Jak tylko zobaczyłem, że jest możliwość zrecenzowania najnowszej pozycji Fetid Zombie to ucieszyłem się bardzo, bo znam ten zespół i ich albumy (przynajmniej te, które dane mi było słyszeć) są bardzo fajne. Czym prędzej odpaliłem więc „Grotesque Creation” przygotowany na ucztę.
I kurwa nie mogę powiedzieć, żebym sobie pojadł… Co to jest? Sprawdziłem, że włączyłem dobry album i wszystko jest w porządku. No niestety – to jest płyta Fetid Zombie. Z krwawej, oldschoolowej death metalowej rzeźni zespół poszedł w stronę jakiegoś miksu melodyjnego death/thrashu wymieszanego z elementami heavy metalu i greckiej sceny black metalowej… Kurwa, takie rozczarowanie. Brzmi to tak jakby Kam Lee wskoczył na wokale do Rotting Christ i razem nagrali album silnie inspirowany heavy metalem a’la Mercyful Fate. Ja wiem, że to może i nawet brzmi interesująco, ale w praktyce nie da się tego słuchać. Próbowałem przebrnąć przez ten krążek trzykrotnie i jest to bardzo ciężka przeprawa. Może gdyby Mark Riddick zdecydował się nagrać coś takiego pod innym szyldem, a nie Fetid Zombie byłbym bardziej wyrozumiały, a tak… Ni chuja nie trzyma mi się to kupy, nie pod tą nazwą. Gdy porównuję sobie ten album do dwóch pierwszych krążków to jakbym słuchał dwóch różnych zespołów. I mimo że z czasem jakoś tam się „Grotesque Creation” broni to cały czas czuję się rozczarowany tym albumem. Gdyby ktoś mi go podrzucił i powiedział „posłuchaj”, ale nie zdradził przy tym nazwy zespołu, za cholerę bym się nie domyślił.
Powiem więc tak – jako płyta Fetid Zombie – jest to całkowite rozczarowanie. Jako album metalowy – jest już trochę lepiej, ale bez rewelacji. Ogólnie rzecz ujmując zachwycony nie jestem.
Ocena: 5/10
Tracklist:





