Exodus, Suicidal Angels, Bullet Belt; Warszawa, Klub Progresja; 16.07.2012

Exodus w Polsce – zastanawiałem się czy jechać, bo po tym co widziałem w zasadzie gdy grali na Metal Hammer Festiwal bałem się, że nie zagrają staroci i będzie – ogólnie mówiąc – przeciętnie. No ale w sukurs przyszedł mi Marian i mówi „Ej, kurwa, bilet tani, ja załatwiam busa, prowadzić nie musisz, łykniem co i baniami pomachamy”. Myślę sobie „Te argumenty przemawiają do mnie bardzo.” W poniedziałkowy poranek ustawiliśmy się więc pod rzeszowskim dworcem wraz z innymi adeptami Bay Area Thrashu, by wyruszyć na stolicę.

Podróż busem minęła przyjemnie, sześć godzin pijaństwa i porównywania różnic, jakie dzielą mnie, jako reprezentanta połówy ósmej dekady zeszłego wieku oraz reprezentantów późnych lat dziewięćdziesiątych. Cóż, różnice są, tak mentalne jak i kulturowe, szczęśliwie wódka żołądkowa gorzka, wiśniówka lubelska i inne przysmaki niwelowały wszelkie dysproporcje. Ja co prawda jestem zbyt leniwy, by przyszywać sobie naszywki na katanę w autobusie i to po pijaku (zwłaszcza, że katany nie posiadam), nie umiem naprawić komputera przez telefon (ale możliwe, że umiałbym go zepsuć, hehe), czułem się trochę jak brontozaur, gdy ze zdziwieniem autobusowa obsada wymieniała moją datę urodzenia, niemniej jednak cała droga była bardzo przyjemna. Do stolicy dojechaliśmy około półtorej godziny przed koncertem, mocno już porobieni, tylko więc kawa była dla mnie ratunkiem, bym z powodzeniem mógł wypełniać moje „dziennikarskie obowiązki”, hehe. Jedna kawa, druga kawa, trzecia kawa i już byłem do użycia, hehe. Jako, że cały event miał miejsce w poniedziałek, przeto frekwencja była raczej możliwa do przewidzenia, aczkolwiek nie było źle, naprawdę. Sporo młodych katanowócw, raczej mało starych wyjadaczy, no ale wiadomo, kto ma wakacje, a kto tyra na spłatę kredytu, hehe.

W końcu weszliśmy do środka, już po koncercie Bullet Belt. Pierwszy raz słyszałem o tym zespole, więc nie mam pojęcia kto zacz, no ale wiadomo, że chłopaki łoją thrash. Cóż, może jeszcze ich kiedyś zobaczę, wszak kariera dopiero przed nimi.

Kolejną kapelą, którą miałem zobaczyć, lecz nie zobaczyłem był amerykański Warbringer. Tych to akurat już nikt nie zobaczył, bo kapela nie dojechała, już nawet nie wiem z jakiego powodu. Szkoda, że nie wrzucili nikogo za nich, no ale cóż. Ja osobiście byłem ciekaw, czy i jak ci młodzi thrashmaniacy się rozwinęli.

Ostatecznie pierwszym zespołem jaki zobaczyłem tego poniedziałkowego wieczora było greckie Suicidal Angels. Jakimś ich wielkim fanem może nie jestem, ale możliwe, że się to zmieni, po tym jak zobaczyłem ich koncert właśnie w stolicy. Panowie u boku Exodus promowali swój nowy album, lwia cześć setu opierała się więc właśnie na utworach z „Bloodbath”. Nawet na scenie znajdowały się bannery z reprodukcją postaci z ich ostatniego krążka. Muszę przyznać, że Grecy odstawili iście powalający show, wedle kanonów amerykańskiego thrash metalu, jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż Suicidal Angels mają to we krwi. Ich zachowanie sceniczne, ruch, energia jaką tryskali ze sceny – wszystko zasługiwało na poklask. Do tego kawałki pokroju „Moshing Crew” czy „Torment Payback” stanowiły idealny przedsmak dla głównej gwiazdy wieczoru. Wiecie jak to bywa z supportami, czasem pasują one do headlinera jak pięść do nosa (pamięta ktoś koncert Kreator w krakowskim klubie Kwadrat kilka lat temu?), ale tym razem wszystko się zgadzało, nie dziwota więc, że polscy thrashersi, którzy zjawili się w ten dzień w Progresji nie oszczędzali się już podczas gigu Suicidal Angels. Bardzo dobra sztuka!

W czasie przerwy uzupełniłem poziomy wody w organizmie i alkoholu we krwi, potem trochę kofeiny i biegusiem pod scenę, bowiem techniczni wszystko sprawnie załatwili i deski we władanie objał Exodus. Powiem może tak bez ogródek – kurwa, co to był za koncert!!! Nie pamiętam od czego zaczęli, bo jak mnie pierdolnęło (muzyka, nie alkohol) to zatraciłem się w toksycznym walczyku, uskuteczniając dobrą, przyjacielską zabawę pełną przemocy. Pojawili się bez Gary’ego Holta, za to zastępcą jego był Rick Hunolt, więc jak najbardziej ekstra! Podczas gdy kapela wycinała swoje bezdyskusyjne przeboje, pod sceną rozpętał się porządny młyn, raz kręcono się dookoła, kiedy indziej Rob Dukes zarządzał ścianę śmierci – nie mogę powiedzieć, że było jakoś ultra brutalnie (tak to było podczas krakowskiego koncertu Bestial Raids, haha!) niemniej jednak nie było to też pląsanie a’la Strachy Na Lachy! Exodus na ten wieczór przygotował naprawdę mocną setlistę, sporo kawałków z debiutu – tytułowy, „Piranha”, „And Then There Were None”, „Lesson In Violence”… thrash metalowa karuzela z przebojami. Szkoda jedynie, ze nie usłyszeliśmy nic z dwójeczki, zdecydowanie zabrakło mi tutaj „Chemi-Kill”, no ale widać nie można mieć wszystkiego. Mimo to tego wieczoru w tańcu nie było pierdolenia, zwłaszcza, że i nowsze kawałki niosą ze sobą olbrzymią kurwę – gdy chwilowo opadłem z sił i obserwowałem z boku jak brzmi taki killer jak „Blacklist” jestem teraz pewien, że Exodus to jedyny zespół, który po swoim powrocie wydaje równie dobre płyty, co przed pauzą. A Dukes to istny rozbójnik, wzrok mordercy – oj, nie chciałbym wejść mu w drogę. Zespół grał dość długo, pewnie z dwie godziny, ze mnie dosłownie pot lał się strumieniami, zaś w samej Progresji było dość duszno – lub tylko takie wrażenie odnoszę wspominając ten gig. Patrząc na muzyków Exodus odniosłem wrażenie, że pomimo tak długiego stażu scenicznego (może i tego nie widać, ale kapela aktualnie jest w wieku jezusowym) tych typów wciąż cieszy napieprzanie thrash metalu, wciąż bawi ich granie tej muzyki – w którymś momencie odegrali fragment „Motorbreath”, co dziwne – nie wszystke thrash’owe dzieci od razu poznały, co to leci… Nieważne – koncert trwał, młyn się kręcił, a iskry sypały się ze sceny. Podczas wieńczącego całość koncertu „Strike Of The Beast” na scenę wleciał jakiś dzieciak, jak się potem okazało – syn Lee Altusa, który odegrał na tatowej gitarze fragment utworu – kurwa, dla takich chwil należy spłodzić syna, ja Wam to mówię! Kapela żegnana setkami gardeł nie dała się ubłagać, nie wróciła na bis. Ale podejrzewam, że jeszcze dwa kawałki więcej i spośród publ;iki nie było by już kogo zbierać. Zajebisty show!

Po koncercie wpakowaliśmy swoje utyrane dupy do busa, zakupili po browarku na podróż do domu. W trakcie jazdy i tak wszyscy posnęli po takiej balandze, więc tutaj już anegdotkami nie będę Was zabawiał. Sam po przyjściu na mieszkanie walnałem się w wyro i spałem jak zabity… przez trzy godziny. Niestety – wtorek ósma rano – pobudka i do roboty. Ale z exodusową pieśnią na ustach. Kto nie był, ma czego żałować.

Autor

9778 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

5 komentarzy

  • Koncert zaiste doskonały, a do artykułu wkradł się mały błąd – grali kawałek tytułowy z dwójki. Choć zgodzę się z autorem, że Chemi-kill to killer, albo takie Braindead.

  • No możliwe, że tak było 🙂 Toksyczny walczyk jednak pochłaniał odrobinę mojej uwagi 😉

  • Ale kiedyś miałem. Dżinsową kurteczkę, coś około 1990 roku. Ale bez naszywek, a jeśli jużby się tam jakieś znalazły, to – sądząc po moich ówczesnych zainteresowaniach – byłby to Tytus, Romek i A’tomek (nie mylić z Acid Drinkers, Kat i Sodom) lub He-Man, ewentualnie Wojownicze Żółwie Niinja. Zresztą, i tak bym się w nią dziś raczej nie zmieścił ;]

  • He-Man to prawie jak wokalista Thor, a Żółwie by można pod GWAR podciągnąć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *