Z tym Neolith, to ciekawa sprawa. Niby mało się o nich mówi, ale jak już wlatuje wieść, wieść, że powrócili z nową płytą, to wiele osób tupie z radości. I nic dziwnego, bo to godny kawał metalu śmierci. O nowej płycie, graniu na żywo oraz emocjach opowiadał obszernie oraz pięknie – Levi. KU LEKTURZE!

ACHTUNK: Z uwagi na jakieś błędy w sieci, zapewne spisek wiadomo kogo, nie mogłem dodać zdjęć, a szkoda, bo Levi ładne podesłał.

B: Hailz! Dwie spore imprezy festiwalowe za Wami! Zmęczeni, czy wprost przeciwnie, zwarci i gotowi, nadal w bitewnych nastrojach?

L: Czołem! Bardzo pozytywnie i bojowo nakręceni. O, tak bym to nazwał. Wiedziałem, że uderzamy ze sporą mocą i zajebistym materiałem, ale przyjęcie na żywo, zarówno na Metal Kommando, jak i SDL przeszło nasze oczekiwania. To, że my byliśmy głodni grania na żywo – było wiadome, ale, że publiczność stęskniła się za nami, to już nie było tak bardzo oczywiste. Oczywiście rozumiem, że być może smaka narobiły te dwa single, które puściliśmy zarówno przed obiema imprezami, jak i premiera płyty, ale w sumie dla każdego zespołu przyjęcie jest w pewnym sensie niewiadomą. Ale tak, obie imprezy były dla nas mega pozytywnym bodźcem do dalszej pracy.

B: Od razu zapytam, nie obawiałeś się grając na Metal Kommando, że Baalzagoth znowu odwali jakąś akcję, po której na organizatora festu posypią się gromy? Po ich tegorocznym wyczynie i nieudolnej próbie odkręcania tegoż, wiem że tu i ówdzie jest pewien niesmak.

L: Trochę nie rozumiem Twojego pytania, jak i ogólnego jechania po Baalzagoth jak po burej suce. Wydaje mi się, że ci, którzy znają motywy i kontekst ich oświadczenia, bo chyba to wzbudziło największe kontrowersje wśród metalowej „elicie”, to chyba już nie jest tak oczywista siara i wiocha jak to niektórzy określili. Osobiście bardzo lubię chłopaków (sic!) z Baalzagoth i cenię sobie ich zaangażowanie do grania jak i same muzyczno-koncertowe osiągnięcia, więc jebie mnie to czy ktoś ma na ten temat inne zdanie. Mało tego, odnoszę wrażenie, że część tej sceny przymyka oko na o wiele większe, że tak to nazwę, niezgodności z metalowo-scenowym saviour-vivre, tylko dlatego, ze to jest czyjś kumpel, natomiast nie ma żadnych oporów by jebać innych, nie patrząc na przesłanki, które mogły kierować kimkolwiek, którzy nie są kumplami. Z wielkim niesmakiem zauważam, ze od jakiegoś czasu pojawiły się na naszej scenie „towarzystwa wzajemnej adoracji”, w których jedni są bardziej true i zajebiści od innych. Dlatego też, nie wiem czy to zauważyłeś, Neolith od dłuższego czasu trzyma się nieco na uboczu tej sceny, idąc własną ścieżką. Zresztą nie zamierzam być adwokatem diabła, bo myśle, że zarówno nową płytą jak i koncertami Baalzagoth się broni doskonale. A wracając do Twojego pytania, to grając czy decydując się na granie na jakimkolwiek koncercie absolutnie nie oglądamy się na innych, nie patrzymy z góry, ani też nie mamy kompleksów. Przez lata udało nam się zagrać z naprawdę wieloma różnymi kapelami i naprawdę rzadko pojawiały się jakiekolwiek scysje, a jeżeli tak to nie wychodziły one od nas. Natomiast grając koncerty patrzymy jedynie na to aby skład i klimat kapel pasował do nas możliwie jak najbardziej.

B: O ile Metal Kommando jest imprezą o nieco mniejszym charakterze, o tyle SDL, to już gruby kaliber. Jak się podobało granie na tak wielkim feście?

L: Summer Dying Loud to rzeczywiście impreza z zupełnie innej półki, zarówno pod względem rozmachu, organizacji, jak i liczby ludzi, którzy przewijają się przez festiwal. Samo granie było dla nas świetnym doświadczeniem i ogromną frajdą. To jeden z tych momentów, kiedy wychodzisz na scenę, patrzysz przed siebie i czujesz, że dzieje się coś naprawdę fajnego. Nie będę opowiadał, że nagle zmieniło to nasze życie, bo graliśmy już wcześniej sporo koncertów i wiemy, z czym to się je, ale oczywiście występ na tak dużej imprezie daje dodatkową satysfakcję. Tym bardziej że mogliśmy zaprezentować materiał z „Inbir”, który aż prosi się o konfrontację z żywą publicznością. Zresztą kilka numerów z nowej płyty zdążyło już pokazać, że na scenie potrafią naprawdę solidnie przyłożyć. Dla nas najważniejsze jest to, żeby koncert miał energię i żebyśmy sami czuli, że daliśmy z siebie wszystko. Pod tym względem SDL zdecydowanie spełnił nasze oczekiwania!

B: Zabawne, jeszcze z dziesięć lat temu pamiętam sarkania, że granie na dużych festiwalach, to oznaka sprzedania się i komercji, a tymczasem obecnie spora część krajowej sceny odbębniła już taki występ, w tym Neolith, że nie wspomnę o zuchach z Voidhanger, Deus Mortem, czy Anima Damnata. Znak czasów, że granica między podziemiem, a komercją przesuwa się, czy raczej wyjebane, bo solidny soniczny wpierdol obroni się i wie, że mimo grania na dużej scenie, nie przebije się do mainstreamu, by grać potem w Pytaniu na Śniadanie?

L: Myślę, że zdecydowanie bliżej nam do tej drugiej opcji. Nigdy nie rozumiałem przekonania, że zagranie na dużym festiwalu automatycznie oznacza sprzedanie duszy diabłu. Jeśli ktoś uważa, że podziemie kończy się tam, gdzie zaczyna się większa scena, to jego sprawa. Dla mnie liczy się przede wszystkim muzyka, podejście i to, czy nadal robisz wszystko na własnych zasadach. Nie widzę powodu, żeby odmawiać sobie fajnego koncertu tylko dlatego, że przyjdzie na niego więcej ludzi niż zwykle. Nie zaczęliśmy grać w Neolith po to, żeby za wszelką cenę trzymać się określonej szufladki, ani tym bardziej po to, żeby kiedyś trafić do telewizji śniadaniowej. Niech sobie mainstream żyje własnym życiem. My robimy swoje. Jeśli przy okazji możemy zagrać na dużym festiwalu, dotrzeć do nowych ludzi i przy okazji spuścić im ze sceny konkretny soniczny wpierdol, to ja nie widzę żadnego problemu. Podziemie to dla mnie przede wszystkim stan umysłu, a nie rozmiar sceny.

B: Widziałbyś możliwość, by Neolith zostało zaproszone na większe zagraniczne imprezy, np. Brutal Assault?

L: Pewnie, że tak! Po części odpowiedziałem chwilę temu na podobne pytanie, więc nie widzę żadnego powodu, żeby z góry zakładać, że takie imprezy są nie dla nas czy też poza naszym zasięgiem. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, jak wygląda dzisiejszy rynek koncertowy i jak wiele zespołów walczy o miejsce na dużych festiwalach. Nie mamy jednak kompleksów ani poczucia, że musimy się przed kimkolwiek tłumaczyć z tego, co robimy. Neolith istnieje od 1991 roku, mamy na koncie sześć albumów, a „Inbir” jest materiałem, z którego jesteśmy naprawdę dumni. Jeśli ktoś uzna, że pasujemy do programu większej zagranicznej imprezy, to z przyjemnością staniemy na takiej scenie. Brutal Assault? Czemu nie! To byłaby świetna okazja, żeby zaprezentować Neolith szerszej publiczności i skonfrontować naszą muzykę z ludźmi z różnych zakątków świata. Nie zamierzamy jednak siedzieć z założonymi rękami i czekać na cudowne zaproszenie. Gramy, promujemy płytę, rozmawiamy z ludźmi i zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi. Najważniejsze, żeby pojawiały się konkretne możliwości, a my będziemy gotowi, żeby je wykorzystać. Inną sprawą jest kwestia tego, że od wielu lat nie jeżdżę już na rzeczony Brutal, bo z perspektywy odbiorcy jest to dla mnie zbyt duża impreza, ale żeby tam zagrać? Myślę, że bym nie odmówił…

B: Zanim przejdziemy dalej dopytam jeszcze, czy osobiście bardziej wolisz grać w klubie, czy jednak granie na wielkim feście, to jest jednak to?

