hobbsCoś się przebąkiwało o tym koncercie, gdzieś tam w kuluarach przewijała się informacja, że Hobb’s Angel Of Death nawiedzi Polskę, jednak nikt nie wiedział kiedy i gdzie dokładnie. Ale jak tylko gruchnęła informacja, że będzie to akurat Kraków, a potem podano cenę biletów… Nawet bezrobotny jak ja mógł sobie pozwolić na taki wypad.

Jeszcze jeśli chodzi o cenę biletu, 15 złotych to naprawdę śmieszna kwota – nie wiem, jakim cudem organizatorzy Crossover Cracow Fest vol. 4 wprowadzili taki dumping cenowy, ale w to mi graj, hehe – i zapewne innym również. Tak więc w sobotnie południe wpakowałem się wraz z rzeszowską załogą (nad wyraz liczną – z Rzeszowa ostatecznie na koncert wybrało się czternaście osób) do busa rejsowego. Cóż, cześć pasażerów zapewne nie była zachwycona naszym towarzystwem, ale to już nie było nasze zmartwienie, hehe. Poza tym i tak byliśmy grzeczni, rozprawiając na temat gender i innych problemów trapiących Naszą Ojczyznę. Do Krakowa przybyliśmy odpowiednio wcześnie, by jeszcze coś zjeść i coś się napić.

Kot Karola, czyli klub w którym miejsce miała cała impreza usytuowany jest w samym sercu Krakowa – w Rynku, rzut krzyżem od za przeproszeniem kościoła mariackiego. Sam klub gabarytowo był okej, problemem była jedynie salka, gdzie odbywał się koncert – ciasna jako horyzont słuchacza Radia Maryja. Ale ponoć im ciaśniej tym lepiej…

SONY DSCPierwszym zespołem, który występował tego wieczoru był Tester Gier. Dziękuję, postoję. A raczej posiedzę i piwa popiję, bo ten zespół mnie nie kręci, oględnie rzecz ujmując. W salce zjawiłem się dopiero więc na koncert Rusted Brain. Cóż, słyszałem ich wcześniej na jakichś składankach i bardzo mi się podobali. Koncertowo zaś – cóż, źle nie było, ale też nie pourywało członków. Zwłaszcza wokalnie nie wychodziło już tak dobrze hetfildowanie wokalisty jak na materiałach studyjnych. Chyba, że coś się tam u nich pozmieniało, a ja nie wiem… Pograli może z pół godziny, po czym zeszli ze sceny, co chyba oczywiste. W sumie – źle nie było, ale jak to mówią – koncert taki trochę bez historii.

SONY DSCW międzyczasie do Kota Karola dobiło naprawdę sporo ludzi, ponoć był to najlepszy gig pod względem frekwencji na całej trasie Australijczyków. Ale to jeszcze nie była pora dla nich – przedostatnia kapelą był Terrordome. Jak dla mnie krakowscy crossoverowcy należą do zdecydowanej czołówki grania tego typu w naszym kraju, a i jakoś nie ma wielu zespołów poza granicami, które robią mi tak dobrze. I chyba mogę powiedzieć tak – Uappa z chłopakami dali z siebie naprawdę wszystko i to było słychać oraz widać. Bardzo żywiołowe szoł, numery zagrane na maksymalnym wkurwie i agresorze – panowie zapieprzali bez oglądania się na nic, a pod sceną młodzież ruszyła w naprawdę dziki mosh. Oczywiście tradycyjnie była chwila przerwy na łyk browarka – i tym razem nie chodzi tu o mój pieczołowicie hodowany nałóg, lecz o dobre serce chłopaków z Terrordome, kiedy to dzielą się z publiką browarkiem wlewanym w gardła przez oryginalną rurę, hehe… Mam tylko nadzieję, że myją ją po koncercie, zwłaszcza, że zespół to aktywny, hehe. Nie wiem, co tam zespół grał, bo było to iście intensywne przedstawienie, więc nie wyłapałem po prostu. W pamięci będę miał chyba jedno – to był najlepszy koncert Terrordome, jaki dane mi było zobaczyć.

SONY DSCKrakowianie skończyli napierdalać, scena czekała już tylko na Hobbs’ Angel Of Death. Gdzieś wcześniej zaczepiliśmy z Lechem z „Oldschool Metal Maniac” ‚zine głównodowodzącego kapelą z prośbą o wywiad. Peter zgodził się, ale po całym secie. Niestety, po koncercie już nie było dane mi go spotkać, mimo że do około pierwszej jeszcze plątałem się po klubie. Wadą i zaletą Klubu Karola było też to, że z miejsca gdzie piło się piwo praktycznie nie było słychać żadnych dźwięków z salki koncertowej – przez co o mało nie przegapiliśmy początku gwiazdy wieczoru. Kurwa, jeśli ktoś chce szybką charakterystykę frontmana kapeli – cytując znajomego „wygląda jak Ron Jeremy, ale jest starszy, choć wygląda młodziej”, czy jakoś tak, hehe. No taki starszy, rubaszny satanista, hehe. Ale mimo wszystko typ w chuj sympatyczny. Nie ważne, najważniejsze, że kapela pod jego wodzą odegrała iście mistrzowski show! Nie pamiętam od czego zaczęli, zdaje mi się, że było to intro z „Omen”, ale mogę się mylić. W każdym razie podczas koncertu odegrali chyba cały materiał z debiutanckiego krążka „Hobbs’ Angel Of Death”. Peter’owi towarzyszyło trzech muzyków, z których basista wyglądał naprawdę jak jebany niedźwiedź – chłopina był olbrzymi! Zaś kapela zagrała tak jak w gruncie rzeczy wyglądała – mocarnie! Pod sceną też źle się nie działo, ja sam hamowałem się ile mogłem, ale w końcu musiałem sobie upuścic z krzyża i ponapierdalać w młynie. A a propos krzyża – Hobbs miał przyczepiony całkiem fajny krucyfiks do statywu od mikrofonu, ale oczywiście Polaki mu zaczęły potykać się o scenę, statyw przewróciły chyba i krzyż się zepsuł. Sam Hobbs też chyba nie darzył go miłosnym uczuciem, bo puścił na martwego żyda siarczystego charka, oczywiście ku uciesze publiki. Pewnie gdyby to był Nergal, Rychu już dawno zawiadomiłby kogo trzeba, hehe… Hobbs’ Angel Of Death przez około godzinę nakurwiał mięsistym niczym kotlet z kangura thrash/speed metalem – brzmienie w Kocie Karola było bardzo przyzwoite. Sam Hobbs pomimo tego, że ma już ponad pięćdziesiątkę na karku (a wygląda jeszcze o dekadę więcej) na scenie też dawał z siebie wszystko, może nie napierdzielał baniakiem, ale kontakt z publiką, ruch na scenie i tak dalej – wszystko należy zaliczyć mu in plus. Tak jak i cały koncert – bardzo in plus.SONY DSC

Gdy Hobbs’ Angel Of Death zeszło już z desek sceny, w naszych sercach nastąpiła pustka, którą postanowiliśmy wypełnić kuflami piwka. Nie spieszyło się nam bardzo, mieliśmy jeszcze więc czas na rozmówki towarzyskie, ploteczki i tak dalej – bardzo udany wyjazd. Po północy uderzyliśmy w stronę dworca, zahaczając po drodze o wyżerkę i bukłaki z napojami. Zdecydowanie świetne zakończenie roku 2013, który pomimo że obfitował w mniejszą liczbę koncertów niż rok poprzedni miał swoje bardzo dobre akcenty. A Crossover Cracow vol.4 był jednym z nich.