Wydawca: Funeral Noise Records
Kurwa żesz ja pierdolę – dlaczego w dobie internetu i informacji dostępnych na kilka kliknięć muzycy wciąż chrzczą swój zespół tak jak uczyniło to już kilkadziesiąt innych grup? Przecież kapel o nazwie Monolith jest tyle, ile wytrysków w dobrym porno.
Ten konkretny Monolith pochodzi z USA i wydał niedawno swój debiutancki krążek. Nosi on tytuł „Against the Wall of Forever”. Przynosi on nam pół godziny power/heavy metalu – przy czym zaznaczam, że ta płytka jest całkiem w porządku. Wokalista ma dość mocny głos, nie pieje i nie piszczy jak kastrowany psiak. Riffy nie kleją się od wszechobecnego cukru, choć rzeczywiście wpadają w ucho i można je zapamiętać już po drugim przesłuchaniu (potwierdzam). Muzycznie Monolith można nazwać spadkobiercami Gamma Ray, Helloween, Primal Fear i tego typu zespołów. Czyli nie jest źle, o ile ktoś toleruje tego typu muzykę. Od całości odstaje trochę „Kindly Dr. Jest (The Interrogator)”, który naznaczony jest duchem Danzig. Zasadniczo więc Monolith jak widać odwołuje się raczej do klasyki, a wiadomo – z klasyką to ja raczej nie mam problemów. Dodatkowym plusem jest fakt, iż zespół nie wjebał na krążek godziny muzyki (a to często bolączka heavy metalowych kapel, że jak się uprą to krążek wypełnią po brzegi muzyką, nie ważne czy dobrą czy nie) i może z uwagi na to właśnie „Against the Wall of Forever” słucha się dobrze.
Jak znam jednak życie to tym albumem i tym zespołem pies z kulawą nogą się nie zainteresuje. Trochę szkoda, bo zdecydowanie większe gówna skupiają na sobie uwagę, a solidne metalowe łupanie gdzieś tam sobie egzystuje na boku…
Ocena: 7/10
Tracklist:



