Wydawca: Me Saco Un Ojo Records/Rotted Life
Pamiętam, ze debiut kanadyjskiego Decryptal ładnie pozamiatał głodnych śmierć metalu maniaków. Dlatego też, gdy po kilku latach pojawił się oficjalny pełniak, to aż zatupałem nóżkami z ukontentowaniem.
I nie zawiodłem się. Po krótkim, klimatycznym wstępie wjeżdża to, co tygrysy lubi najbardziej. Bezlitośna nawałnica riffów oraz perkusji spada na słuchacza, jak lawina, czemu wtóruje grobowy wokal, doskonale pasujący do tych dźwięków, a w tle brzdąka złowrogo basik. Chwalę też mocno, że tu się dużo dzieje, bo kawałki nie są jednostajne. Są zmiany temp, riffy potrafią być połamane, jak pechowy narciarz, a i jak wjeżdżają solówki, to są naprawdę pyszne, jak choćby w drugim kawałku. No MJUT. Całość kreuje pokręcony, podlany lekką nutką obłędu klimat, co tylko działa na korzyść albumu.
Są też wady, a w zasadzie jedna. Ja o nim nie pamiętam. Podczas słuchania cmokam z uznaniem, jest pysznie, ale gdy płyta się skończy, to chwilę później niezbyt pamiętam, jaki był na niej riff, czy jak dobre motywy tam się przewijały. A to chyba nie o to chodzi. Powinienem jeszcze spory kawałek czasu ociekać mrokiem oraz riffami, a nie zachodzić w głowę, co tam było. To chyba nie tak.
Konkludując, mam mieszane odczucia. „Simulacre” słucha się wybornie i podczas uczty naprawdę wbija się do topki tego roku, jednakże ta płyta żadną miarą nie zapada w pamięć, co kreuje spory zgrzyt, w mojej ocenie. Niemniej, polecam ten soczysty kawałek zgnilizny.




