A dziś na wierzchu płytek do recenzji pojawiło się Endless Recovery z Grecji. Co to? A thrash metal.
I to thrash metal w stylu debiutanckiego krążka Slayer. Nie tylko po doborze coveru słychać, że na „Liar Priest” młodzieniaszki wzorują się właśnie na wczesnych dokonaniach Tomka i reszty – całość jest bardzo surowa, prosta i dzika. Produkcja wzorowana na „Show No Mercy”, wokal – jakby wydarty z gardła Arayi. Choć nad wokalem można by trochę pomyśleć, czy czegoś tutaj nie zmienić – no kurde, słychać, że gość chce śpiewać jak Tom, ale na przyszłość może to być problem, bo po prostu ludzie zaczną postrzegać Endless Recovery jako tibute band jednego albumu. Na upartego słychać tu oczywiście i inne inspiracje, jednak to z tym krążkiem najbardziej kojarzy mi się cała twórczość Greków. Czy to źle? Nie do końca (wszak to Slayer) zwłaszcza, że to młodzi muzycy i wierzę, że z czasem inkorporują więcej inspiracji. Czas pokaże.
Słucha się tego przyjemnie, ale bez szału, nie urywa moszny, ale zęby też nie bolą. Jak na debiutanckie wydawnictwo jest okej, a do tego ładnie wydane.
Ocena: 6,5/10
Tracklist:
| 1. | Damned Desires | ||
| 2. | Power of Hate | ||
| 3. | Handicapped Corpse | ||
| 4. | Liar Priest | ||
| 5. | Black Magic (Slayer cover) |




