In Solitude, Beastmilk, Wolfrider; Wrocław, Klub Firlej; 7.10.2014

beastmilk polskaBeastmilk to jest jakiś pierdolony fenomen. Usłyszałem ich pierwszy raz i do razu byłem kupiony. Goście grają rocka ale w tak świeży sposób, że większość współczesnych kapel wygląda przy nich jak błazny. Ich muzyka ma w sobie to COŚ. To, czego brakuje we współczesnej muzyce rockowej. To, czego już od lat próżno w niej szukać.

Jak nietrudno zgadnąć relacja z koncertu we wrocławskim „Firleju” będzie dość monotonna hehe. To prawda. Beastmilk przyciągnął mnie do Wrocławia, to oni byli głównym daniem wieczoru, to ich znam i uwielbiam. Ale od początku. Wrocław jest cholernie daleko od Rzeszowa wiec wybranie się do stolicy Dolnego Śląska zawsze stanowi niemałe wyzwanie. Ale, jeśli jest dobra motywacja to jadę. Siedem godzin w autobusie wystarczyło, żeby wstępnie zapoznać się z dyskografią In Solitude, która nie licząc ostatniej płyty, mnie nie przekonała. „Sister” to fajne granie z kilkoma przebojami wiec postanowiłem jednak nie opuszczać „Firleja” przedwcześnie i ich występ obejrzeć. Oczywiście jest to żart. I tak byłbym ich oglądał. We Wrocławiu byłem około szesnastej. Piwko, wizyta w słynnym barze mlecznym i nakurwiam pod klub. Od centrum „Firlej” nie jest daleko wiec po półgodzinnym marszu zameldowałem się na bramce.

wolfriderPrzed wejściem jeszcze fajeczka, w środku piwko, na które miałem czas ze względu na lekką obsuwę i punktualnie o 20 na scenie melduje się Wolfrider. Pierwotnie na tej trasie miła grać Obnoxious Youth, ale coś tam się posypało i na ich miejsce wskoczyła miejscowa ekipa. I co ja mam napisać o ich koncercie? Wszystko niby było w porządku. Brzmienie przyzwoite jak na ekipę rozgrzewającą. Ten ich heavy metal też niczego sobie. Ale nie porwali. Nie wiem, czy to lekka trema, czy może słabe przygotowanie do grania na żywo. Czegoś temu występowi jednak brakowało. Łatwo było stwierdzić czym chłopaki się inspirują. Albo kim. Koszulki Diamentowego Króla (albo raczej koszulkę i żonobijkę) miało na sobie aż dwóch członków zespołu. Na wielki plus zasługuje też wokalista za naprawdę dobre wokale. Potrafił wyciągać karkołomne dźwięki. Jednak konferansjerkę mógłby sobie darować. Wolfrider prezentował się około pół godziny. Zeszli ze sceny a ja już zacząłem się podniecać.

beastmilk1Zająłem miejsce przy barierce i postanowiłem bronić go niczym posłanka Pawłowicz dziewictwa. Do knajpy w tym momencie zaczął napierać poważny tłum. Nawet sam pan Nergal postanowił swoją osobą zaszczycić wtorkowy gig. Chwile to trwało zanim Finowie zainstalowali się na scenie, ale w końcu są. Zaczęło się. Na start: „The Wind Blows Through Their Skulls” i ja już jestem kupiony. Obawy o to czy sobie poradzą na żywo, czy uda im się oddać ten feeling z płyty pękły jak bańka mydlana. Ich muzyka na żywo nabiera jeszcze większego rozpędu, ma niesamowicie wyjątkowy klimat. Chyba nie było na sali nikogo, kto by do ich dźwięków nie tupnął, choć nogą. Co za energetyczne granie. To był też koncert wyjątkowy, dlatego że na pamięć znałem wszystko, co Beastmilk grało. Mogłem sobie pośpiewać jak nigdy hehehe. Co zagrali? Łatwiej będzie napisać czego nie zagrali. Z „Climax” nie było ostatniego numeru „Strange Attractors” a tak to poleciało wszystko. Odegrane, zaśpiewane na najwyższym poziomie. Z EP poleciały dwa numery: „Void Mother” i „Children Of The Atom Bomb” – rewelacja. Niesamowity koncert. Muzyka stworzona do grania na żywo. To, co gają Finowie jest środkowym palcem wyciągniętym w kierunku tych wszystkich rockowych kapel, które mają się za wielkie gwiazdy a tak naprawdę robią chujową muzykę. Dla mnie Beastmilk to objawienie. Świecąca perła w oceanie gówna, jakim jest współczesna muzyka rockowa. Koncert się skończył błyskawicznie. Nie mogłem uwierzyć, że to już tyle. Miałem nadziej na jakiś bis, ale się nie udało. Cóż, trzeba się wycofać i wychylić piwko.

