Wydawca: High Roller Records
To miło, że są zespoły kultywujące tradycję płyt koncertowych – co zresztą napomknąłem przy okazji niedawnej recenzji Kadavar. Teraz podwoję moje peany, bo Desaster przedstawia podwójną płytę koncertową!
Ten piękny zapis gigu w Bamberg Desaster rozpoczyna opisem w booklecie… Mniej więcej takim: „Wyobraźcie sobie czasy bez internetu i MTV, z trzema kanałami w telewizji na których starzy oglądali teleturnieje zamiast rzadkie rockowe teledyski.”. Zawsze wydaje mi się, że takie płyty powstają z myślą o tych ludziach, którzy mają w dupie oglądanie koncertów na YouTube – starcyh wyjadaczy i oddanych maniaków. „Live in Bamberg” to taki prezent od maniaków dla maniaków – znajdziecie tu pełen zapis koncertu, łącznie dwadzieścia trzy kawałki z całej kariery Desaster, odegrane z ogniem, siarką, brzękiem metalu i oddaniem dla Diabła. Kurwa, jak goście zapierdalają tutaj takim „Phantom Funeral”, „Satan’ Soldiers Syndicate”, „Hellbangers” czy „Metalized Blood” to ja mam autentycznie gęsią skórkę. I czuję się tak jak to opisuje Infernal we wkładce, gdy pierwszy raz zobaczył na kasecie video koncert Venom. No dobra, może nie aż tak – ale chodzi mi o fakt, że na „Live in Bamberg” oddany jest duch koncertu, zresztą nawiązujący do wielkich płyt live z lat osiemdziesiątych… Nie ma tu jednak wyciszeń, wycięcia jakichś fragmentów ani nic – czysty, niemal stenograficzny zapis krążka. Z gośćmi, z numerami dla jaj, ale głównie z upierdalającym głowy black/thrash metalem. Desaster udowadnia po raz wtóry, że nie bez kozery dzierży pochodnię czarnego thrashu i niesie ją dumnie. Nawet numery z „The Arts of Destruction”, które jakoś nie do końca mnie przekonywały, na „Live in Bamberg” zyskują na mocy. Piękne wydawnictwo.
Oczywiście każdy maniak Desaster już pewnie je ma w swoich zbiorach, a jeśli ktoś na przykład chce zacząć dopiero poznawanie tej kapeli, to również powinien zacząć od tego podwójnego albumu/ Satysfakcja gwarantowana.
Tracklist:





Żeby było śmiesznie, któryś z gości z Desastera powiedział, że nie lubi płyt koncertowych. Dla niego to tylko „zbędny gadżet, na którym wytwórnia chce zarobić hajs” 😀
A co złego jest w hajsie? Nie lubisz go ? To dam ci nr mojego konta i mi przesyłaj ten niechciany problem. Wszak prawdziwym metalowcom pieniądze potrzebne nie są. Wystarczy im las i mizantropia 🙂