Wydawca: Cult Never Dies Records
Ja Cię pierdolę, za przeproszeniem – kto wpada na pomysł wypuszczenia pełnowymiarowej płyty black metalowej, która trwa siedemdziesiąt pięć minut? Pokażcie mi dorosłą osobę, która dziennie dysponuje wolnymi siedemdziesięcioma pięcioma minutami pod rząd…
A panowie z angielskiego Heathen Deity nie mieli z tym problemu i na album o nazwie… uwaga… „True English Black Metal” wsadzili właśnie tyle muzyki. Powiem Wam, że ten prawdziwy angielski black metal brzmi bardzo jak prawdziwy skandynawski black metal. To trochę jak z muzeami w Wielkiej Brytanii. Są zajebiste. Ale gdyby się nie nakradli, to mieliby może z 10% obecnych zbiorów. No ale nie ważne, przejdźmy do muzyki. Jak więc możecie się domyślać, zespół nakurwia sobie chemicznie czysty black metal, któego największą wadą jest wtórność. I to wtórność o negatywnym zabarwieniu – bo są zespoły, które fajnie grają, mimo że totalnie kopiują innych. No i Heathen Deity też gra tak, że w każdym momencie możemy rzec – o, a ja to słyszałem na „Aske” a to „Dark Meieval Times”, natomiast to jest zerżnięte z „Vempire”. I spoko, nie miałbym problemu, gdyby Heathen Deity nagrało taką płytę i trwałaby ona powiedzmy trzydzieści pięć minut. Ale siedemdziesiąt pięć minut to gruba przesada. Szczególnie, że – uwierzcie mi – ni cholery nie pamiętacie po odsłuchu tej płyty, a czas poszedł w pizdu. Bo nawet jeśli nie jest to jakaś tragedia to w takiej kumulacji jest to ciężkostrawna płyta. Po prostu się zanudzicie.
Jakby to podzielili na przykład na EPki i każda miała by po niecałe dwadzieścia minut to po pierwsze, starczyłoby im materiału na najbliższe cztery lata, po drugie – słuchałoby się tego zdecydowanie lepiej. A tak to weź to na raz. No kurwa, nie da się.
Ocena: 5/10
Tracklist:




