Wydawca: Third I Rex
Kilka miesięcy temu recenzowałem split czterech kapel i pamiętam, że Barbarian Swords był chyba najlepszą pozycją ze wszystkich hord zamieszczonych na tamtym kawałku plastiku. A jakiś czas temu zawitał do mnie listonosz, z wesołym okrzykiem „Ola Oracle!” i zostawił najnowszy album Katalończyków.
Więc po ustawowym odleżeniu co swoje zabrałem się ostatecznie za opis „Totemic Anal Turbofucker”. Wesoły tytuł, prawda? Jednakże należy pamiętać, by podczas seksu od tyłu być z tyłu, to taka uwaga na marginesie. A wracając do muzyki – Barbarian Swords w dalszym ciągu miesza różne gatunki, ale chyba powoli gdzieś to się im zaczyna klarować, bo na niniejszym albumie prym wiedzie szybki black metal wymieszany z thrash metalową szybkością i punkową prostotą. Brzmi zachęcająco? Poniekąd. Sam bardzo lubię taką prostotę w metalu, no tyle że owa prostota musi się przekładać w ogień czy coś. A u Barbarian Swords to takie trochę napierdalanie dla napierdalania, coś jak oglądanie pornola, gdzie koleś jedzie przez piętnaście minut laskę na misjonarza, bez jakichkolwiek urozmaiceń. Niektórych to może podnieci, ale większość zapewne wynudzi. I ja się do tej drugiej grupy zaliczam. Do tego jeszcze łopatologiczne tytuły w postaci „How to Destroy Christianism” (skoro wiedzą, to na co czekają, do kurwy nędzy?), „Jesus the Pederast” czy „Pig Crap Shitty Christ”. Jeśli to żart i mrugnięcie okiem – można to było zrobić w lepszym stylu. Jeśli na poważnie – trochę współczuję.
Generalnie – album na jedno, dwa odsłuchania i więcej nie trzeba. Przynajmniej w moim przypadku. Sprawa wygląda tak, że płyta wędruje na półkę z napisem „Sprawdzić za pięć lat, czy coś się zmieniło”.
Ocena: 6/10
Tracklist:




