Wydawca: Deformeathing Productions
Tym razem na nową płytę Epitome nie trzeba było czekać osiem lat, a zaledwie trzy. Więc nie jest tak źle, jeszcze dobrze „ROTend” nie zgniło, a tu już Kiszka i kompania dostarcza nam „Goodbye my ROT”.
Jak jest tym razem? W porównaniu do poprzedniczki muzyka Rzeszowiaków (no, powiedzmy) jest bardziej pojebana i połamana. Jakbyśmy wrócili do czasów „eROTicon” – jest brutalne szaleństwo, uwypuklane dodatkowo przez jebnięte krzyki czy popierdolone partie saksofonu, ale mamy też klasycznie grindowy groove, choćby w takim „Gore”, w którym dodatkowo wjeżdża świniaczkowanie na samym początku numeru i masywne zwolnienie pod koniec. Co prawda czytałem recenzję, w której recenzent usłyszał na najnowszej płycie nawet elementy… melancholii, ale raczej nie podzielam tegoż wrażenia – widać bierzemy inne narkołyki i szczerze to nie chciałbym mieć jazdy przy której jakikolwiek element muzyczny Epitome brzmiałby melancholijnie, bo co ja bym zrobił potem przy My Dying Bride?
Dobra, wracając do moich odczuć względem „Goodbye My ROT”, wydaje mi się, że zespół chyba dobrze zrobił, nawiązując do swojej wcześniejszej twórczości. Zawsze lubiłem saksofon w ich twórczości, nie obraziłbym się też, jakby znów zabrzęczałą tu i tam wiertarka lub zadudnił młot pneumatyczny czy inne urządzenie do robienia hałasu. A równocześnie mam wrażenie, że mimo tych elementów, „Goodbye My ROT” jest bardziej bezpośrednia i prostsza, przynajmniej w wielu fragmentach. Słucha się tego zajebiście, a to najważniejsze.
Jak więc widzicie, u Epitome wszystko po staremu. Nakurwiają jak szaleni, nowego albumu słucha się bardzo dobrze, może właśnie dzięki temu połączeniu wariactwa z wcześniejszych wydawnictw z prostotą i bezpośredniością znaną z „ROTend”. Szczególnie death/grindowe freaki będą zadowolone.
https://www.facebook.com/SupeROTic
http://www.deformeathing.com/





