Abbath, Thunderwar; Warszawa, Proxima; 16.02.2016

abbath plDo muzyki Immortal zawsze miałem wielki sentyment. Do dziś pamiętam, gdy w liceum, na przerwie spotkałem się z kumplem. Gadamy o pierdołach i nagle gość wyciąga z plecaka kasetę „At the Heart of Winter”. Mówi: „Stary, wczoraj mi kuzyn pożyczył. Słuchałem całą noc. Zima w chuj! Przynieś mi czystą kasetę, to ci na jutro przegram. Rozjebie ci mózg”. I faktycznie. Jakoś za dwa dni miałem swoją przegrywaną wersję „At the Heart of Winter” i w chuj mi ta muzyka podeszła. Z początku nie wiedziałem o co w tym chodzi. Trochę to kiczowate, nawet lekko wieje wiochą. Ale ta muzyka zdecydowanie ma w sobie coś…
Taki oto wstęp przygotowałem sobie pod występ 1/3 tej zacnej kapeli, ponieważ pchany sentymentem i ciekawością postanowiłem Pana Abbatha zobaczyć na żywo. Jak zwykle, korzystając z usług czerwonego autokaru z wielkim ptakiem, popołudniową porą zjawiłem się w stolicy. Miałem kilka godzin do koncertu, więc postanowiłem powłóczyć się trochę po mieście, żeby zabić czas. Stolica przywitała mnie ciekawym obrazem: wchodzę do tramwaju i patrzę a tam jedna część zapchana ludźmi prawie po sufit, a druga część pusta. W tej pustej części na ziemi leży sobie oszczany żul i pochrapuje wesoło. Ot, taki obraz naszej polskiej rzeczywistości. Pozwiedzałem chwilę starówkę i przed 19 wsiadłem w autobus. W Proximie już kilka razy byłem, więc nie miałem problemu z nawigacją. Gdy dotarłem przed lokal, bramy były jeszcze zamknięte, więc szybki dymek przed wejściem, drzwi się otwierają i zaraz ładuje się do środka. Zanim jeszcze cała impreza ruszyła, zdążyłem wypić piwko i spalić ze dwa szlugi. Zrobiłem też rozeznanie na stoisku. Bieda była okropna. Ponieważ to końcówka trasy, koszulki miały rozmiary albo ekstra duże, albo super mini. Płyt brak. Zajebiście mi się podobał wzór koszulki, na którym Abbath z kolegami przechodzi przez przejście dla pieszych. Fotka stylizowana na to klasyczne zdjęcie Beatlesów. Zajebista sprawa. Szkoda, że rozmiar „S” albo „XXL”.

Punktualnie o 19.45 na scenę wbija Thunderwar, a ja się pcham pod barierki. Nazwa ta brzmiała dla mnie znajomo i okazało się, że wdziałem ich przy okazji koncertu Carcass w 2014 roku. Wtedy było ok i teraz też było ok. Goście grają death metal, w którym sporo jest melodyjnych naleciałości. Lekko mi to trąci starą Szwecją. Oglądałem ich bez większych emocji, choć zdarzyło mi się kilka razy tupnąć rytmicznie nogą. Na szczególne laury zasługuje perkusista. Koleś na scenie był bardziej widoczny niż pan frontman. Skakał, właził na perkusję, machał banią…  Koszulka Sadistik Exekution na jego klacie wyglądała bardzo autentycznie. Dziki człowiek hehe. Ten koncert zrobił na mnie dokładnie takie samo wrażenie jak ich poprzedni występ. Bez szału, ale można rzucić okiem. Swoją drogą to chłopaki mieli coś pomyśleć nad debiutem… Może kiedyś się pojawi.

Stołeczni śmierć metalowcy udali się za kulisy, a ja udałem się do baru, zamówiłem kolejną pianę i czas oczekiwania na Abbatha umilałem sobie papierosem. Ludzi wbiło już naprawdę sporo. Bałem się o frekwencję, ale było chyba lepiej niż dobrze. Gdy zbliżała się godzina 20.30, pognałem pod scenę, żeby sobie zapewnić w miarę dobry widok. Nie chciałem przegapić „kroku kraba” hehe. No i jest. Zaczyna się! Na scenę wchodzi mistrz ceremonii i reszta kapeli. Startują od numeru z solowej płyty: „To War”. Fajny kawałek, dobrze sprawdza się na koncertach. Potem „Winterbane”. Tez fajnie, ale ja czekam na covery. I w końcu pierwszy hit. „Nebular Ravens Winter”. Ludzie w szale. Młyn zaczyna się formować. Mnie się morda cieszy od ucha do ucha. Udało mi się zauważyć jednak coś niepokojącego. Przed Abbathem stało urządzenie przypominające telewizyjny prompter, wyglądające jak trochę wyższy odsłuch. Okazało się, że jest to maszynka do wyświetlania tekstów… Nie wiem czy to już demencja starcza, czy nadmiar używek, ale widać było, że Abbath pomagał sobie tym wynalazkiem dość często… Potem kolejne dwa numery z najnowszej płyty i znowu jadą Immortalem. Chyba najpierw był „Tyrants”, a potem „One By One”. Podarłem sobie ryja na tych przebojach. Potem kolejne numery z solowej płyty. Nie pamiętam, co dokładnie to było, bo jeszcze się z nowym dziełem zapoznaje, ale przed pauzą poleciał „Root of the Mountain” z fajną melodyjką. Potem nastąpiło zejście ze sceny i oczywiście powrót, bo jakby to było nie zagrać jeszcze paru numerów. Goście wchodzą na deski Proximy i zaczynają grać. Pierwsze dźwięki. Słucham i nie wierzę! O kurwa! „Solarfall”!! Ale mi się morda ucieszyła. Uwielbiam ten numer. Chyba najlepszy na „At the Heart of Winter”! Ale byłem uradowany. Ciekaw byłem, co zagrają na koniec skoro tu taki strzał. Niedługo się przekonałem. Było to „All Shall Fall” z ostatniego dzieła Immortal, które jakoś mnie nie przekonuje, choć jest materiałem co najmniej dobrym. I tak to się skończyło.

Wyjazd do stolicy na koncert Abbatha był bardzo dobrym pomysłem. Gość odstawił naprawdę fajną sztukę. Cieszy fakt, że nadal jest w formie (nie licząc problemów z pamięcią?). Tworzy. Gra koncerty. Zastanawia mnie tylko, dlaczego ten zajebisty skład z Nim, Adamem, Entombed A.D.  i Inquisition nie zawitał do Polski. Jest to dla mnie, co najmniej niezrozumiałe. Ale i tak było zajebiście. Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że to covery Immortal „zrobiły robotę”. Solowe numery były ok, ale nie miały w sobie tego, co mają stare nagrania. Sporej dozy sentymentu. Przypomniały mi się czasy liceum…

2 komentarze

  • Tak mi sie przypomnialo, ze mnie tez w liceum rozjebal… Battles in the North 🙂
    I ta biala okladka, wtedy to byl szok 🙂

  • Dla mnie koncert byl bardzo OK, ale masz racje, robote zrobily numery immortal oraz Warriors z I. Ten ostatni, na zywo naprawde wyrwal mnie z butow!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *