Wydawca: Wolfspell Records
Trochę mi to zajęło, nie miesiąc, ani nie dwa, a o wiele dłużej. Tak to jest, praca, druga praca, i inna praca, polskie realia. Sumienie gdzieś tam głęboko mnie gryzło i przypominało o zaległych materiałach. Dobra ale koniec z tłumaczeniem, bo jakiś czas temu Wolfspell Records wydało „What Once Was Beautiful” Hermóðr i jest to dobre.
Tak, dzisiaj znów będę się spuszczał nad muzyką Hermóðr, więc jak ktoś wcześniej nie był do nich przekonany niech sobie od razu odpuści. Na tej płycie mamy ten sam styl co wcześniej, powolny, klimatyczny black metal. Z klimatem raczej północno skandynawskim, zimnym, z mroźnymi powiewami arktycznych wiatrów. Gdzieś tam przy jakieś recenzji Oracle stwierdził, że muzyka idealna dla ludzi, którzy lubią samotnie człapać po lesie, coś w tym jest, ale w domu też się przyjemnie tego słucha, ja traktuję to trochę jak muzykę relaksacyjną hehe, wyobrażając sobie zimowe pejzaże. Kompozycje jak na zespół przystało są długie, melancholijne, surowe i zimne, czyli nihil novi sub sole. Wokale typowo black metalowe, bez żadnych udziwnień i czystych wstawek (no oprócz chórków czy czegoś w ten deseń). Mnie w tej muzyce hipnotyzują gitary i tak naprawdę to one robią tu największą robotę, a wsłuchując się w wybrzdękiwane dźwięki można wpaść w trans i odpłynąć, a melodie te w pewnym sensie są piękne, albo były kiedyś jak sugeruje tytuł.
Mi jak zwykle materiał od Hermóðr podpasował, nie napisałem nic o wadach, bo nie i chuj, mnie się tam podoba. Tym co przypasowały poprzednie dokonania, też na pewno wpadnie w ucho, Ci co lubia nakurwiać dla szatana z ukrycia i cienia raczej nie mają co tu szukać, chyba, że odezwie się w nich melancholijna strona.
Ocena: 9/10
Tracklista:
1. The Mountain By The Lake
2. The Escape
3. What Once Was Beautiful
4. The Burning Of One’s Dreams
5. Marshland
6. From The Light To The Darkness
7. Sea Of Emptiness
8. In My Realm
9. When There Is Nothing Left




