Wydawca: Rusty Cage Records
Z taką nazwą to ja już myślałem, że kapela z Argentyny napieprza nam tu jakiś chrześcijańsko – oazowy pseudo metal, dla chłopców, którzy to chcą mocnej muzy, ale i do nieba z chęcią by poszli, co by babcia z mamą zadowolona była. Ale chyba nie jest aż tak źle, tyle że nazwa nie trafiona…
Jesusmartyr (albo Jesus Martyr, bo spotkałem się z oboma nazwami i nie wiem tak do końca która jest obowiązująca) to czterech companieros z Argentyny, którzy prawie piętnaście lat temu połączyli swe siły, by grać muzykę na pograniczu thrash i death metalu. Jednak wszelkich oldskulowych maniaków muszę zawieść – nie znajdziecie tu żadnych staromodnych zagrywek, a raczej świeższe spojrzenie na tą stylistykę. Mamy tu bowiem wyraźne wpływy takich zespołów jak Pantera, Machine Head czy Fear Factory, szczyptę Slayer i dość dużą domieszkę tych melodyjnych, metalcore’owych zespołów, których nazw nie wypowiadam bez skrzywienia. A słychać je na przykład w drugim na krążku „Moonvalley”. Rozpoczyna się agresywnie, z pazurem i kłem, coś tak pod nasz rodzimy Virgin Snatch, jednak gdy następuje moment refrenu, to nagle okazuje się, że te kły i pazury są tak groźne, jak u Tygrysa Chestera… No niestety, tak jakoś to brzmi naiwnie… A szkoda, bo chwilami zespół gra całkiem konkretnie, może nie przekracza granic ekstremy, ale jakiegoś kopa to ma. Dopóki nie wplotą w to jakiegoś motywu kojarzącego się raczej z „mocnym uderzeniem” rodem z MTV niż z metalową napierdalanką. Po prostu to wszystko takie plastikowe mi się wydaje. Może gdyby produkcja nie była tak czysta (aha, a babcia miała wąsy…) to byłoby to dla mnie jakoś bardziej strawne. A tak to czuję się, jakbym zamiast porządnej wyżerki, złożonej z dwóch dań, dostawał na obiad olbrzymią pakę chipsów – człowiek raz się napcha, ale dalej w sumie głodny, a po większej dawce po prostu się porzyga z nagromadzenia tych wszystkich sztucznych dodatków. Taki „High At The Holy City” ma wstęp ewidentnie zerżnięty z Pantery, rozwinięcie podchodzące pod „Against” Sepultury, i pomimo, że odegrane z porządną szybkością, to i tak nie robi to na mnie większego wrażenia. A najgorsze jest, że całą „The Black Waters” taka jest.
Po pierwszym przesłuchaniu pomyślałem, że nie jest to takie złe. Jednak im dalej, tym gorzej i trzeci krążek Jesusmartyr zaczął mnie irytować usilnym staraniem się być „trendy”. Do tego dochodzi wspomniana już przeze mnie nazwa i w efekcie tego mamy poniższą ocenę…
Ocena: 3/6
Tracklist:
| 1. | End of the Era (Instrumental) | ||
| 2. | Moonvalley | ||
| 3. | Breathless | ||
| 4. | What Makes You Burst | ||
| 5. | Seed of Evil | ||
| 6. | High at the Holy City | ||
| 7. | Hecatomb | ||
| 8. | Masses Want Dead | ||
| 9. | The Black Waters | ||
| 10. | Motherland | ||
| 11. | Damn the Jesusmartyr |



