Wydawca: Metal Blade Records

Chryste Panie, jak ja bym chciał być długonogą, szczupłą, dwudziestoletnią metalówą o ślicznej buzi. Na takich najładniej leży merch Midnight. Naprawdę. Niestety, jestem trzydziestosześcioletnim typem, któremu daleko do setek lajków na inście.

Ale to Motörhead black metalu zawsze mi się podobało, nie ważne kto by nosił lub nie nosił ich koszulek opiętych na biuście (mmm…. cycunie.) A tym szczęśliwszy jestem, że oto w końcu wyszła płyta Midnight, która faktycznie mi się podoba. Bo ja uwielbiam ich wczesne materiały, bardzo siadł mi ich debiut, ale już dwa kolejne albumy studyjne to tak w sumie nie odbiły się większym echem w moim domostwie. Złe nie były, ale nie wracałem do nich wyjątkowo często. „Rebirth in Blasphey” to dla mnie więc faktycznie takie trochę odrodzenie. Na pierwszy rzut ucha – przecież muzycznie nie zmieniło się to Midnight wiele. Ale rzućcie uchem po raz drugi to usłyszycie, że jednak jakby więcej u nich życia, riffy lepiej zapadające w pamięć i generalnie – obecna forma Midnight porywa mnie w większym stopniu. Lubię u nich tę buńczuczność, prostotę, którą zamieniają w bezapelacyjny atut, choć wcześniej ich utwory miały tendencję do – że tak się wyrażę – krótkiego terminu spożycia. Odsłuchane raz, drugi i piąty i płyta lądowała na półce. Nie czułem potrzeby ponownego odpalania. „Rebirth in Blasphemy” wałkuję już zdecydowanie dłużej i nie nudzi mi się. Niby wszystko po staremu, ale jednak pierdolnięcie tym razem jakieś wyraźniejsze – szczególnie, że Midnight ma swój własny styl, choć oczywiście opiera się on na czerpaniu garściami z zespołów pokroju Venom, Motörhead, GG Allin i masy, masy innych. Ale nie ma co narzekać i rozkładać tej muzyki na atomy – ona ma być podkładem do picia, imprezowania, szybkiej jazdy samochodem,(bo chyba nie mówiłem o piciu, prawda?), a jak się komuś uda to i pewnie się musi przy tym super ruchać. A, no i do picia.

Midnight wróciło do dawnej formy, przynajmniej w mojej opinii. „Rebirth in Blasphemy” jest albumem, który po prostu chcę mieć na półce i wiem, że wcześniej czy później to nastąpi. To tyle.

Ocena: 8/10

Tracklist:

1. Fucking Speed and Darkness
2. Rebirth by Blasphemy
3. Escape the Grave
4. Devil’s Excrement
5. Rising Scum
6. Warning from the Reaper
7. Cursed Possessions
8. Raw Attack
9. The Sounds of Hell
10. You Can Drag Me through Fire
Oracle
19341 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Chainlacing „Messuage”Recenzje

Chainlacing „Messuage”

BartBart18 września 2026
Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”Recenzje

Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”

OracleOracle16 września 2026
Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026

Skomentuj