Tak się złożyło, że w końcu w Rzeszowie po kilku tygodniach ciszy, doszło do bardzo miłego spotkania muzyczno – towarzyskiego, co zowie się Metal Reich II. Kogóż tam nie było i cóż się tam nie działo… Ale od czego jest Wasz metalowy pudelek, Chaos Vault? Już my Wam doniesiemy…

Przyznam, że podkpiwałem sobie z frekwencji, jaka była zaplanowana, bo wypadało grubo ponad 150 osób (jeśli chodzi o tak miarodajne źródło, jak event na facebooku, hehe). A tu mnie zaskoczyli, bo jak przytarabaniłem się w końcu pod klub po jedenastu godzinach mozolnej pracy, kopara lekko mi opadła… Ludzi było faktycznie w chuj. Jednak nie ma to jak koncert lokalnych kapel – nie muszą być dobre, byle były stąd.

Oczywiście nie twierdzę, że zespoły tej sobotniej nocy nie były dobre – wręcz przeciwnie. Dajmy na to taki Striking Beast, który otworzył całą imprezę. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że te młodzieniaszki zagrają tak dobrze. Wiadomo, że obecnie w Polsce thrash metal jest na topie i młodzieży obutej w reeboki i okatanionej w katany jest od groma, a większość z nich jest rówieśnikami płyty „Load”, ale bez cienia wazeliny stwierdzam, iż akurat ta zgraja wie, jak gra się thrash metal. Słychać, że ich inspiracjami są głównie kapele z Bay Area i pomimo że numerom brak oryginalności, to zespół nadał im prawdziwego ognia. Do tego zagrali chyba dwa covery – Celtic Frost i Exodus (zwłaszcza ten pierwszy nieźle wypadł). Na uwagę zasługuje wokalista z silnym głosem i zalążkiem charyzmy, hehe. Podczas gigu Striking Beast był zresztą chyba największy młyn pod sceną – co prawda w większości złożony z młodych, słabowitych chłopaczków i dziewczynek, ale jednak…

Jak już Striking Beast zeszło ze sceny, miałem w końcu czas dla siebie, hehe – mogłem w spokoju przywitać się z kim trzeba było, wypić ile się dało i takie tam koncertowe bzdety. I na tyle dobrze mi się to wszystko robiło z tymi wszystkimi znajomymi, że przyznam – odpuściłem sobie koncert Dehumanize. Widziałem ich nie tak dawno temu, więc podejrzewam, że akurat u tej kapeli bez większych zmian. Za to podziwiałem dechrystianizację młodzieży w wykonaniu Piotra (ja pierdolę, jak można mieć naszywkę Kata, Mayhem i kurwa wierzyć w boziusia…), podywagowałem na różnorakie tematy, poobserwowałem zachowania młodszych od siebie (starszych nie było wielu), poszwendałem się tu i tam. No ale po jakimś tam czasie trzeba było zawinąć zgrabną dupę pod scenę, bo na deski po rocznej śpiączce weszło Excidium. O ile wiem, jak kogoś ze śpiączki wybudzą, to jeszcze spory kawał czasu dochodzi do siebie. A ci nie. Ci od razu wskoczyli na scenę, wzbogaceni o Golema ze Striking Beast i poczęstowali thrash metalową łupaniną. W zasadzie nie mogę powiedzieć o ich gigu jednego złego słowa (zresztą już słyszałem opinię, że nie mówię o nich źle, bo to moi koledzy i zapewne moja opinia ma jakieś drugie dno, hehe) – chwilowe zawieszenie broni nie wpłynęło źle na Excidium. Dalej wiedzą jak przyjebać, żeby z nosa poszła krew. Ich set nie zmienił się od ostatniego razu, kiedy ich słyszałem. Miło widzieć ich znów na scenie. A do ostatniego numeru dołączył do nich Maryjan i wspólnie odegrali cover Venom. Pod sceną młyn już nie tak spory, część młodszych opadła z sił, część chyba się lekko zlękła i czmychnęła pod bar. Dobrze, thrash metal to nie wata cukrowa.

Po Excidium scena należała do stołecznego Psychopath. Cholera, mam ich krążek i uważam, że ich muzyka jest całkiem słuchalna, niemniej jednak podczas ich koncertu widziałem chyba jeden albo dwa numery. I jakoś mnie nie porwali. Zresztą, chyba mało kogo porwali, bo ich występ oglądała jedynie część osób obecnych podczas wcześniejszych setów, a bawiło się jeszcze mniej. Nie będę więc oceniał muzycznej części ich show, poczekam do innej okazji, wówczas oglądnę całość i podzielę się swoimi odkrywczymi przemyśleniami.

I ostatnia kapela tego wieczoru. Początkowo miało nią być Terrordome, jednak jakoś tak się złożyło, że nie dojechali. To znaczy, część składu się zjawiła, ale przecież nie będą grać seta we dwóch, nie? Chyba, że w ping ponga. Szkoda, bo jeszcze nie widziałem tego zespołu na żywo. Ale nie ma tego złego, jak to mówią black metalowcy, bo w zastępstwie zjawił się krakowski Fortress. Co mnie ucieszyło, bo lubię ten band, a dawno ich nie widziałem ponadto. I tutaj, podobnie jak w przypadku Excidium, nic się nie zmieniło – Fortress wciąż pluje bay area thrashem w bardzo dobrym stylu. W sumie większość setu opierała się o ich ostatni jak dotąd album, „Modern Days Society”. Kto jeszcze miał siły napierdalał baniakiem lub współnapierdalającymi – do wyboru do koloru. W tym i ja, upojony po równi piwskiem jak i thrash metalem skrami się skrzącym, hehe. Musiałem się nad wyraz dobrze bawić, bo aż – pochwalę się – zostałem obdarzony dedykacją przez Toma, hehe, co ucieszyło mnie niezmiernie! A był to „We Rule The Night”. Coby tu nie mówić, faktycznie Fortress pokazali klasę podczas swojego występu, rzec by można – rządzili, hehe. Takim koncertom wypada tylko przyklasnąć! Nie pamiętam ile grali, chyba coś około trzech kwadransów, a jeśli moje obliczenia są dobre i rzeczywiście tak było, podsumuję to w stylu prezentera „Faktów” – Fortress dało nam niezłą lekcję thrash metalu.

Starość, a co za nią idzie, kłopoty z pamięcią, uniemożliwiają mi dokładne umieszczenie w czasie zakończenia koncertu, lecz tuszę, że było około północy, czyli iście metalowo. Nie pozostało mi nic innego jak poszwędanie się, spicie z Pathologistem resztek i ulotnienie się jak kamfora, w okamgnieniu, że nawet z częscią znajomych nie życzyliśmy sobie dobrej nocy i słodkich snów. Mimo mojego grubiańskiego zachowania uważam, że był to bardzo dobry spęd, z zaskakująco wysoką frekwencją i wysokim poziomem artystycznym ze strony wykonawców. Oby więcej takich w Rzeszowie.