Wydawca: Blood Harvest Records
To już trzeci album Polyptyh, ale jakoś tak się nie złożyło wcześniej, byśmy zawarli bliższą znajomość. Co się odwlecze to nie uciecze, jak mawiają starsi ode mnie, więc zgodnie z tą maksymą dziś przedstawiam Wam „Defying the Metsastasis”.
Polyptych pochodzi z Chicago, Illinois, a wiadomo, że Wietrzne Miasto ma bogatą tradycję jeśli chodzi o death metal i jego odmiany. Polyptych akurat napierdala death metalem, w przypadku którego bardzo trudno jest mi wskazać na jednoznaczne inspiracje. Bardzo dobrze skurwisyny kombinują, mieszają ze sobą scenę europejską i amerykańską, z przewagą tej pierwszej. Im dłużej słucham Polyptych tym bardziej nachyliłbym się ku dodaniu do ich muzyki przymiotnika „progresywny” – pomimo niezaprzeczalnej brutalności zawartej na „Defying the Metsastasis”. Mamy tu bowiem naprawdę niemało gitarowych solówek, sporo zmian tempa, połamanych struktur. Oczywiście nie jest to wszystko pokręcone na miarę jakiegoś Cynic, ale nie mogę dać odporu takiemu właśnie wrażeniu. Polyptych na pewno nagrało krążek wymagający – to nie jets prosty death metal do jakiego przyzwyczaiło nas tysiące kapel. Czuć, że ten album powstawał przez dłuższy okres, a muzycy stracili dużo potu nad komponowaniem tych wałków. Nie boją się przy tym eksperymentowania w ramach death metalowego gatunku, inkorporując weń odrobinę voivodowskich zapożyczeń, kiedy indziej słyszymy rozmyty, atmosferyczny Opeth… Oj, dawno się tak nie namęczyłem (w pozytywnym sensie), by ogarnąć całość krążka i ubrać w słowa, to co jest mi dane słyszeć na „Defying the Metsastasis”. Generalnie, pomimo sporej ilości wpływów całość nie jest jakimś zatomizowanym tworem, przeciwnie – Polyptych stworzył spójną całość, która mieni się jednak różnymi odcieniami. Osobiście nie lubię godzinnych płyt death metalowych, więc to trochę mnie uwiera, ale sama muzyka moim zdaniem broni się całkiem poprawnie.
Bardzo ciekawa to płyta, choć pewnie osoby nastawione na bardziej klasyczne granie mogą czuć się czasem zmęczone ilością pomysłów. Warto jednak dać szansę Amerykanom i zapoznać się z tym krążkiem – kilku osobom może przypaść do gustu.
Ocena: 7/10
Tracklist:




