Aborym “Dirty”

Aborym - DirtyWydawca: Agonia Records

Jesień za pasem. Młodzież dumnie wkroczyła w nowy rok szkolny, a studenci robią pod siebie na wrześniowych poprawkach. W knajpach i przy barach robi się tłoczno i duszno, zaś na parkietach dyskotek i nocnych klubów króluje Aborym… Spokojnie, jeśli nie słyszeliście nowego krążka “koksowników” zaręczam z góry, jest całkiem znośnie. No ale od początku.

W końcu Aborym wskoczył na właściwe tory swojej muzyki i pędzi jak Pendolino po włoskich szynach. Co prawda stan naszej kolei jest taki, jak każdy widzi, ale u włochów z Wiecznego Miasta w przełożeniu na muzykę jest wręcz idealny. Dużo bowiem na “Dirty” się dzieje. Jest mocno industrialnie z pełnym inwentarzem bitów i sampli, brudnych jak toalety nocnych klubów z szemranymi typami i ladacznicami siedzącymi przy barze (tytułowe “Dirty”). Są zwolnienia niczym narkotyczne transy (“Raped By Daddy”), ale i też ostre bity pełne dehumanizacji i nienawiści do świata. Tu i ówdzie solówki gitarowe nadają “człowieczeństwo” całości, co w chaosie pełnym “cybernetycznych” dźwięków jest nadzieją na to, że ludzkość nie do końca wyginęła (“Face The Reptile”). Jednym słowem: Aborym odżył i jest tak dobry jak chociażby na wydanym siedem lat temu “Generator”. Jednak aby było weselej są i też minusy. Nie żebym miał coś do włochów i ich muzyki, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że zespół bierze nie te prochy co trzeba (albo każdy inne rodzaje). Oczywiście – o zgrozo – przebojowości “Dirty” odmówić nie można, ale miejscami jest on po prostu zbyt… dyskotekowy (“Helter Skelter Youth”). Naturalnie wszelkiego rodzaju zwolnienia czy łagodniejsze dźwięki w tym pędzącym żelastwie są jak najbardziej wskazane. Nie mniej, metalowe poletko to nie jest przecież “tanzbuda” gdzie lakierowane od stóp do głów cipy moczą się przy rurce (albo dwu-rurkach jak kto woli) szukając, że się tak grzecznie wyrażę, “prawdziwej miłości”. To w pewnym stopniu dyskwalifikuje twórców – prawie – genialnego “With No Human Intervention” czy nie mniej dobrego, techno-satanistycznego “Fire Walk With Us!” (tak, tego z coverem Burzum). Mało ? To aby było jeszcze weselej zespół pokusił się (prócz ponownych nagrywek starych “przebojów”) również o covery popularnych wśród młodzieży zespołów. I tak okaleczone, zbesztane i ubrane w digitalno-gitarowe brzmienie zostały utwory: “Hallowed Be Thy Name” wiadomo kogo, “Comfortably Numb” Pink Floyd (paradoksalnie, mimo “cyfrowego” brzmienia nie wypadł aż tak źle) oraz “Hurt” Nine Inch Nails przy którym to już zupełnie wyłapałem wkurwa mimo regularnego zażywania Depakiny.

I bądź tu człowieku mądry mając przed sobą taki album z taką paletą kontrastów. Patrząc na poprzednie dokonania Aborym, “Dirty” można uznać za naprawdę dobry stuff. Nie mniej miejscami słuchając tego albumu czułem się jakbym był na jakiejś dyskotece. Tylko bez stroboskopów i tańczących na rurach nimfetek (choć te “leśne nimfy” z “pamiętnego” koncertu CF z krakowa też pewnie by się nadały he he). No cóż, tym razem nie ten diler Panowie…

Ocena: 7 / 10

Tracklista:
01. Irreversible Crisis
02. Across the Universe
03. Dirty
04. Bleedthrough
05. Raped by Daddy
06. I Don’t Know
07. The Factory of Death
08. Helter Skelter Youth
09. Face the Reptile
10. The Day the Sun Stopped Shining
CD 2
11. Fire Walk with Us (new version)
12. Roma Divina Urbs (new version)
13. Hallowed Be Thy Name (Iron Maiden cover)
14. Comfortably Numb (Pink Floyd cover)
15. Hurt (Nine Inch Nails cover)
16. Need for Limited Loss (new track)

Autor

467 tekstów dla Chaos Vault

Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *