Dziwny to był koncert, dlatego też i dziwna będzie relacja. Wybaczcie, że pominę setlisty zespołów. W trzech przypadkach na cztery z tego powodu, że w zasadzie nie znam ich twórczości, poza dosłownie paroma kawałkami, które akurat zostały odegrane. Nie do końca jest dla mnie zrozumiały taki dobór zespołów i mam wrażenie, że w przypadku rzeszowskiego koncertu ucierpiał na tym głównie Quo Vadis.

Gig odbył się w jedynym obecnie lokalu, który takie imprezy organizuje w Rzeszowie po taniości, czyli w umiejscowionym na końcu świata Red Zonie. Dizajn knajpy średnio pasuje do mrocznych, diabelskich rytuałów, ale tu był jak znalazł ,bo w tym wypadku można mówić bardziej o wesołej potupanie z piwem. Pierwsza smutna myśl naszła mnie po przekroczeniu progu knajpy. Okazało się, że ludzi jest więcej niż na innych koncertach w Rzeszowie. Widać jest zapotrzebowanie na wesołe plumkanie. Następny Metal Reich zrobimy z takim składem plus jeszcze Leśne Licho i zarobimy miliony.

Koncert zaczął się z tradycyjną obsuwą. Występ numer jeden to rzeszowski Diaboł Boruta. Wrażenie mam takie, że kiedyś z Oraclem zabłądziliśmy na jakiś koncert i ten zespół tam grał. Wzbudził u nas raczej uśmiech. Teraz powiem szczerze, odniosłem dużo lepsze wrażenie. Kawałki dość energetyczne i takie do poskakania. Co zresztą spora grupa dzieciaków (bo tak to niestety w większości wiekowo wyglądało) uczyniła. Z utworów, które kojarzę wydaje mi się, że zagrali „Kikimorę”. Ustalmy jednak, że dużo bardziej zafrapowało mnie funkcjonowanie baru, a dokładnie barmana, który zdawał się być „poza światem”. Jakby go nie interesowało, że wokół zgromadził się tłum, który postanowił zaopatrzyć się w alkohol. Twardziel.

Jeszcze więcej spostrzeżeń pojawiło się w czasie gdy na scenie pojawił się Radogost. Gdzieś tam doszły mnie słuchy, że to teraz bardzo popularny zespół w kręgach zbliżonych do młodych wojów, którzy odkryli niedawno, że działo się coś tutaj, przed tak zwanym chrztem Polski. Niech, że tak będzie. Szczerze powiedziawszy niespecjalnie mnie ich materiał porwał, czy chociażby zainteresował, więc oddałem się kolejnym obserwacjom. Po pierwsze – koszulkowy zawrót głowy. Czego tutaj nie było. Czildreni, System of a Down i oczywiście nieśmiertelny – Amon Amarth, oraz wiele innych prawdziwych metalowych pocisków. Na szczęście znalazł się jeden sprawiedliwy w koszulce Graveland. Zresztą nawiasem mówiąc, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zagubionego niż ja. Obserwacja numer dwa – kurwa, jaka sielska atmosfera. Wszyscy się kochają, pomagają sobie, wspierają się duchowo i nawet młyn jakiś taki … uroczy? A wracając do Radogosta, pod koniec panowie trzasnęli Slejerem i w końcu zapanowało poruszenie wśród tych paru starszych osób, zgromadzonych w klubie. I tyle co warte zanotowania.

Następny był Quo Vadis. Nie wiem dlaczego nie zagrał jako headliner, ale może się tak z Percivalem dogadali (chociaż w sumie to ten drugi zespół promuje nową płytę). Ostatni raz – tak na moją wątłą pamięć – widziałem ich ładnych parę lat temu, że nie powiedzieć kilkanaście. Co się zmieniło? Skaya ma jeszcze więcej energii niż kiedyś. Szacun. Panowie zaproponowali nam przekrojówkę do której mógłbym się przyczepić, bo zabrakło mi parę utworów. No, ale nie zadowolisz wszystkich. Obserwacja, bodaj numer trzy. Smutno w sumie tak trochę, że Quo Vadis wzbudził – w moim odczuciu – mniejsze zainteresowanie, niż pozostałe kapele, chociaż zagrał najlepszy gig tego wieczoru. No, ale jak już wspomniałem na początku, średnio mi się widziało, akurat takie zestawienie zespołów. Miałem nawet wrażenie, że w przypadku starszych utworów, młodzi adepci czarnej sztuki (chociaż tutaj to akurat bardzie:j laikry, zbierania szyszek i serowych gomółek) nie za bardzo wiedzieli co ten Quo Vadis gra. Najbardziej chyba symptomatycznym utworem były „Trzy szósteczki” z motywem wiadomo komu podpierdolonym. Mało osób złapało. A reszta – jak to właśnie stwierdził Oracle – to dzisiaj pewnie wkleja na swojego fejsika foty Hannemana i oczywiście czci – od zawsze. Takich czasów dożyliśmy.

Gwiazdą wieczoru był Percival Schutenbach. Bez wątpienia, to co prezentują na scenie można określić słowem energia. Znowu nie podam Wam tytułów, bo ich nie znam. Wiem, że zagrali kawałek z nowej płyty (której zresztą premiera ma taką dramaturgię, jakby to miało być co najmniej dzieło otwierające nową epokę, z drugiej strony – takie prawa rynku) i oczywiście „Satanismus” – który – i to znowu moje wrażenie – stał się, lub stanie się wkrótce, przekleństwem zespołu. I wybaczcie panowie i panie –  do mnie jednak bardziej przemawia utwór, który stał się dla Was inspiracją, a przynajmniej – znowu – tak mi się wydaje („Mechanismus” Parzivala). Natomiast bez wątpienia ta wersja, to ideał na pijackie śpiewanie i stawiałbym ją gdzieś pomiędzy „Czerwonym jabłuszkiem”, a „Panie Boże, tira rira”(lub drugą wersję tegoż ostatniego). Zresztą – podobało się zgromadzonym.

I to w zasadzie tyle opowieści nieco przypadkowej osoby na koncercie na którym chyba jednak być nie powinien.