in solitudeAle, zanim zamówiłem piwko udałem się do sklepiku. Tam mnóstwo dobra wszelakiego. Można było kupić „Climax” na dowolnym nośniku w przyzwoitej cenie. Ja skusiłem się na kasetę. Koszulek też wybór duży. Sądząc po ilość klientów merch przyniósł spore zyski tego wieczora. Ja zabrałem się za konsumpcje rzeczonego piwka, spaliłem fajkę i udałem się na salę koncertową zobaczyć In Solitude. Nie jestem wielkim fanem tej kapeli, choć ostatnia płyta mi się podoba. Liczyłem głównie na numery z tego materiału i się nie przeliczyłem. Już otwierający cały występ tytułowy kawałek z „Sister” przyprawił mnie o szybszy puls. Muszę jeszcze napisać o wyglądzie sceny. Beastmilk zabrał swój słynny telewizor a zamiast niego pojawiły się świeże kwiaty i mnóstwo kadzidełek, dzięki czemu ze sceny wydobywał się zapach jak z mydlarni hehe. Mnie, jako fotografowi, przeszkadzało kiepskie oświetlenie. Chyba tak właśnie miało być, żeby stworzyć odpowiedni klimat, ale słabe światło w połączeniu z bardzo ruchliwym wokalistą daje kiepskie foty. W każdym razie zrobiłem, co miałem zrobić i oddaliłem się od sceny. Brzmienie było niespecjalne, więc pomyślałem że w tylnej części sali będzie lepiej. Instrumenty były ok, ale wokal czasem powodował takie sprzężenia, że włosy mi się jeżyły na palcach u stup. Jeśli chodzi o brzmienie to wrócę jeszcze do koncertu Beastmilk, bo wydaje mi się, że był podobny problem. Miejscami z wokalami było coś nie tego. Podczas ich występu wytłumaczyłem sobie to faktem, że zaraz nad moją głową znajdował się głośnik. Na In Solitude działo się podobnie wiec to chyba nie wina miejsca gdzie się stoi. A jeśli chodzi o sam występ. Zaczęło się naprawdę energetycznie. Wszyscy członkowie zespołu szaleli na scenie, ale potem to wszystko jakoś zwolniło. Pod koniec wręcz zaczęli nudzić. Może to wynikało z faktu, że pewnie połowa ludzi opuściła salę koncertową. Też by mnie to zdemotywowało… Mnóstwo ludzi na korytarzu, przy merchu, przy barze, w drugiej sali czy na pecie, a w sali koncertowej przeciągi… Miałem wrażenie graniczące z pewnością, że tylko pojedyncze jednostki przyjechały na ten wtorkowy gig zobaczyć In Solitude. Kliku fanów skandowało i nawet powstał niewielki kocioł pod sceną, ale wszystko to szybko umarło. Przykro trochę, ale nawet i mnie pod koniec In Solitude nie chciało się oglądać, dlatego oddaliłem się na sam koniec sali z piwkiem a zanim występ dobiegł końca spaliłem pewnie z trzy fajki. In Solitude pożegnali się z fanami, którzy jeszcze zostali na sali i uciekli ze sceny. Ja uciekłem z klubu hehe.

Nie było aż tak źle. Wstęp Szwedów mogę spokojnie określić, jako OK. Ale po Beastmilk to ciężko było wybić się wyżej. Ja pomaszerowałem na miasto napić się piwka. Wypiłem, zjadłem i o trzeciej bus zawiózł mnie do Rzeszowa. Zdecydowanie warto było jechać, bo koncert świetny. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, co do tego czy Beastmilk daje radę na żywo myślę, że je rozwiałem tą relacją. Goście powiedzieli: „Do zobaczenie niedługo” wiec może coś już jest na rzeczy…

Reszta fot tutaj. 

Autor

771 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *