadomo, że Kim Bendix Petersen ma już swoje lata. Te 66 krzyżyki robią swoje, ale tego wieczoru nie zawiódł. Jasne, można byłoby się czepić, że niektóre numery nie brzmiały tak jak należy, że King ma luki w pamięci i nie kończy – czy w ogóle nie wyśpiewuje – niektórych wersetów, ale do chuja… Widzieć Mercyful Fate na żywo, słyszeć te wszystkie kawałki z “Mellisa” i “Don’t Brake The Oath”, to coś, co na długo zostaje w pamięci, a wszelkie rodzaju mankamenty stają się w tym momencie mało istotne czy wręcz nie zauważalne. Mimo tych małych niedoskonałości (bądź metalu w jego wieku, zobaczymy jak sobie dasz radę) był to koncert tej edycji. Jasne, Judas Priest niezwykle wysoko postawili poprzeczkę, to klasa sama w sobie, ale gdy się czeka całe życie na ten jeden koncert, wiadomo kto wygra w tym starciu. Żałuję nieco tylko trochę braku “Gypsy” w zestawie setowym, ale usłyszeć już takie “Come To The Sabbath”, “Black Funeral” czy też “A Corpse Without Soul” z ep “Mercyful Fate” to czyste złoto i wygrana w życie, a nowy kawałek “The Jackal of Salzburg” pokazał, że zespół jest w bardzo dobrej formie i jest nadzieja, że nowy album może być zajebisty.

Po Mercyful Fate przyszła pora na dysputy o życiu i kobietach przy srogich nalewkach i zimnym Jagermaisterze (pozdrawiam ludzi z Podkarpacia, którzy postawili kolejkę właśnie tego trunku, jestem Wam winien to samo, ale byłem zbyt zalany, by to uczynić hehe).

Ogólnie mimo mej niechęci, trzeba oddać to, że Mystic to naprawdę dobrze zorganizowana impreza. Organizacyjnie wszystko było jak najbardziej w porządku. Tereny postoczniowe (ulica Elektryków, kluby B90 i Drizzly Grizzly, W4 – czyli foodhall) w komponowały się w klimat idealnie, a dobór artystów zapewne nie jednego ucieszył. I o ile fest będzie się rozwijał w odpowiednim kierunku, może zacząć śmiało konkurować z takim Brutal Assault. Obawiam się jednak tylko, że za dwa, góra trzy lata miejsce to może stać się nieosiągalne na takie imprezy. Znając tendencję i to co się odpierdala w tym mieście z deweloperką osiedla powstające w pobliżu mogą ogólnie dobić tereny stoczni Gdańskiej jako imprezownie Trójmiasta. Obym się mylił, bo miejsce jest naprawdę gitez, co przyjezdni zapewne też zauważyli.

Autor

648 tekstów dla Chaos Vault

Grafoman. Koneser i nałogowy degustator Browaru Zakładowego. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Polecamy jeszcze

A-E

Wydawca: Nuclear Blast Records Nie ma czego słvchać. Chvjnia. Ocena:  Twoja $tara/10 1. Post-God Nirvana 2. Malaria Vvlgata 3. The Deathless Sun 4. Ov...

Newsy

W wieku 48 lat zmarł Jacek Szczepański vel Venom – założyciel black metalowego Xantotol. Nie została podana przyczyna śmierci. Jakby ktoś chciał udać się...

A-E

Wydawca: Iron Bonehead Productions Twórczość Abhor nie jest mi jakoś wybitnie znana, bo kapela wydała sporo już krążków i pomniejszych materiałów. Wiedziałem, że istnieją,...

Relacje

O panie, nie dość, że od bardzo dawna nie byłem na koncercie – bo ostatnio był to black metalowy spęd w Krakowie, to tak...