Wydawca: Osmose Productions

Trzy lata minęły od ostatniego krążku płockiego Kingdom. W międzyczasie zdążyli oni wypłynąć na przestwór muzycznego oceanu, bo pod swoje skrzydła przyjęło ich Osmose Productions, w efekcie czego zaintrygowany czekałem, jak wypadnie ich najnowszy wyziew, było nie było, odgrywany już na poziomie światowym. Nie zawiodłem się. Jest doskonale.

„Primeval Cult of Strength in the Womb of Suffer” to siódmy pełniak tych wojowników, a szybki rzut oka na fajną okładkę, autorstwa wspaniałego Maćka Kamudy, oraz tytuły kawałków, nasuwał konkluzję, że ktoś tu ostatnio tęgo łoił w Warhammera 40k. Warto wspomnieć, że w tym roku wyszedł już trybut dla Boga Krwi spod rączek rodzimego Chainsword i choć również jest to nienajgorszy album, to jednak Kingdom wdeptuje bezlitośnie konkurencję w ziemię. Przede wszystkim riffy. Bezlitosny, soczysty wpierdol, który pozostawia trwałe ślady na ciele, przy czym riffy nie są jednakowe, a znajdzie się lekkie zwolnienie, czy nagle gwałtowne przyspieszenie, jak w przepysznym „Womb of Suffer”. Do tego świetna praca perkusji, która z jednej strony jest schowana gitarami, ale wybija się na tyle wyraźnie, by słuchacz mógł docenić jej pracę. Propsuję też podwójne wokale. Jeden, charczący i skrzekliwy, jakby oderwany w ostatniej chwili od nagrywki black metalowego wyziewu, a drugi ciężki i bulgoczący niczym rzeka krwi. Przy tym drugim przy tym miałem przyjemne skojarzenia z wokalami z Dying Fetus, więc tym lepiej. Nie sposób również pominąć solóweczki, które pięknie się wpasowują w gloryfikację przemocy, przy czym apogeum następuje w dwóch ostatnich kawałkach, czyli „Devils Warmonger”, gdzie zajebiście bujający riff przechodzi w tak dokurwioną solówkę, że miałem szczękę przy ziemi. TEJ ZIEMI! Drugim z kolei jest „Blood God” będący absolutnie dojebanym hymnem przemocy. Totalnie widzę, jak publika pod sceną będzie skandować hasło przewodnie, a to raduje Khorne’a. Całość wieńczy elegancko wykonany cover Deicide. Bardzo ładnie Panowie.

Pochwalić należy też brzmienie, bo dźwięk jest przepyszny. Słychać każdy detal, ale jest ta nuta surowości.

Wad tu nie znajduję, choć muszę wskazać, że przede wszystkim nie jest to jakieś turbooryginalne granie, które urośnie do Mesjasza Death Metalu. To jak te pierogi ruskie, które wszyscy znają, ale są pierogi i pierogi. Pierogsy od Kingdom, to bestia smaku z doskonale dobrymi proporcjami farszu, odpowiednio pieprzne, jak również z solidnym, ale nie za grubym ciastem oraz okraszone gęsto cebulką oraz śmietaną. W konsekwencji dostajemy danie może nieoryginalne, ale za to zajebiście podane i będziemy chłonąc dokładka za dokładką.

Warto. Zajebiście warto.

Bart
776 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Chainlacing „Messuage”Recenzje

Chainlacing „Messuage”

BartBart18 września 2026
Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”Recenzje

Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”

OracleOracle16 września 2026
Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026

Skomentuj