Sezon koncertowy już rusza z kopyta, to można zacząć szaleć. Wybrałem się więc do Krakowa, bo miał się tam odbyć całkiem przyjemny koncert, do tego w doborowym towarzystwie.
W ex-stolicy byłem jakoś koło siedemnastej. Idealny czas, by na luzie dojść do Klubu Zaścianek, zahaczając po drodze do Kaffe Bageri Stockholm na smaczną kawusię oraz ich dojebaną po skurwysynie kardamonkę (punkt obowiązkowy, gdy się odwiedza to miasto!). Sam klub okazał się być skryty w gnieździe studentów. Na miejscu zbicie piątek z bdb kolegami, ćmik i można wbijać do środka. W Zaścianku jeszcze mnie nie było, więc przyznam, że klub robił przyzwoite wrażenie. Spora sala, godnych rozmiarów scena, a i znalazł się jeszcze kącik dla straganów z merchem, gdzie przyczaił się Eryk z Old Temple. In plus zaliczam też doskonale zaopatrzony bar, dzięki czemu mogłem zaopatrzyć się w pieniste. Dopiłem je akurat, gdy na scenie pojawił się wieluński Hellspawn.
Oj tak Byczqu +1. Tych rozrabiaków widzę już któryś raz i jest coraz lepiej. Czuć, że są w szczytowej formie i nie zasługują już na stanie na uboczu krajowego death metalu. Jak przyjebali tym swoim okrutnym śmierć metalem, to aż ściany popękały. Riffy odchodziły potężne, do tego ta nieludzko napierdalająca perkusja. No i wokal. Ciężki, grobowy, tak jak Pan Jezus powiedział. Nie było żadnej zbędnej konferansjerki, tylko nieludzki wycisk. Serio, jeśli nie znacie Hellspawn, to koniecznie nadróbcie, szczególnie jeśli nadarzy się okazja wbić na koncert w okolicy. Nie zawiedziecie się.
Po tak srogiej dawce przemocy należało ukoić emocje, co przełożyło się na kolejne piwo. W międzyczasie na scenie rozstawił się krakowski Cień.
Szczerze mówiąc mój stosunek do ich muzyki jest zmienny. Dotychczas musiałem mieć po prostu dzień, by słuchać ich depresyjnej odmiany czarnego metalu, choć robili to nieźle. Wspomnieć tu należy, że hord doznał paru zmian i wraz ostatnią, wydaną w zeszłym roku płytką, wpłynął na nowe wody, co pokazano tego dnia na scenie. Nadal mamy tu słyszalny depresyjny pierwiastek, ale pochwalić należy, za zapuszczenie się dużo głębiej w rejon black metalu. Riffy naprawdę robiły robotę, choć mogliby się pokusić, by były nieco bardziej plugawe. W szczególności, że pasowałoby to doskonale do ich nowego wokalisty, Asghana, który przeniósł Cień o poziom wyżej. Osobiście byłem mile zaskoczony tym występem, a wspomnę jedynie, że więcej ludzi zebrała chyba tylko Arkona, a i wtedy tak entuzjastycznie nie reagowano pod sceną. Pod koniec występu taktycznie udałem się uzupełnić płyny, po czym szybki powrót na miejsce, bo nadciągała Arkona.
Arkona jest niczym kremówka. Znasz takiego, co jak mu powiesz „Ej stary, idziemy na Arkonę”, to on ci mówi „Nie stary, nie lubię Arkony”? Można mieć nieco przesyt ich graniem, ale nigdy nie jest tak, ze jest chujowo. Pewnie, ich ostatni płyt mnie nie porwał, ale na żywo zawsze było godnie. Misterium rozpoczęło się od „Among the Wolves”, którego dodatkowo elegancko wyświetlał się klip zmontowany z „Draculi” od Coppoli. A ja miałem szczękę przy ziemi, bo takiego jebnięcia się nie spodziewałem. Tam żarło wszystko, przynajmniej dopóki nie wjechały sample, które całkowicie burzyły klimat. No ale, nie może być cały czas za dobrze, bo się człowiek przyzwyczai. Publika pod sceną szalała, a hord wjechał z „Age of Capricorn”, a ja byłem zaskoczony, że płyta, która tak mnie wynudziła w odtwarzaczu brzmiała tak dobrze na żywo. Dalej wjechała „Ziemia”, a zaraz po niej akurat pod nadchodzącą wiosnę „Śmierć i Odrodzenie”. Sięgnięto też po klasyk „Zasypiając w Strachu”, a na bis poleciało „Lunaris” (choć szkoda, że „Nie dla mnie litość”). Konkludując, Arkona rozjebała w ten wieczór. Poziom, jak zawsze, bardzo wysoki i jedyne, na co mogę osobiście pomarudzić, że nie poleciało więcej staroci np. „Zrodzony z Ognia i Lodu”, czy „Pluję na Twą Marność Psie”. Fanów uspokoję jednak, że w kuluarach udało mi się wywiedzieć, że jest zamysł grania większej ilości starych kawałków na następnych koncertach, więc bądźcie czujni.
Ostatnie miało grać czeskie Inferno. Opinie o tym hordzie słyszałem różne, ale ostatnio dość mocno je chwalono. Niestety z powodu obowiązków redaktorskich (wyjątkowo nie było to picie wódki na zmianę z piwem) większość występu mi odpadła. Wróciłem jakoś na ostatnie piętnaście minut, ale to mi wystarczyło. Bo z czym miałem do czynienia? Dziwaczny, popierdolony black metal. Dobry akurat pod tę późną porę, ale byłem na takie granie zbyt trzeźwy, a i botanikaliów żadnych nie zażyłem, by przenieść świadomość na wyższe plany egzystencji. Inferno uważam więc, za coś godnego uwagi, ale wymagającego specyficznego podejścia.
Po wszystkim pozostało pomóc dopić kolegom trunki, poskładać manele i przenieść się na afterparty. Sam koncert oceniam na bdb. Nagłośnienie tylko momentami kulało, ale to były tylko krótkie epizody. Solidna, syta porcja metalu, która przyjemnie robiła każdemu maniax. Oby więcej takich gigów, a kto nie był ten trąba!






