Wydawca: Defense Records
Amoclen leczy zakażenia bakteryjne – tak powiedział mi chat gpt, gdy zapytałem go, o chuj chodzi z tą nazwą. Myślałem, że znajdę ich na Metal Archives, ale tam ich nie ma. Spoko, ważne, że jest Szczerzyca i inne gówna.
Poza tym nie wiem, co tam się odpierdala na okładce, ale że moja firma zapewnia dostępność osobom niewidomym, obrazek ten znajduję ciekawym i zapewniającym nowych klientów. Chyba, że to fejk. No dobra. Przejdźmy do konkretów. Amoclen i ich album „Grindcorization”, jak sama nazwa wskazuje, nakurwia grindcore. Po zdjęciach wewnątrz, tekstach i tak dalej, możemy wywnioskować, że to taki nie do końca poważny grindcore. W sumie nie spotkałem się jeszcze z zespołem, którego numery po prostu opisywałyby działanie danego leku. A tak to właśnie działa na „Grindcorization”. Krótkie, szybkie numery napisane w klasycznym grindcore’owym stylu, opartym o wczesne Napalm Death, Nausea czy też późniejsze nazwy. Niby totalnie nic nowego, a przyznam się Wam, że przy kilku kawałkach złapałem się na tym, że stopa chodziła mi jak szalona, wybijając wraz z Amoclen opętańczy rytm. Żeby klasyce stało się zadość całość przetykana jest jakimiś samplami, trudnymi dla mnie do identyfikajci, ponieważ są po czesku lub słowacku.
Ale całość brzmi zaskakująco dobrze, choć oczywiście skierowana jest raczej do publiczności która namiętnie odwiedza najdziwniejsze grindcore’owe spędy. Nie ma tu się co bardziej rozpisywać ponadto. Oink!




