Gdyby nie to, że ostatnio przepadały mi bardzo interesujące sztuki koło nosa i absencję na nich musiałem sobie rekompensować bytnością na innych koncertach, które już tak bardzo mnie nie jarały, to pewnie odpuścił bym sobie tą edycję Blitzkrieg. Bo cóż to za Blitzkrieg w marcu? I z takimi zespołami? Ja pierdolę.

Po kolei. Gdy przyszedłem w okolice Klubu Pod Palmą było pusto, przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie pomyliłem terminu. Dopiero zgraja nastoletnich gołowąsów w katanach, najebanych jak działacze piłkarscy na zgrupowaniu utwierdziła mnie w przekonaniu, że jednak dziś jest ten dzień. Pajace mieli nawet takie same najki, wielcy kurwa oldskulowcy – a pamiętam, jak spotkałem ich przed koncertem Overkill i mama z tatą odprowadzali ich na dworzec, haha! Dobra, jebać ich, dopiłem piwo i wszedłem do środka.

Wewnątrz właśnie zaczął produkować się Calm Hatchery. Cóż, rzeknę, że był to najlepszy z supportów, choć i oni jakoś mnie nie zachwycili – jakoś lepiej słuchało mi się ich z krążka. Całość napędzał na pewno żywiołowy wokalista, dla którego scena, jaką dysponuje Klub Pod Palmą wydawała się zbyt mała. Chłopaki grają techniczny brutalny death metal z pewnymi naleciałościami core’owymi i jak wspomniałem – wolę słuchać ich z płyt. Ale źle nie było, widziałem nawet, że ktoś kupił ich koszulki, więc innym pewnie podobało się bardziej. Grali może z pół godziny, po czym zeszli ze sceny. Dobry gig, jednak obyło się bez padania na kolana.

Akurat jakoś po ich występie do środka zaczęli schodzić się powoli ludzie. Ale ogólnie rzecz biorąc frekwencja rzeszowskiego odcinka Blitzkrieg była uuu… cieniutka. I dobrze, bo upychając na trasę takie miernoty jak Eris Is My Homegirl czy The Sixpounder organizatow strzelił sobie w oba kolana, a pocisk rykoszetem trafił jeszcze w obojczyk. Jeśli ktoś tu chciał pojechać na telewizyjnych pięciu minutach tych dwóch kapel, mając dodatkowo nadzieję, że przyciągnie to młodszą widownię, grubo się mylił. Młodsi mają kurwa jutjub, a nie koncerty za 50 złotych!

Okej, wróćmy do muzyki. Drugim zespołem na scenie tego wieczoru było Eris Is My Homegirl. Ja pierdolę, co za gówno. Nawet mało wybredna publika, która zebrała się tego wieczora w Klubie Pod Palmą poznała się na nich i po pierwszym numerze gromko zaczęła krzyczeć na przemian „Vader” oraz „Wypierdalać”. Ale ja się nie dziwię, mnie samemu pięść sama się zaciskała, zaś środkowy palec prostował w wiadomym geście. Te emo – suchciele męczyły nas przez około pół godziny tragicznym (dla mnie jako twardogłowego metalowca) metalcorem. O ile brutalniejsze momenty jeszcze jako tako się broniły, to już typowo wieśniackie melodyjne śpiewy zerżnięte z trzecioligowych metalcore’owców wołały o pomstę do nieba, czy gdziekolwiek chcecie. Wokalista – przyznam – ryknąć growlem potrafił, ale chuj z tym, skoro i tak wszystko psu w dupę z tymi gejowskimi (nie można nazwać tego w inny sposób) zawodzeniem dla smutnych nastolatków. Nie wiem, może organizator wespół z zespołem nastawiał się, że ludzie będą zachwyceni niczym pijana gawiedź w sylwestrową noc na lubelskim rynku? Żenada.

Po tym koncercie chłopcy z Eris Is My Homegirl nawet nie wyszli z backstage’u, ale ja ich rozumiem – też bym nie wyszedł. Udostępnili tym samym scenę The Sixpounder. Zmieszałem z błotem ich debiut, co wywołało wściekłość u ich fanów, o ile się nie mylę, sugerowano mi nawet bym nie pojawiał się na koncertach The Sixpounder, bo wpierdol. Cóż, może do Rzeszowa die hardy nie dojechały, dzięki czemu dziś piszę te słowa. Albo jak zwykle okazali się jedynie internetowymi krzykaczami, hehe. Jebał ich pies, zajmijmy się kapelą i ich występem. Chłopcy weszli na scenę przy dźwiękach czołówki „Drużyny A”. Każdy kto pamięta ten serial wie, iż mnóstwo tam było fajerwerków, strzałów, wybuchów, ale koniec końców nigdy nikomu nic się nie stało, nikt nie zostawał ranny. I tak samo jest z The Sixpounder – wielkie hurra w mediach, ochy i achy, ale ostatecznie – przeciętność. Chłopaki mają ambicje, tego odmówić im się nie da. Młodzież ponoć ich lubi (jeden mój kumpel nawet kupił, bądź chciał kupić, ich koszulkę – mówił, że dla czternastoletniej siostry, która ich uwielbia), ale ja w nich naprawdę nic nie widzę dla siebie. Metalcore w ich wydaniu w ogóle do mnie nie przemawia, jest sztuczny i pozbawiony przysłowiowych „cojones”. Kapela mimo wszystko na scenie wypada bardzo sprawnie, w którymś tam momencie nawet mieli prawdziwe ognie, wokalista skakał, machał i dyrygował niezbyt liczną publiką pod sceną (wśród której, a jakże, wyśmienicie bawili się nasi chłopcy – katankowcy, jakby to zobaczyły zespoły z ich naszywek, pewnie puściłyby zbiorowego pawia), a ja stałem, sączyłem piwo i czekałem kiedy The Sixpounder zejdzie ze sceny. No, zanim jeszcze zeszli odegrali „Ace Of Spades”, sprawnie, ale tego numeru nie można spierdolić. Na czas trwania tego kawałka jeden z gitarzystów ubrał kapelusz a’la Lemmy, ale w zasadzie nie wiem po co. No i chyba z trzydzieści razy podziękowali ekipie Vader za przyjęcie ich na trasę, zachęcali też do skandowania nazwy tej kapeli – nie wiem, trochę to nachalne dla mnie było, wystarczyłoby raz powiedzieć „dziękujemy” i tyle.

Przedostatnim zespołem był belgijski band Resistance. Goście grają naprawdę wkurwionego deathcore’a i cóż – Ci mieli przynajmniej pierdolnięcie. Choć z czystym sumieniem powiem Wam, że również nie wywarli na mnie jakiegoś zajebistego wrażenia. Porównując jednak ich sztukę do chujowego Eris Is My Homegirl (nawet nazwę mieli głupią) różnicę było widać i słychać. Jednak bez przesady. Oczywiście podkreślam – to nie moja muzyka, ale uwierzcie mi, gdyby mimo to supporty zagrały wyśmienicie, nie zawahałbym się o tym napisać, nawet narażając na szwank moją „prawdziwość”, hehe. Ressistance grało około czterdziestu minut, ich set nie wymęczył mnie tak jak inne, więc liczy się im to na plus. Chyba tyle mogę Wam o nich powiedzieć, bo niewiele więcej szczegółów z tego występu utkwiło mi w pamięci.

Vader. Od kilku lat omijałem ich występy, bo Peter i reszta obniżyła loty przy kilku ostatnich płytach. Jednakże ostatni krążek „Welcome To The Morbid Reich” jest zaskakująco dobry, więc stwierdziłem, w przeciwieństwie do wielu moich znajomych, że odżałuję te cztery dychy i zobaczę, jak mają się scenicznie. Cóż – parafrazując znaną książkę, rzeknę w tym temacie, iż na Zachodzie bez zmian. Czyli nadal Vader jest koncertową maszyną, bez dwóch zdań. Co ciekawe podczas ich rzeszowskiego koncertu aktywność ukazała „prawoskrętna” brygada metalowców, co to zapierdalają na marszach ku pamięci narodowo – katolickich żołnierzy, ale nie krępują się też ubrać koszulki z pentagramem, albo pomachać sobie łapkami w wiadomym geście. I niech mi nikt nie pierdoli, że nie tylko niemieccy wojacy tak robili (czyli Ci, przeciw którym walczyli wspomniani żołnierze wyklęci – tylko mnie wydaje się to lekko schizofreniczne zachowanie?), bo wszak wiadomo o co chodzi, prawda? Jebie mnie jakaś tam poprawność polityczna, ale nie lubię hipokryzji. W którymś momencie panowie ustawili się w rządku, nawet dwóch chłopców katanowców z naszywkami Kreator sobie dokptowali do hajlowania (ciekawe, czy Ci chłopcy mają wśród swoich mp3 taki utwór jak „Europe After The Rain”…). Ale jakoś nikt się nie burzył, hehe. Nie za bradzo wiedzieli co ze mną zrobić, bo wicie rozumiecie – glacę mam łysą, koszulkę wsadzoną w bojówki – panterki, więc chuj wi jak mnie przyporządkować, więc na wszelki wypadek traktowali, jak swojego, hehe! Ale mnie jakoś nie ciągnie do oddawania hołdu u boku księży wojakom z NSZ. Nieważne, Vader grał i było miło, jakiś tam niewielki młyn się zrobił, pijana młodzież się w nim odbijała, wszyscy byli zadowoleni. Vader zagrał sporo numerów z „Welcome To The Morbid Reich” i bardzo dobrze, bo po raz pierwszy od kilku lat się Peter postarał! Było też kilka numerów z debiutu, między innymi mój ulubiony „Breath Of Centuries” i generalnie rzecz biorąc inne numery znane i lubiane. Tak, „The Witcher” też był. Sprawnie to wszystko było przeprowadzone ze strony Vader, ale ja pamiętam ich lepsze koncerty – może ja byłem wtedy młodszy i bardziej mi się podobały ich występy w składzie z Mauserem i Docentem, może jednak się mylę…? Nie wiem, w każdym razie był to zdecydowanie najlepszy koncert tej nocy, no ale jeśli do tego wszystkiego Peter dałby ciała, to byłaby już totalna porażka, jak nomen omen we wrześniu 1939 roku, hehe. Ale tutaj akurat kapela wyszła z tarczą.

Dobra, po Vader zmyłem się do domu, bo znajomych praktycznie nie było, więc do kogo niby miałem gębę otworzyć i ponarzekać? Wobec tego w domu musiała mnie kobita wysłuchać, mojego marudzenia, a teraz Wy. Ale powtórzę – cieszę się, że Blitzkrieg VI w Rzeszowie okazał się frekwencyjną klęską (w porównaniu do wcześniejszych edycji), no ale skoro zamiast Incantation, Krisiun czy nawet Marduk zafudnowano nam kapele, które z metalem mają mało wspólnego – może to czegoś szanownego pana organizatora nauczy. I niech mi nikt nie pierdoli, że to taka odświeżona formuła, albo że nie ma kogo już zapraszać na supporty. Kapel, metalowych kapel jest masa i większość z nich gotowa byłaby zrobić nawet przysłowiową laskę, by móc zagrać przed Vader. Więc akurat tym razem nie będę psioczył na frekwencję, haha! Oczywiście tradycyjnie czułem się zażenowany głupotą młodzieży podszytą głębokimi brakami w metalowej edukacji, nawet w elementarnym wymiarze. Bo prawicowi niech sobie hajlują, wali mnie to, ale gość z telewizorem Iron Maiden – haha, żenada! Okej, to na pohybel Wam idę na browara i zapuszczę sobie po raz kolejny Kreator. Mam nadzieję, że siódma edycja Blitzkrieg nie będzie taka ciulowa jak miniona, bo wówczas to nawet ja zostanę w domu.

Zdjęcia dzięki zdolności i uprzejmości Czarnej666!