DaysOfNoLight-plakat-2015

W końcu w Gdańsku doczekałem się koncertu, który byłby częścią większej trasy, a te nie wiedząc (albo wiedząc) czemu omijają ostatnimi czasy miasto Neptuna szerokim łukiem. Owszem, giganci grają regularnie, ale – powiedzmy to szczerze – mniejsi już nie koniecznie. Gdzie leży przyczyna tego zjawiska? W tym momencie nie zamierzam się nad tym rozwodzić, bo chodzi tutaj przecież o Dni bez światła, które nastały w gdańskiej Protokulturze.

Już przed godziną 19 pojawiliśmy się przed klubem, a tam… grill w najlepsze. Jak widać listopadowe pogody nie przeszkadzają w przyrządzaniu kiełbasy i szaszłyków. Ludzi nie mniej było jak na lekarstwo. Pozostało więc odbezpieczyć piwo i zabrać się za degustację w ten ciepły, jesienny wieczór oczekując na otwarcie bram klubu, które nastąpiło dopiero po dłuższej chwili i tak jakby zaczęło robić się nieco więcej tłumu (i alkoholu).

Niemalże punktualnie, jako pierwsza na scenie, pojawiła się Moanaa. Bardzo byłem ciekaw jak na żywo sprawdzi się ten ciekawy twór do którego często wracam za sprawą krążka “Descent”. I muszę powiedzieć, że zagrali całkiem niezły kawał post blackowego metalu. Miejscami nawet przypominając mi ulubieńców z niemieckiego Lantlos z tegorocznego Brutal Assault, a to już naprawdę dużo znaczy he he… Jak to bywa w tym nurcie czarciej sztuki, zarówno gitary jak i wokale zawsze grają dla mnie pierwsze skrzypce i nie inaczej było tym razem. K-vass spisał się bardzo dobrze, a Choody, Cichy i Piwus wręcz idealnie nakręcali muzyczne tryby. Swoje na pewno też zrobiły wizualizacje, które świetnie współgrały z muzyką dzięki czemu mocniej absorbowały słuchacza. Moanaa to naprawdę dobry bend (zarówno muzycznie jak i scenicznie) który udowodnił że i w tym nurcie black metalu jest jeszcze sporo do pokazania i odegrania. Dobry koncert, mam nadzieję, że kapela pójdzie dalej w swym rozwoju muzycznym i scenicznym, przez co będę miał nie jedną okazję zobaczyć ich znów na żywo.

Następnie na scenie pojawili się panowie z Mord’A’Stigmata. I od razu było widać, że przyjechali z Krakowa. Poziom mgły jaki wyprodukowali z agregatu skutecznie zasymulował warunki atmosferyczne które panują ostatnio na terenie Małopolski. No właśnie, klimat jaki M’A’S wytworzyła absorbował na tyle, że aż gdzieś w połowie koncertu zupełnie wyłączyłem się ze świata zewnętrznego mocno skupiając się na jednostajnych, hipnotycznych dźwiękach płynących z oddali (czytaj: z zadymionej sceny). Muzyka M’A’S tego wieczoru zdawała się być miejscami niezwykle emocjonalna ale i jednocześnie bardzo zimna, wręcz bezosobowa, która niczym czarna rzeka, swym silnym nurtem płynąc wprost do otwartych przestrzeni wypełniała napotkane korzenie wszystkich skrajnych emocji siedzących w głębi człowieka. Może zbytnio przekoloryzowałem, ale tak właśnie muzykę M’A’S tego wieczoru odbierałem. Nie liczyło się nic i nikt, po za muzyką krakowian. Bardzo dobry występ, który tylko potwierdził ostatnie, bdb recenzje ich najnowszego materiału, a który to zdecydowanie muszę nadrobić.

Blaze Of Perdition

Nieco przed godziną 22 pojawił się ostatni zespół tego wieczoru. Blaze Of Perdition jakoś nigdy specjalnie nie słuchałem. Pierwsze wcielenie black metalowców z Lublina bardzo mi się podobało. Potem bardzo udana ep’ka “Deus Rex Nihilum Est” już w nowym wcieleniu i tyleż z fascynacji i styczności z BoP w swoim żywocie miałem. Owszem, pełnoczasowe wydawnictwa jak najbardziej znam, ale muzycznie mnie owy zespół nie przyciągał na dłużej. Tym bardziej byłem ciekaw, co tak naprawdę jest w tym bandzie – poza dość niedawną historią zespołu – że ludzie tak chętnie go słuchają. I przekonałem się niemal od razu. BoP uderzyło naprawdę doskonałą dawką black metalu, którego centralną postacią był właśnie wokalista. I to właśnie on swoją osobą, postawą i wyglądem (świetna, bezduszna maska) napędzał to pełne mistycyzmu i tajemnicy widowisko. Koncert trwał w najlepsze, a klimat który się wytworzył przybrał postać czarnej materii, która swą masywnością i siłą chłonęła panującą w klubie przestrzeń i czas. Nie było więc tutaj miejsca na błędy, a jedynie perfekcja, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że Blaze Of Perdition to jedna z czołowych kapel polskiego black metalu. Na zakończenie rozbrzmiało “Królestwo Twoje”, które przyniosło mi lekki niedosyt (w przyszłości więcej ojczystego języka na pewno nie zaszkodzi użyć w tekstach), ale świetnie dopięło całość widowiska.

Reasumując całość gdańskiego Days Of No Light: Organizacyjnie bdb poziom (w tym oczywiście Protokultura i Left Hand Sounds). Muzycznie, to samo. Szkoda tylko, że frekwencja jak na Gdańsk była liczona w jednej setce. Nie mniej, oby więcej takich koncertów i oby po raz kolejny w Protokulturze.