Nie słyszałem wcześniej o Wij, ale podesłano mi sugestię, że warto się z nimi zapoznać. Jakoś sobie o nich zapomniałem, ale wkróce potem Jacek Drabicki puścił ich w EpiCentrum Rzeszów i kurwa – spodobało mi się. Przynajmniej to, co usłyszałem. Stwierdziłem więc, że nie ma co odkładać odsłuchu na później.
Może się nie znam, ale wydaje mi się, że w Polsce szufladka Wij nie jest jakoś mocno eksplorowana. Przecięcie hard rocka i protometalu – młodzież się tym raczej nie interesuje, mało tu Szatana. Z drugiej strony – Wij nie wyglądają mi na licealistów. Dwóch muzyków i nieprzeciętnej urody wokalistka (co do urody mężczyzn wypowiadał się nie będę bo się nie znam) tworzą naprawdę fajną muzykę – nie wyobrażam sobie, że ktoś kto katuje wczesne albumy Black Sabbath może mieć wyjebane na ten zespół. A jeśli już w ogóle zagłębiliście się bardziej w tego typu granie i na ten przykład nie są dla Was obojętne nazwy w stylu Bang!, Toad, Fuzzy Duck, czy też rzeczy może z polskiego poletka – Grupa Stress albo Nurt, anyone? – koniecznie sprawdźcie sobie Wij. Zespół fajnie imituje brzmienie z lat przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a kolejnym jasnym punktem jest wokal – bardzo fajny, czasem figlarny, czasem mocny, pewne jest, że dziewczyna umie nim operować i lubi kombinować. Fantastycznie zgrywa mi się to z muzyką. Szkoda by było, gdyby i Wam umknęła ta płyta, gdyż „Dziwidło” to przede wszystkim świetna dawka niezobowiązującego rocka, z którego wręcz paruje klimat lat siedemdziesiątych. Mnie kupili.
A jeśli ktoś twierdzi, że wcale nie jest tak, że Wij to jedyny przedstawiciel tego rodzaju grania na polskiej scenie, to niech podrzuci kilka nazw. Chętnie się im przysłucham. Póki co puszczę sobie raz jeszcze „Dziwidło”.
Ocena: 8/10




