Wydawca: Godz ov War Productions
No cóż, najoryginalniejsze w tym zespole to zdecydowanie pseudonimy muzyków stojących za Wrath Division Jeśli jeszcze ktoś z Was nie sprawdzał, polecam wygooglowanie – bo wątpię, że ktoś weźmie do ręki atlas geograficzny i będzie kartkował te współrzędne.
No ale przecież my na Kejosie to nie zbieramy się dla oryginalności, a przynajmniej nie zazwyczaj. I może i słusznie, bo na „Barbed Wire Veins” zasadniczo próżno jej szukać. Do meritum jednakże. Rzeczony album to debiut tego projektu, który siecze, rżnie, pali i miażdży przy pomocy syntezy black/death metalu z elementami doom metalu. Z jednej strony na siłę chce się wciskać ten zespół w szufladkę „rżną jak z Ross Bay” i faktycznie śmierdzi mnie to wszystko gdzieś tam Conqueror, ale z drugiej strony wjeżdżają też takie totalnie zmulone zwolnienia jakby zmiksował Winter z Shadow of the Torturer. Co mi akurat pasuje. Generalnie to tych morderczych wolnych temp jest tutaj naprawdę sporo. I z jednej strony mogę śmiało rzec, że Wrath Division to kawał sonicznej annihilacji, a z drugiej, że jeszcze chyba nie pokazali do końca, na co ich stać. W sensie takim, że czuję iż potrafią dokonać tej anihilacji jeszcze skuteczniej i bezwzględniej. Nie, żeby na „Barbed Wire Veins” było lalusiowanie – po prostu chwilami dochodzę do wniosku, że to zniszczenie chwilami jest zbyt monotonne – tak jakbyśmy używali w samochodzie tylko pierwszego i piątego biegu. A wierzę, że da się pogodzić ultra brutalny wpierdol z większą finezją. Jednakże – jak na pierwszy raz czuję się niemal zaspokojony.
Niemal. Ale liczę, że przy kolejnym razie zostanie już pozamiatane dokumentnie. Do tego czasu jednak i tak zalecam odsłuchanie tego albumu przynajmniej raz dziennie, w ramach codziennej dawki mizantropii.
Ocena: 7/10
Tracklist:




