Konktakt: Highlow
Jeśli mnie pamięć nie myli, to osobnik z zespołu, który się ze mną kontaktował w sprawie recenzji przyjął postawę „Nas krytyka nie dotyka”, chociaż pewnie w duchu myślał „Jesteśmy tacy zajebiści, że się nie da przypierdolić”, lub „Ej, wysyłamy oryginał, należy nam się pozytywna recenzja”.
Oczywiście to tylko moje domniemania no i jakoś musiałem zacząć. Rzeczywistość jest taka, że jak się uprę, to zawsze się do czegoś przypierdolę. Drugim bezsprzecznym faktem w przypadku materiału Higlow jest to, że pozytywy należą się nie za to, że wysłali oryginał, ale za jego zawartość. Mimo młodości spozierającej ze zdjęć, Panowie radzą sobie nad wyraz dobrze z instrumentarium, które posiadają. Muzycznie rzecz ujmując, gdzieś mi to tak biega między Helloween i Death Angel. Nawet w pewnych momentach ma się wrażenie, jakby Highlow zaanektował riffy z „ The Ultra – Violence” i podpisali się pod nimi obiema rękami. I co z tego? Nic. Fajne, że mają takie wzorce, a nie dajmy na to jakieś niu-sru-coro metalowe gówna. Oracle w czasie konsylium kejosowego dorzucił jeszcze od siebie „taki przyspieszony Running Wild” i ja się z nim spierał nie będę. Kawałek (4 utwory) dość radosnego i w sumie zaawansowanego grania odpowiada mi w pełni. Początkowo nie mogłem przekonać się do wokalisty, ale z drugiej strony, to że nie umie za dobrzez śpiewać w miarę czasu jakoś mocno po uszach nie uderza. Ba, powiem nawet więcej. Można to wykorzystać i zrobić z tego pewnego rodzaju element charakterystyczny dla zespołu.
Reasumując, jeśli chłopakom nie przeszkodzą poważne życiowe zakręty w stylu pójścia na studia, czy znalezienie tej jedynej, przez którą nie poznaje się już kolegów na ulicy, myślę że coś z tego będzie.
Ocena: 7/10
Tracklist:
01. The Scarecrow
02. Clinical Death
03. Dr. Jeckyll
04. D.E.A.D. wanna be?






piłem z nimi