BA2015_poster_030715W końcu nastał czas! Czas letnich festiwali i podróży po całej Europie. Oddelegowany więc zostałem, by ruszyć na czeską ziemię celem zbadania i wysłuchania kapel, które podczas XX edycji jednego z największych festiwali w tej części Europy miały zagrać. Zwarty i gotowy już we wtorek o godzinie 6 rano ruszyłem więc dzielnie z 8 osobową ekipą w stronę czeskiej granicy. Upał, który o godzinie 8 rano już atakował nie chciał dać za wygraną, a dodatkowo w busie, w którym przyszło nam jechać padła klimatyzacja. Nie zrażeni i pełni determinacji dotarliśmy jednak do celu w godzinach wieczornych dnia wtorkowego… Przywitaliśmy się ze znajomymi i tradycyjnie zachlaliśmy mordy…

Dzień pierwszy – środa

BA-Triptykon-1

Triptykon

Na pierwszy rzut tego dnia poszedł Triptykon. Ok, ja wiem że jeszcze więcej bendów tego dnia zagrało i to zapewne nie mniej ciekawych, ale nie oszukujmy się. Triptykon był podstawą tego dnia, a siły (odebrane przez alkohol jak i promienie palącego słońca) trzeba było jednak zachować he he… Mniejsza o to. Wracając do ekipy Thomasa Gabriela Fischera, to było to coś, czego nigdy do tej pory nie przeżyłem he he… Może przesadzam zbytnio, ale Triptykon tego wieczoru zagrał żywiołowy koncert. Mocna, wylewająca się doom death black metalowa mieszanka, generowana przez świetne brzmienie basu (ehh te kobiety i gitary he he), sekcję rytmiczną no i wokalną przede wszystkim. Nie wiem jak to jest, ale czy to czytając wywiady, czy widząc Fischera na żywo, odnosi się czasami wrażenie, że ten facet przytłoczony jest totalnie dzisiejszym światem. Być może dlatego, muzyka Triptykon wypada tak prawdziwie jak żadna inna i tak mocno absorbuje słuchacza. Wśród podstawowych utworów grupy takich jak “Crucifixus”, “Goetia”, „Tree Of Suffocating Souls”, „Altar of Deceit” i “The Prolonging”, nie mogło zabraknąć klasycznych utworów Celtic Frost: “Procreation (Of the Wicked)” oraz “Circle of the Tyrants”, a także HellhammerMessiah” dzięki czemu każdy fan twórczości Szwajcara mógł być zadowolony (w tym i ja). Ogólnie jak na nieco ponad 40 minut grania Tryptikon zaprezentował naprawdę porządną dawkę metalu najwyższej jakości. Byłem uradowany jak dzieciak, a gdzie tam dopiero jeszcze do północy he he…

BA-Katatonia-1

Katatonia

Po Triptykon przyszła pora na Katatonię. Nie jestem zbytnim fanem tego zespołu, ale wyszedłem z założenia, że czy się lubi czy też nie, powinno się chociaż raz w życiu tych wielkich i znanych obejrzeć. I tak też uczyniłem. Rozpoczęli klimatycznym “Buildings” by tuż po nim zagrać nie mniej ciekawym “Increase”. I oba utwory na tyle mnie wciągnęły, że przestałem jeszcze dobre parę kawałków (fajnie zabrzmiał bodaj “Ghost of the Sun”), zanim mój organizm nie zaczął się domagać piwa. Ogólnie Katatonia zagrała bardzo klimatycznie i spokojnie. Publika została wzięta praktycznie od pierwszego do ostatniego kawałka ale reasumując nie był to koncert dnia, czy też festu. Owszem, klimat był, ale nie taki, jaki stać na ten zespół (a wnioskuję, że mogą jak chcą).

BA-Mayhem-1

Mayhem

Po orzeźwieniu Budweiserem i uzupełnieniu kubka kolejną porcją tego złocistego płynu przyszła pora na Mayhem. Już podczas trwania koncertu Katatoni, druga scena zyskała mównicę pełną kości i czaszek, na której kazanie, niczym czarny papież, miał głosić Attila. I nie będzie chyba zaskoczeniem, że na otwarcie koncertu poleciało nieśmiertelne “Silvester Anfang”. Usłyszeć ten introdukcyjny kawałek na żywo to naprawdę coś wielkiego, zwłaszcza że zaraz po nim poleciał następny klasyg pod postacią “Deathcrush”. Byłem rozjebany doszczętnie, a przecież zabawa dopiero się rozpoczynała. Poleciał materiał wręcz iście historyczno-przekrojowy od “Symbols of Bloodswords” (z “Wolf’s Lair Abbys”) poprzez “To Daimonion” (z “Grand Declaration of War”) aż po “My Death” (z “Chimera”), by na chwile otrzeć się o klasyczny “Carnage”. Nie obyło się oczywiście bez “Illuminate Eliminate” (z “Ordo Ad Chao”), “Chainsaw Gutsfuck”, “Freezing Moon” i na dokładkę “De Mysteriis Dom Sathanas” i na zakończenie “Pure Fucking Armageddon”. Można więc powiedzieć, że setlista została idealnie dopasowana do mojego gustu he he. Doprawdy, tego wieczoru Mayhem pozamiatało robiąc zajebiste show. Zarówno muzycznie jak i wizualnie, gdzie Attila wyśpiewując kolejne wersety utworów niczym Hamlet bawił się ludzką czaszką (miejscami i nawet krępulcem oraz czymś metalowym, co przypominało literę M) to raz mając ją w ręce, to raz mając ją przytwierdzoną do mikrofonu w taki sposób, że miejscami stojąc równo przodem do sceny wyglądał jak kościotrup he he… Zostałem więc zmiażdżony tego wieczoru doszczętnie.

Pierwszy dzień festu można więc uznać za niezwykle udany, mimo że zobaczyłem tylko 3 zespoły (ale za to jakie!). Słońce już dawno zaszło, sceny opustoszały, a pod namiotami zaczęli zbierać się ludzie, by w końcu w cieniu napić się kolejnych powitalnych trunków. I to miejscami w takim litrażu, że w pewnej chwili czasoprzestrzeń straciła jakąkolwiek rację bytu he he…

Dzień drugi – czwartek

Tego dnia słońce przyjebało swoim żarem już grubo przed godziną 8 rano. W namiocie sauna, a na polu namiotowym istna Sahara. Na szczęście do cienia było niedaleko (do prysznica nieco dalej, ale udało się dotrzeć), więc i moje zwłoki mogłem przeczołgać dosyć sprawnie pod scenę.

BA-Nervosa-1

Nervosa

Tego dnia też pierwszą ekipą jaką chciałem zobaczyć była brazylisjka Nervosa. Zespół który robi furorę nie tyle za sprawą muzyki, ale samym składem. Pomijając jednak płeć, dziewuchy zagrały całkiem energicznie. Nie straszny był im żar jaki rozlewało słońce, więc mogły rozkręcić się na scenie maksymalnie. Wokal Fernandy Liry (wokale, bass) brzmiał niebywale zadziornie, a i sama Prika Amaral (gitara, wokale), która jej wtórowała wyciągała ciekawe rejestry, że tak powiem gardłowe. Ogólnie, dziewczyny zagrały bez kompleksów. Miejscami nawet lepiej niż gross thrashowych, męskich kapel he he… Bardzo ładnie. Tuż po nich na scenie Metalshopu pojawili się weterani polskiej szkoły grindcore, czyli Squash Bowels. Ja pierdole, ale ten Paluch ma przełyk he he… Dojebali równo, nie dość że upał dopierdalał jak żar z obozowego pieca, to czuć było że z ich muzyki roznosi się fetor zgnilizny i jadu. Mimo tych 23 lat na scenie (dla publiki i szatana he he), białostocczczanie zagrali bez jakichkolwiek kompleksów, a i miejscami do fanów po polsku też się odezwali. Ogólnie rzeźnia i rozpierdol sprawnie naładowały moje baterie (“Surrender” rozjebał mnie doszczętnie). Po tych dwóch koncertach nastąpiła dla mnie przerwa w oglądaniu tego, co się działo na feście. Głód zwyciężył a i przecież trzeba było jeszcze wyciągnąć Excalibur z pobliskiego kościoła he he… Zimne piwo i wódka z lodem (a jakże!) na szczęście nie opóźniły mnie w przybyciu na koncert Arcturus.

BA-Arcturus-1

Arcturus

Wielka ekscytacja towarzyszyła mi przed występem twórców genialnego “La Masquerade Infernale”, zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że bez wokali Garma muzyka Arcturus nie ma racji bytu he he… Mimo wszystko, zobaczyć ten zespół na żywo to coś niebywałego, więc dałem im szansę. Rozpoczęli od spokojnego “Evacuation Code Deciphered” i wtedy już zdążyłem powiedzieć sobie w myślach: kurwa, przyjdzie mi spędzić 40 minut z aktorami ze spalonego teatru. Vortex z łapami w kieszeniach i maską złożoną z okularów spawalniczych na twarzy tak jakby od niechcenia wyśpiewywał kolejne wersety mając gdzieś, że w ogóle jest na jakimś muzycznym festiwalu (dobrze, że pozostali członkowie zespołu byli bardziej aktywni – głównie Knut oraz Sverd za klawiszami) doprawdy nie zachęcał do słuchania i oglądania. Zacisnąłem jednak zęby i nie dałem się pierwszemu wrażeniu, dzięki czemu zostałem hojnie wynagrodzony “Nightmare Heaven” i następującym po nim prześwietnym “Painting My Horror”. Wtedy też dotarło do mnie, że oczywistym jest fakt, że Vortex i Garm to dwie różne osobliwości muzyczne, ale dzięki temu właśnie muzyka Arcturus nabiera zupełnie nowego charakteru, ale nadal właśnie iście teatralnego. Dalej już było o wiele lepiej, bo po całkiem niezłym “Pale” i “Crashland” z ostatniego albumu, poleciała istna bomba: “The Chaos Path”. Kurwa, rozjebał mnie ten kawałek na atomy jak nigdy dotąd i nawet Vortex podołał wokalnemu zadaniu wyśmienicie (ale nadal nie podskoczył Garmowi he he). Na zakończenie setu poszły “Hibernation Sickness Complete” oraz zacny i kończący show “Raudt Og Svart”. Po tym występie poczułem jednak swoistego rodzaju niedosyt. Z jednej strony Acrturus zagrał naprawdę bdb sztukę, z drugiej dało się jednak mimo wszystko odczuć, że wszystko zostało odegrane tak jakby od niechcenia. Tak czy siak, koncert ten pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo.

BA-Enslaved-1

Enslaved

Tuż po Norwegach na scenie zjawili się Holendrzy z Asphyx. I tutaj już nie było żadnego teatru ani żadnych skrupułów czy też jeńców. Czysta, death metalowa wojna niszcząca wszystko dookoła. Młyn pod sceną był niemiłosierny, ale czemu się dziwić, gdy Martin wypluwając z siebie tekst do “Vermin” działał jak zapalnik do bomby, która po wybuchu pozostawia gigantyczny lej?! Było zajebiście, praktycznie każdy utwór to był istny killer. Było zagrane “Scorbutics”, “Death the Brutal Way”, „Deathhammer”, „Wasteland of Terror”, „Asphyx (The Forgotten War)”, „The Rack” i na zakończenie „Last One on Earth”. Set bomba, koncert zajebisty. Tyle w tym temacie. Czasami człowiek tylko żałuje, że festiwale muszą trzymać się ściśle określonego planu, bo niektóre bandy chciałoby się oglądać znacznie dłużej, a do takich niewątpliwie należało  Asphyx. Mniejsza o to, bo już na drugiej scenie szykowała się kolejna kapela.

I przyznać trzeba, że Enslaved zebrało sporą publikę pod sceną. Co by nie mówić, progresywni vikingowie mieli albumy bardzo dobre, dobre i średnie. I taki też właśnie był koncert norwegów. M’key. Pewnie znajdą się i tacy, którzy każą mi się puknąć w to okularne czoło, ale mimo wszystko będę obstawał przy swoim. Owszem, takie wałki jak “Ethica Odini” czy chociaż by “As Fire Swept Clean the Earth” albo “Building with Fire” zabrzmiały naprawdę “po norwesku” ale nie miało to pierwiastka jakiegokolwiek powera, który jest tak niezbędny na festiwalowych występach. Słuchało się ich dobrze, ale ogólnie rzecz biorąc nie porwali mnie tak jak następna kapela, choć kompletnie z innego biegunu muzycznego, a która miała grać za parę minut na małej scenie.

BA-AtariTeenageRiot-1

Atari Teenage Riot

Właśnie, mała scena. Z zeszłorocznego namiotu cyrkowego nic nie pozostało, zaś w jego miejsce pojawiła się wiata z pełnym zadaszeniem i otwartymi ścianami. To dobry ruch organizatorów, którzy w końcu poszli po rozum do głowy, a i ludzie w końcu nie dusili się jak pewna nacja przeszło 60 lat temu. Dzięki temu koncerty można było oglądać w bdb komforcie. Pozostała tylko akustyka, która była wielką niewiadomą. Na szczęście mogłem to sprawdzić na secie Atari Teenage Riot. Zaraz, zaraz kurwa… Co ? Pewnie zapytacie. Na Atari Teenage Riot ? Dokładnie tak! Był to jeden z dwóch koncertów odstających od metalowych standardów ale ściśle zamykających się w ramach gatunku szeroko pojętej muzyki rockowej, który koniecznie chciałem zobaczyć tej edycji (koncert Perturbator co prawda ominąłem, ale podobno ludzie świetnie się bawili przy muzyce elektro rodem z końcówki lat ‘80, dupeczki bansowały podobno nad wyraz ochoczo he he). I nie żałowałem. Takiej dyskoteki dawno nie widziałem na oczy he he… Atari określające swoją muzykę jako digital hardcore zdecydowanie rozjebało publikę na strzępy. Trudno nawet było się oprzeć temu wszystkiemu co się działo pod sceną i na niej (nawet Kidtronik – członek zespołu – wylądował wśród publiki), gdy rozbrzmiewały dźwięki chociaż by takiego “Activate”, “Revolution Action” czy dobrze znanego “Speed” albo “No Remorse” (przyznać, który to zna a boi się o tym powiedzieć?) i “Start The Riot” na których cała metalowa konstrukcja wpadła w drgania hipersoniczne he he… Nie zabrakło też manifestacyjnego “Moder Lies” czy chociażby “J1M1” albo “Death Maschine”. Ogólnie impreza udała się wyśmienicie, a mnie w głowie jeszcze długo po tym huczały przesterowane wrzaski i hardcoreowe bity.

BA-CannibalCorpse-1

Cannibal Corpse

Spocony i zmasakrowany po występie Brytoli w tumanach kurzu przeczołgałem się przez Octagon (o nim w dalszej części) prosto pod scenę Metalshopu gdzie za chwilę miało grać Cannibal Coprse. Ja pierdolę, ale tam był ścisk! Niczym w ubojni z masą świń gotowych do ostatniej drogi he he… Czekałem na ten koncert mimo wszystko z wielką niecierpliwością i gdy w końcu już zaczęli grać, moje czarcie serducho zaczęło bić tak mocno, jak nigdy dotąd i tak mocno niczym młot rozgniatający czaszkę he he… I biło dalej w rytm “Scourge of Iron”, “Demented Aggression”, “Evisceration Plague” i “Stripped”, “Raped and Strangled”, “Disposal of the Body”, “Sentenced to Burn”, “Kill or Become”, “Sadistic Embodiment”, “Icepick Lobotomy”, “I Cum Blood”, “Make Them Suffer” ufff… Ja pierdolę, ale sieka to była! Fisher na wespół Websterem, Berrettem i O’Brienem wymietli swoimi baniami chyba cały kurz ze sceny a Mazurkiewicz ponaciągał wszystkie ścięgna w łapach he he… Na koniec nie mogło oczywiście zabraknąć klasyki na czele z wykurwistym odegraniem “A Skull Full of Maggots” i “Hammer Smashed Face” oraz “Devoured by Vermin”… Ogólnie Cannibale rozjebali nie tylko występem (Fisher kompletnie do czystego śpiewu się nie nadaje, choć usilnie między kawałkami starał się udowodnić, że jednak tak he he…) ale i nagłośnieniem, które było chyba najlepsze na tegorocznym Brutalu. Nie było co zbierać a przecież za chwilę mieli grać twórcy “Pleasure to Kill”. Z resztą jak to powiedział jeden osobnik: ”Na Cannibal Corpse latałem co chwila do kibla. I nie wiem czy to było przez piwo, czy to przez to, że Cannibale tak mi się podobali” he he…

BA-Kreator-1

Kreator

Po Cannibalach na scenie pojawili się kolejni wielcy, czyli Kreator. Ci to mieli wstęp: dwóch kolesi stojących z płomieniami po bokach sceny przy dźwiękach “Choir Of The Damned” przywitało zespół, który zaraz po tym przyjebał niczym innym jak żywiołowym “Enemy of God”. Wtedy też poleciały w publikę serpentyny a na ekranach pojawiły się postacie dobrze znane z okładek Kreator. Dalej szło już jak po maśle, a zespół katował publikę dobrze znanymi kilerami pod postacią “Terrible Certainty”, “Phobia”, “Awakening of the Gods”, “Endless Pain” oraz “Warcurse”. Wszystko to brzmiało niemiłosiernie ciężko i zadziornie, ale gdzieś w tym wszystkim trudno było odszukać energię (a miejscami nawet trudno było stwierdzić, który utwór właśnie jest odgrywany). Mimo to, dalsza setlista nie męczyła a wręczę mocno eksplorowała bębenki uszne, a były to “Mars Mantra” i „Phantom Antichrist” a także „Hordes of Chaos (A Necrologue for the Elite)”, „The Patriarch”, „Violent Revolution” i na zakończenie „Pleasure to Kill”. Zapewne są i tacy, którzy na samą myśl o “Violent Revolution” mają orgazm ale co trzeźwiejsi fani pewnie przyznają, że ogólnie Kreator zagrał dobry koncert, ale niestety nie wybitny.

Po tym w miarę udanym przedstawieniu udałem się do namiotu celem przyswojenia paru litrów płynu które miały zregenerować moje grube cielsko. Przede mną były bowiem jeszcze dwa strzały, które koniecznie musiałem tego dnia, czy już raczej nocy, zobaczyć.

Na pierwszy rzut poszło Sunn o))). O kurwa mać, o ja pierdolę i jeszcze trochę o w chuj… Totalna miazga umysłu. Totalna miazga wnętrzności połączona z psychodelicznym rozjebem mózgu. Dawno nie słyszałem czegoś tak potwornie złego i chorego jednocześnie. A jeśli dorzucimy do tego chore wokale Attili Tsichara dostaniemy bombę o niespotykanej sile rażenia umysłu. Pominę tutaj 15 minutową obsuwę, która spowodowana była problemami technicznymi (tak, kakofonia dźwięków i jej brzmienie he he), która mimo wszystko nie wpłynęła na odbiór tego setu. Miazga na tyle duża, że teraz aż strach mi odpalać Sunn o))) na jakimkolwiek domowym sprzęcie he he… Nie zostałem jednak do końca na tym show (mimo sporych chęci i umysłowego rozjebu), bo w kolejce czekało na mnie spotkanie z Islandią.

…a dokładnie ze Svartidauði. Nie mogłem zamknąć japy gdy widziałem ich na koncercie w Krakowie na początku zeszłego roku i liczyłem na to, że i tak samo będzie i na tym brutalu. Festiwal jednak rządzi się swoimi prawami co dobitnie koncert Islandczyków pokazał. Mimo zagrania wszystkiego, co chłonę bez przepity (oczywiście “Flesh Cathedral” było jak na zamówienie he he) Svartidauði straciło na swoistego rodzaju klimacie, który potrafi wytworzyć (wiecie, wszystkie te niezbędne elementy pod postacią zimna, grozy i psychodelicznego mistycyzmu he he). “Come on Brutal Assault!” co to kurwa w ogóle miało być ja się grzecznie pytam ?! Rok temu już nawet Aosoth wygenerował o wiele większą dawkę zła aniżeli tej nocy Islandczycy. Treść została przerośnięta przez formę. To nie był zły koncert, był ekstremalnie dobry, ale zbyt rozhermetyzowany klimatycznie, przez co magia Svartidauði ulatywała gdzieś w przestrzeń Jarmoierza.

I tak też dzień numer dwa dobiegł końca. Dzień pełen zacnych koncertów i małych rozczarowań. Padłem na pysk jak koń po wielkiej pardubickiej, ale zdecydowanie było warto tego dnia pozbawić się wszelkiej energii.

Dzień trzeci – piątek

…rozpoczął się podobnie, jak poprzedni: sauną w namiocie. Zwłoki dnia poprzedniego czym prędzej więc przetransportowałem pod zimny jak lód prysznic, który okazywał się zbawieniem, a za które zdolny byłem oddać nawet i skrzynkę Budweisera he he…

BA-Kataklysm-1

Kataklysm

Mimo chęci pozostania przy zimnym źródle zebrałem się i czym prędzej pognałem pod kramy z piwem celem napełnienia festiwalowego kubka złocistym płynem i udania się pod scenę Jagermeistera, gdzie o 14:10 swoje show miało dać brazylijskie Krisiun. Dobrze uczyniłem, że zjawiłem się przed czasem udało mi się zahaczyć dzięki temu o koncert Hed Pe, który zaprezentował całkiem znośną mieszankę punku, rocka, soul i… rasta oraz o straż pożarną, która dosłownie wyprała festiwalową publiczność z tumanów kurzu jednocześnie ją chłodząc he he… To było istnym zbawieniem. Chuj, że cały mokry ale dzięki temu mogłem obejrzeć twórców “Black Force Domain” w nieco bardziej komfortowych warunkach. I była to jedna z lepszych rzeczy na tym festiwalu. Bez jakiejkolwiek spiny, na pełnym luzie i z pełnym death metalowym wykopem. Świetnie zabrzmiały “Ways of Barbarism”, “Scars of the Hatred” i “Ravager”. Pełna energia, pełne zaangażowanie i widać było, że w rodzinie to jednak można znaleźć pełnię zgody he he… Brawa również należą się dla fana, który przez cały set koncertowy dzielnie dzierżył w swoich łapach trzymając w nich winylowe wydanie jednej z płyt zespołu (ja bym nawet kufla nie utrzymał he he). Szacun. I dla niego i dla zespołu.

Po nieco 3 godzinowej absencji pojawiłem się nieco spóźniony na koncercie Kataklysm. I tak jak w przypadku Katatonii tak i w tym wiedziałem, że owy zespół muszę zobaczyć. Choć przyznać muszę, że takie utwory jak “The Resurrected” czy chociaż by “The Black Sheep” i “Thy Serpents Tongue” sprawiły, że swoją łysą banią pomachałem, to zdecydowanie utwierdziłem się w przekonaniu, że melodyjny death metal to nie jest moja przestrzeń muzyczna. I choćbym nie wiem jakbym był stary, to jednak wolę pozostać przy takim Mitochondrion tudzież Portal he he… Czy Kataklysm zagrał dobry set? Fani powiedzą, że na pewno. Poboczni słuchacze, być może że tak, ale ja powiem że nie było to nic specjalnego. Za to kolejna kapela rozpierdoliła mnie doszczętnie.

BA-Brujeria-1

Brujeria

Brujeria. Jeszcze koncert nie zaczął się na dobrze a już dało się odczuć jak zapach substancji prawnie zakazanej w Polsce (a legalnej w Czechach) unoszącej się na całej przestrzeni przedscenicznej otulając swym zapachem zgromadzonych fanów he he… Odpowiednie warunki zostały stworzone, więc imprezę można było rozpocząć na dobre he he…, a było wszystko to, co najlepsze w tym zespole. Poleciały takie strzały (przy dzielnym akompaniamencie publiczności) jak “La Migra” , “Marcha de odio”, “Anti-Castro”, “Revolución”, “Division del norte”, “Brujerizmo” (maczety poszły w ruch, a jakże!), “Consejos del norte (Marijuana sí)” (na którym to wyskoczyła Pititis ubrana niczym zapaśniczka z kartonowym szyldem ze słowami “Si” oraz “No” i kiedy w tekście pojawiało się słowo „marijuana” kartonik wskazywał słowo „si” he he…) “Matando güeros”, “La ley Pomo” i znana wszystkim bardzo dobrze przeróbka “Marijuana”. Na jednym z utworów (dokładnie „Pititis, te invoco”) wyskoczyła Pititis z pejczem ganiając chłopaków po scenie. Prócz sprawnego machania batem miała też niezły wokalny wygar i zdecydowanie była urozmaiceniem występu Meksykanów. Zajebiaszczy koncert bez dwóch zdań i mam nadzieję, że jeśli nie za rok to za dwa albo trzy albo kiedykolwiek jeszcze Brujeria zagra na Brutal Assault.

Gdzieś w połowie wykonywania “Marijuany” zacząłem przemieszczać się pod małą scenę, by obejrzeć dawno przeze mnie oczekiwany koncert niemieckiego Lantlôs. Twórcy przegenialnego “Agape” mieli u mnie wielki kapitał zaufania, mimo iż ich ostatni album to według mnie kompletny niewypał. Oczekiwania które miałem prysły jednak wraz z pierwszym kawałkiem prosto z “Melting Sun”. Na szczęście już drugi kawałek pokazał, że będzie zajebiście mimo iż też był z “Melting Sun” he he… Pogmatwane i zaprzeczające samo sobie, wiem. To jednak pokazało, jak się mylę co do tego zespołu (który kompletnie zerwał z black metalowym imagem), bowiem wraz z następnymi kawałkami zagrali już tak, jak tego chciałem. Odegrane zostały istne perełki na czele z “Bliss” (muzyczny orgazm!), “Pulse / Surreal” oraz “Coma”, która rozjebała mnie wewnętrznie do samego końca. Genialna muzyka, niesamowite wrażenia i ta gęsia skórka he he… Pełnia emocji! Choć niestety zdecydowanie za krótko dawkowana.

Mniej więcej w tym samym czasie, co grał Lantlôs na dużej scenie udzielał się Primordial. Nie mogąc być w dwóch miejscach, według zasady: gdzie diabeł nie może, tam babę pośle, poprosiłem o sprawozdanie z tego koncertu swoją lubą. I jak zagrali ? Podobno dobry, klimatyczny koncert, choć mogli mieć trochę lepszy zestaw koncertowy (a pojawiły się na niej takie utwory jak: „Where Greater Men Have Fallen”, „As Rome Burns”, „No Grave Deep Enough” (podobno jeden z lepszych kawałków na tej setliście), „The Coffin Ships”, „Wield Lightning to Split the Sun”, „Empire Falls”). Niech faktem będzie też to, że dwa lata temu ogólnie zagrali lepiej niż w tym. Pozostało mi więc zawierzyć kobiecie he he…

Napalm Death

Napalm Death

Akurat właśnie gdy Primordial kończył grać, ja z pełnym kubkiem wody (tak jest, wody a nie piwa, bowiem inaczej się nie dało normalnie funkcjonować mimo wszystko) ustawiłem się pod sąsiednią sceną Jagermeistra by z bliska obserwować to, co na niej wyprawiać będzie Barney z Napalm Death. Co tutaj dużo mówić. Ci co nie mogli zjawić się na tegorocznej edycji BA, niech lepiej idą na listopadowe koncerty w Polsce. Co za rozjebion. Kolesie już grubo po 40, a dopierdalają lepiej niż niektórzy 20 latkowie. Miazga. Rozpierdol. Chaos. Celebracja szaleństwa. Nazywajcie to jak chcecie, ale właśnie to  sceniczne szaleństwo Barneya idealnie odzwierciedlało to, co działo się pod sceną. Nie zabrakło takich wałków jak: “Scum”, “Social Sterility”, “Suffer The Children” czy chociażby “Nazi Punks Fuck Off”. Miazga nad miazgami musiała być niesamowicie intensywna, bowiem pod koniec koncertu ktoś dosłownie wyłączył Napal Death. Nie było słychać kompletnie nic, po za wokalem Barneya i szczątkowymi blastami Herrery… Nie wiem, kto był za to odpowiedzialny (czy sprzęt który nie podołał upałom czy techniczni którym poszła krew z uszu he he) ale miejscami to wyglądało na performance muzyków opętanych grindcoreową zarazą he he…  I tak przez dobre dwa, trzy kawałki. Mimo wszystko, Barney podziękował wszystkim, którzy wytrwali do końca koncertu. Rozjebującego dodam.

Tuż po Napalm Death miało grać Killing Joke, jednak parę dni przed festiwalem wypadli oni ze składu tej edycji, dzięki czemu Candlemass, które miało grać o godzinie 22 na małej scenie (kto to w ogóle wymyślił?) zajął miejsce właśnie Killing Joke. I był to idealny wybór organizatorów, gdyż teren wokół sceny Metalshopu był dopchany do ostatniego fana  he he… I choć Szwedzi pozbawieni już charakterystycznego jegomościa, czyli Messiaha Marcolina pokazali zajebisty kawał doom metalowego grania. Wokale Matsa Levéna wraz z całością brzmiały naprawdę potężnie i miejscami wręcz niebywale dostojnie.  Zaczęli oczywiście od wstępu „Marche Funebre” by zaraz przejść do kapitalnego „Mirror Mirror” a następnie „Bewitched”, „Black Dwarf”, „A Cry From the Crypt” z przerwą na solo gitarowe Johanssona, by tuż po nim odegrać „Emperor of the Void”, „Under the Oak”, „At the Gallows End” dopinając całość przedstawienia fantastycznym „Solitude”. To było coś wspaniałego i jedynego w swoim rodzaju. Co prawda pewną część koncertu przesiedziałem, gdyż nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa (nie mogły dłużej dźwigać tej masy he he), to jednak stwierdzam że Candlemass odstawiło kapitalną sztukę tego wieczoru.

Tuż po nich po raz kolejny udałem się tego dnia na małą scenę, by tam obejrzeć… Svartidauði po raz drugi. Dokładnie tak, ponieważ Candlemass został przesunięty na dużą scenę, powstała godzinowa przerwa, którą organizatorzy postanowili wypełnić dodatkowym występem właśnie Svartidauði. Zestaw kawałków tego wieczora był taki sam jak dnia poprzedniego z tą różnicą, że gitarzyści tego wieczoru stali po innych stronach sceny a Sturla jako jedyny pozbawiony był chusty zasłaniającej twarz he he… Kolejny występ Islandczyków więc mogłem sobie odhaczyć. Co za dużo, to nie za mało jakby to powiedzieć he he…

BA-DeathDTA-1

Death DTA

Potem powróciłem pod dużą scenę, co by obadać jak tam sobie radzą panowie z Death DTA. Widziałem już ich w tym roku podczas Dock Metal w Gdańsku i stwierdzam, że sztuką którą dali na brutalowym feście niczym szczególnym nie odstawała. Zagrali oczywiście wszystkie najważniejsze standardy Death na czele z “The Philosopher”, “Leprosy / Left to Die”, “Spiritual Healing / Within the Mind” oraz “Symbolic”. Technicznie i wokalnie było prawie że perfekcyjnie a i frekwencyjnie koncert dorównywał niemal że Cannibal Corpse.

Po dawce death metalu przyszła pora na nieco inne i nieco bardziej wymagające dźwięki, czyli Godflesh. Bardzo byłem ciekawy co mózg wielbionego przeze mnie Jesu – czyli Justin Broadrick – pokaże tego wieczoru. I była to bardzo ciekawa podróż po wszystkich systemach totalitarnych i religijnych, wojnach, przemocy i całym szambie tego świata ubranym w gitarowo-industrialne brzmienie. Dwie gitary i wokal wymieszane z elektronicznymi bitami i wizualnymi samplami prezentowanymi na monitorach rozlewały się gdzieś po terenie festiwalu pozostawiając po sobie aurę odczłowieczenia. Tak określę to, co Godflesh zagrało tego wieczoru. Co prawda poszczególne utwory zlewały się miejscami w jedną całość, ale nie było to w tym wypadku ujmą. Bardzo ciekawy koncert, na pewno pozostający w pamięci. Choć przy końcu już nieco męczący, ale to pewnie za sprawą tego, że… ostatnim aktem tego dnia był koncert Marduk.

Wyjątkowy, bowiem zespół tego wieczoru podobno po raz ostatni w ogóle miał zagrać w całości całe “Pazner Division Marduk”. I owszem, zagrali i to z taką prędkością, pomijając gadki Mortuusa, że 30 minutowy album spokojnie zmieścili w niecałych 25 minutach he he… Naprawdę tego wieczoru Marduk zagrał zajebiście. Świetne brzmienie, oświetlenie współgrające z całością i wilcze sztandary rozstawione na scenie idealnie komponowały z tym, co działo się na scenie. Istna wojna. Z toną żelastwa i black metalowej wściekłości. Mając jeszcze trochę czasu, Szwedzi postanowili odegrać utwory z wydanego niedawno “Frontschwein”. Więc na tapetę poszły: „Wartheland”, „The Blond Beast” (które brzmiało miejscami niczym Funeral Mist – kiedy nowy album, ja się pytam?!) i tytułowy „Frontschwein” oraz „The Black…” z dobrze znanego wszystkim „Fuck My Jesus”. Przezajebista sztuka, dlatego polecam wybrać się wszystkim tym, którzy mają sierpniowy koncert w Polsce w swoich planach.

I tak też w trybie marszowym opuściłem teren festiwalu by wlać w siebie nieco polskiego, wielokrotnie zważonego piwa (dobrze, że się jeszcze zdążyło tego wieczoru nieco schłodzić he he) i czeskiego rumu w towarzystwie starych znajomych z czasów EverMetal’zine.

Dzień Czwarty – sobota

Ostatni, najgorętszy dzień festiwalu spędziłem w większości na terenie parkingu samochodowego, gdzie zlokalizowany był nasz prysznic. Piwa, ciekawe rozmowy z Czechami nie tylko na tematy polityczne i religijne ale chmielne skutecznie wypełniły czas, w którym słońce wypalało resztki zielonej trawy. Z doniesień płynących z festiwalowego terenu można było wywnioskować, że Blood Red Throne oraz Defated Sanity zagrały całkiem ciekawe sztuki . Także i nasze rodzime Outre które zagrało nie gorzej niż pozostali (a które tak naprawdę miało grać na zakończenie festiwalu o 2 w nocy ale wskoczyło na otwarcie małej sceny za Ne Oblivicaris, które nie mogło dojechać na czas, przez co skutecznie pozbawiłem się możliwości ich zobaczenia) robiąc niezłe show zasłużyło podobno na pochwałę. Swój dzień festiwalowy zacząłem więc od koncertu Rome na małej scenie tuż po godzinie 18.

O Rome właśnie słyszałem same superlatywy i nie wiedząc czemu zawsze ten projekt / zespół omijałem szerokim łukiem, bądź po prostu nie było mi z nim po drodze. Teraz jednak mając okazję zobaczyć cóż takiego w tym Rome jest ciekawego postawiłem obejrzeć całe show w miarę dużym skupieniu. I dałem się wciągnąć tej muzyce praktycznie od pierwszego riffu. Świetna mieszanka neofolku i zimnej fali przeszywała swoją nastrojowością i delikatnością każdego z zgromadzonych pod małą sceną. Świetnie odegrane zostały “A Farewell to Europe” oraz “Skirmishes”. Choć delikatność może być tutaj lekkim nadużyciem, to jednak iście rockowego polotu temu projektowi / zespołowi miejscami nie brakowało. Czy zmiany personalne (podobno Jarome występował kiedyś sam, a od niedawna towarzyszą mu sesyjni muzycy) wyszły Rome na dobre, tego nie jestem w stanie powiedzieć. Wiem jednak, że obok Lantlôs to właśnie koncert Rome był naładowany niesamowitą dawką emocji. Choć to nie był jednak koniec z chusteczkami tego dnia, bowiem na dużej scenie grał już Islandzki Sólstafir.

Sólstafir

Sólstafir

Jak to możliwe jest, że w tak małym zimnym kraju jest tak wiele doskonałych kapel (pomijając black metalowe akty) ? Tego fenomenu nie da się normalnie ogarnąć, czego dobrym przykładem może być właśnie Sólstafir. Twórcy zgarniającego orgiastyczne wręcz recenzje albumu “Ótta” zaprezentowali set składający się właśnie z rzeczonego tutaj albumu a także z nieco starszego “Svartir Sandar” oraz “Köld”. Na setlistę złożyły się więc utwory: „Svartir Sandar”, „Ótta”, „Náttmál”, „Fjara” oraz „Goddess of the Ages”. Taki zestaw skutecznie zdołał wyciszyć publiczność i porwać ją w rejony skupienia i uspokojenia. Niektórzy nawet tak się wczuli, że nie mogli miejscami powstrzymać się od łez he he… Widać, można tak prostymi środkami wywołać u słuchacza tak skrajnie stany niepokoju i jednocześnie radości nawet na tak dużej scenie przed tak dużą publiką.

Tuż przed godziną 21, czyli przed koncertem Cradle Of Filth udało mi się jeszcze zahaczyć o kał prezentowany przez Heaven Shall Burn. Świetnie rozumiem, że tego rodzaju kupa może się dobrze prezentować na festiwalu, ale do mnie to kompletnie nie przemawiało, a jakby tego było mało, główny pajac tego kabaretu stwierdził, że noszenie koszulek prezentujących chociaż by takie Ad Hominem jest złe i nie dobre i nie powinno być na tym festiwalu tolerowane (a pewnie jego lewackie szmaty już tak). No cóż, w końcu demokracja według niektórych może działać tylko w jedną stronę he he… Wracając jednak na tory poprawności i do Kredek.

Cradle Of Filth

Cradle Of Filth

W końcu pewien etap z tego typu muzyką trzeba było przejść w swojej edukacji muzycznej, a że wcześniej możliwości ujrzenia skrzata Daniego na scenie nie było, to trzeba było ją wykorzystać, choć miałem ku temu pewne wątpliwości (po tym, co zobaczyłem na transmisji z tegorocznego Wacken). Nie mniej gdy powiedziało się a, trza było powiedzieć i b. Zaczęli dosyć klimatycznie, bo od “At the Gates of Midian” płynnie wpadając w riffy “Cthulhu Dawn”. Wszystko więc brzmiało i huczało jak należy mając przy tym swojego rodzaju moc i energię, tak dobrze znaną z nagrań studyjnych. Potem szło już niestety coraz gorzej, choć poleciał klasyk pod postacią “A Dream of Wolves in the Snow” oraz nieco słabszy “Summer Dying Fast”. Potem kupa pod postacią “Honey and Sulphur”, “Right Wing of the Garden Triptych” oraz ciut lepsze “Nymphetamine (Fix)” na którym swoją przygodę z tym koncertem zakończyłem (zaś perkusista zaczął walkę z problemami technicznymi). Podobno – co pokrywało się z tym, co CoF zagrało na Wacken – zagrali jeszcze klasyczne „Born in a Burial Gown”, „Cruelty Brought Thee Orchids”, „Her Ghost in the Fog” i na zakończenie „From the Cradle to Enslave”. Czy żałuję, że byłem na tam kuc zespole ? Jasne, że nie. Z drugiej strony wszystko wyglądało jakoś tak marnie (niech tego symbolem będzie pani obsługująca klawisze i udzielająca się wokalnie która robiła chyba tylko za tło, bowiem kompletnie nie było jej słychać). Nie było show, nie było efektów a całość została odegrana tak, bo musiało być odegrane i już, bo tak każe papier. Czysty biznes i nic więcej.

W tym samym czasie na małej scenie napierdalali właśnie greccy bogowie z Dead Conregation i podobnie jak wcześniej, tak i tutaj kobieta wybrała lepiej niż ja i była świadkiem naprawdę zajebistego koncertu. Cóż, pozostaje mi żałować i czekać na jesienną sztukę we Wrocławiu.

Idąc z występu Cradle Of Filth zahaczyłem jeszcze na Oriental Stage – zlokalizowaną na placu Octagonu – która w tym roku powstała specjalnie na występ dwóch kapel. Pierwsza z nich miała właśnie swój czas. Była to rosyjska Phurpa, prezentująca stare, tybetańskie pieśni oparte o starożytne instrumenty ludowe. Ja pierdolę, co to za mindfuck był! Jak to Szanowny redaktor Mińczykowski stwierdził: mózg rozjebion. Niezwykła, psychodeliczno-transowa podróż w góry  do Tybetańskich klasztorów, gdzie mnisi podczas długich medytacji wychodzą z ciała by odbyć dalekie, duchowe podróże mające ową duszę oczyścić z wszelkiego zła. Nie wiem, kto wytrzymał całość tego przedstawienia (ponad 2,5 godziny!), ale musiał po tym występie – lub podczas – albo mocno przypalić albo dobrze się napić he he…  Po 20 minutach w Tybecie przeniosłem się już na małą scenę, gdzie tego wieczoru grała kolejna must seen kapela tego festu.

Lvcifyre jakoś nie miało jeszcze szczęścia zagrać w naszym katolandzie, więc tym bardziej moja spasiona gęba ucieszyła się na wieść o tym, że w ramach zastępstwa Antaeus to właśnie angole zagrają na małej scenie. Czekałem na ten koncert z mocnym biciem serducha i wręcz deliryczną trzęsawką dłoni he he… I gdy na scenie zjawili się Ci, którzy niosą śmierć omal nie osrałem się ze szczęścia he heh… Bez kitu, dopierdolili tak, że w moich starych kościach zatrzeszczało, a bębenki omal nie eksplodowały od nawału blastu i gruzu. Tak, takiego grania zdecydowanie mi brakowało na tym BA. Na pierwszy ogień poszło „Liber Lilith” z instrumentalnym introsem a następnie przepotężne „Svn Eater” i miażdżące kości „Calicem Obscvrvm”, „In Fornication Waters”, „Nekvomanteion” oraz „Fiery Spheres of Seven” i na zakończenie (i wykończenie) „Fyre Made Flesh”. Jak więc widać Lvcifyre odegrało praktycznie cały materiał z “Svn Eater” przez co można było odczuć lekki niedosyt. Zabrakło dla mnie bowiem takich walców jak “Death’s Magnetic Sleep” czy chociażby “Holy Chaos”. Wszystkiego jednak nie można mieć he he, ale mimo to była to najlepsza sztuka tego wieczoru i chyba w ogóle całego festiwalu, jaką dane mi było widzieć. Słowem: rozjebion numer 1. Przynajmniej w takim przeświadczeniu szedłem na ostatni dla mnie koncert tej edycji Brutal Assault, czyli Cult Of Fire.

BA-BrutalDeath-1Wracając więc do Octagonu, gdzie była ulokowana scena orientalna. Oprócz katakumb posiadała ona dziedziniec o kształcie zbliżonym do jaja, otoczonego dosyć pokaźniej grubości murem. Z początku miałem mega obawy, co do tego czy w ogóle uda mi się dopchać do sceny (dlatego też przybyłem grubo ponad 30 minut przed koncertem, by zająć odpowiednie miejsce) i czy w ogóle zdoła się tutaj upakować przynajmniej 300 osobowa publiczność oraz jak sobie poradzą akustycy z taką miejscówką. Na Purphę to zdecydowanie wystarczyło, ale czy na Cult Of Fire też ?

Robiąc chwilowy odpoczynek od ostatecznego aktu. Wnętrza murów twierdzy dalej zwanych Octagonem w tym roku były najchłodniejszym miejscem festiwalu. Można było sobie tutaj spokojnie usiąść i schłodzić się zimnym browarem. Obejrzeć na monitorze koncerty dużej sceny i obejrzeć przy okazji wystawę fotografii Petera Baste poświęconej norweskiemu black metalowi (większość zdjęć na pewno już wszyscy dobrze znają), czy też podziwiać prace Davida Glomba, który to odpowiedzialny był / jest m.in. za oprawy graficzne Cult of Fire czy Svartidauði oraz z bardziej (lub mniej jak kto woli) znanej ilustracji do trasy Untamed and Unchained albo po prostu spotkać się na meet and greet ze swoimi idolami. Po za murami w połowie drogi do małej sceny jak zwykle co rocznie ulokowane zostały kino oraz w tym roku wystawa poświęcona dwudziestoleciu Brutal Assault. Można było tam zapoznać się nie tylko ze statystykami zespołów (reprezentanci Polski byli w ścisłej czołówce), które grały na BA ale także ze zdjęciami i innymi ciekawostkami ze wszystkich edycji festiwalu. Spoko sprawa, zwłaszcza dla tych, dla których tegoroczna edycja była tą pierwszą.

Wracając już do zasadniczej części. Cult Of Fire oraz organizatorzy dokładnie postarali się, aby scena Orientalna była tego roku czymś wyjątkowym. Wpierw Phurpa odegrała swoje niesamowite show,a następnie Cult of Fire, które zagrało chyba koncert życia.

Cult Of Fire

Cult Of Fire

Tuż przed występem Czechów na scenie pojawiły się stoły, na których zostały odpalone świece oraz kadzidła, zaś pomiędzy nimi po środku znalazł się statyw z kosami, gdzie odpowiedzialny za wokale Devilish mógł wykrzykiwać swoje teksty. I oto punktualnie o godzinie 23:50 na scenie pojawiły się zakapturzone postacie w strojach z symbolami Shivy i maskami na twarzach, a zaraz po nich rozbrzmiały dźwięki utworu “Vltava”. Utworu po raz pierwszy i ostatni zagranego na żywo, hołdującemu jednej z najważniejszych rzek Czeskiej Republiki, czyli Wełtawie. Potężne brzmienie, okalające mury twierdzy, odbijało się od nich niczym rzeka płynąca swym korytem ku ciemności. Wierzcie mi lub nie, ale to robiło niesamowite wrażenie w murach tej twierdzy. Dało się czuć potęgę i wielkość tej jednej z najważniejszych rzek dla każdego Czecha. Jej siłę i nieokiełzaną naturę. Jej potęgę i nieprzewidywalność. Magia ta utrzymywała się dalej, ze sceny buchały płomienie w rytm muzyki a w połowie setu rozpalony został wielki płomień. Wybrzmiały utwory zarówno z “मृत्यु का तापसी अनुध्यान” jak i z debiutanckiego “Triumvirát” (“Satan Mentor” to absolutny killer). I to właśnie z drugiego krążka utwory brzmiały niesamowicie potężnie, zaś bas odbijający się od murów twierdzy zyskiwał dzięki temu dodatkową siłę i efekt pogłosu przeszywając tym samym rejestry słuchowe i wnętrzności słuchaczy. Miazga. Niebywały i po stokroć niesamowity to był koncert, nie dający się do końca opisać słowami. Ba ! Niech symbolem tego będą kule trzymane w górze przez prawie cały koncert przez pewnego jegomościa he he… Obok Lvcifyre, był to absolutny rozjebion numer 2 tego wieczoru.

Gdzieś koło 1 w nocy wracając z Oriental Stage, mając jeszcze w głowie dźwięki Cult Of Fire dane było mi kątem oka widzieć naszą rodzimą gwiazdę dowodzoną przez generała, czyli Vader. Ile tą kapelę już razy widziałem, tego sobie nie jestem w stanie przypomnieć. Czy był to koncert warty obejrzenia ? Być może tak, jednak odpuściłem go sobie (po dwóch kawałkach) z jednego względu: nie chciałem sobie psuć wrażenia po Cult Of Fire (z resztą i tak zostało ono zjebane, gdyż na polu dało się słyszeć mega dołujące dźwięki grających na zakończenie brytoli z Esoteric). Po za tym była taka pora, że musiałem napełnić bęben czymś do jedzenia i picia wydając przy tym ostatnie niepotrzebne żetony.

Podsumowanie

BA-People-1I tak też koncert Cult of Fire był tym, który widziałem w całości i jako ostatni na tym festiwalu. Festiwalu pełnego żaru, czy wręcz ognia ziejącego z żółtej kurwy ulokowanej na nieboskłonie. W końcu jednak narzekać nie można było, bo przecież nazwa Brutal do czegoś zobowiązuje za każdym razem, gdy jest się właśnie w tym miejscu. Dobór kapel na tegorocznej edycji mógł podobać się każdemu, choć tak naprawdę zabrakło oczywistego headlinera, który by stanął ponad wszystkimi zespołami. Chociaż kto wie? Obecny na tej edycji sam Król Mariusz P. podobno zbierał żetony od ludzi, by na przyszły rok uruchomić swoje znajomości, co by sprowadzić Sarcófago he he heszki…

Piszący tą relację starał się więc wybrać to, co sam chciał zobaczyć (a nie zobaczył, choć chciał m.in. Anaal Nathrak, Excrementory Grindfuckers, czy chociażby God Dethroned) mając przy tym na uwadze gusta czytelników, wiedząc przy tym jednocześnie, że nie zaspokoi ich wszystkich do końca. Ilość kapel (101) mogła jednak przyprawić o ból głowy nie jednego twardziela, a co za tym idzie wszystkie 32, które dane mi było zobaczyć (byli i tacy, co osiągnęli podobno pułap 50) podczas tej edycji było dla mnie wynikiem ze wszech miar dobrym, by nie powiedzieć zajebistym (w przyszłym obiecałem sobie, że będzie ich ponad 40 he he).

Organizacyjnie, było jak zwykle perfekcyjnie. Należy tylko napomknąć, że organizatorzy dali dupy, wciskając chociażby ludziom kit, że ceny żetonów nie wzrosną (choć tak naprawdę podrożały o 2 korony). Fakt to w sumie mało istotny, ale przy ograniczonym budżecie (nie wierzę, że każdy miał powyżej 3000 koron w kieszeni) i chęci spicia większej ilości piwa (co było zbawieniem w tym upale) mogło to niektórych zaboleć. Ceny merchu również poszły w górę. To samo pole namiotowe na Vip Camp. Niby wyprzedane do końca, ale tak naprawdę w ¼ jeszcze wolne. Plus pare mniejszych spraw, ale to nie miejsce na takie rozważania. I jeszcze niemiłosierne upały. Choć z naturą nie wygrasz, ale tutaj organizatorzy poszli na rękę, sprzedając za 0,5 żetona wodę (choć szkoda, że nie do końca zimną).

Jakie więc oczekiwania mam na przyszły rok? Jeszcze więcej rozjebionu he he… I w szczególności headlinera, który mógłby ten festiwal podnieść do rangi wydarzenia roku. See you in next year, Brutal Assault !

ps. Gratuluję tym, którzy wytrwali do końca tej relacji.