L: Osobiście chyba jednak bliżej mi do klubów. Jest w nich coś, czego nie da się odtworzyć na wielkiej scenie: ten specyficzny klimat, pot, bliskość ludzi, kontakt wzrokowy, emocje, które krążą między zespołem a publiką. Czasem masz wrażenie, że grasz niemal na wyciągnięcie ręki od ludzi, którzy przyszli tam po dokładnie to samo co ty – po szczery, bezkompromisowy metal. I właśnie za to uwielbiam klubowe koncerty. Ale nie będę udawał, że duże festiwale nie mają swojej magii. Jest rozmach, potężne nagłośnienie, światła, energia setek czy tysięcy ludzi i przede wszystkim szansa, żeby dotrzeć do kolejnych mrocznych dusz, które być może wcześniej nie miały okazji zetknąć się z Neolith. A jeśli choć część z nich po naszym występie sięgnie po „Inbir”, to tym lepiej! Nie traktuję tego jako wyboru albo-albo. Klub daje intymność, festiwal – skalę i nowe możliwości. Jedno i drugie ma sens, dopóki na scenie jest prawdziwa energia, a nie odklepywanie kolejnego koncertu.

B: Wspomniałem o sonicznym wpierdolu, więc przejdźmy zatem do głównego powodu tegoż wywiadu, czyli świeżutkiego dziecięcia Neolith, jakim jest „Inbir”. Na wstępie gratulacje z powodu wydania nowego krążka! Z reguły po wydaniu nowej płyty muzycy dzielą się na dwie grupy, tych którzy ocierają łzę dumy z powodu stworzenia pięknej rzeczy oraz tych, którzy uznają, że oto padł kolejny kamień w drodze do ich muzycznego absolutu i pora szukać dalszych pomysłów. Jak jest u Was?

L: Dzięki! Wiesz co, chyba trochę jednego i drugiego. Z jednej strony jest ogromna satysfakcja, bo w „Inbir” włożyliśmy mnóstwo pracy, czasu i emocji. Była krew, pot i łzy, ale też sporo frajdy z samego tworzenia. Kiedy w końcu słyszysz gotowy album, który brzmi tak, jak sobie wyobrażałeś, to trudno nie poczuć dumy. Z drugiej strony nie należymy do ludzi, którzy po wydaniu płyty zamykają temat i uznają, że osiągnęli muzyczny absolut. Zawsze można coś poprawić, czegoś spróbować, pójść w innym kierunku. Tyle że nie zamierzamy na siłę udowadniać sobie ani komukolwiek, że następny materiał musi być szybszy, brutalniejszy czy bardziej skomplikowany. Na razie żyjemy „Inbir”, cieszymy się jego odbiorem i chcemy jak najwięcej pograć te numery na żywo. A co będzie dalej? Pomysły prędzej czy później się pojawią. Znamy siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie ma sensu ich poganiać. Płyta musi dojrzeć, a my musimy mieć coś, co naprawdę chcemy powiedzieć.

B: Wspominałeś w jednym z wywiadów, że siedmioletnia przerwa między „Inbir”, a „I Am The Way” wynikała nie tylko z COVIDu, ale i zawirowań wewnątrz zespołu. Czy był w tamtym okresie taki moment, że miałeś ochotę już całkiem rzucić to w cholerę i dać sobie spokój?

L: Nie będę ściemniał, że przez te wszystkie lata zawsze było kolorowo i nigdy nie przemknęła mi przez głowę taka myśl. Były momenty zwątpienia, frustracji i zwyczajnego zmęczenia sytuacją, w której tkwiliśmy. COVID wywrócił do góry nogami plany koncertowe związane z „I Am the Way”, a później doszły kolejne problemy, które sprawiły, że Neolith przez jakiś czas funkcjonował właściwie w zawieszeniu. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo nie ma sensu prać publicznie zespołowych brudów. Powiem tylko, że czasami trudno było znaleźć odpowiedź na pytanie, w którą stronę dalej iść. Ale rzucić to wszystko definitywnie? Chyba jednak nie. Metal siedzi we mnie zbyt głęboko, żeby tak po prostu zamknąć za nim drzwi. Kiedy dołączyli Zi’aR i Semuss, coś zaskoczyło. Zaczęliśmy znowu czuć, że jesteśmy zespołem, a nie grupą ludzi próbujących utrzymać przy życiu nazwę. Wróciła energia, pojawiła się nowa muzyka i przede wszystkim chęć, żeby znowu wyjść na scenę. Dzisiaj wiem, że było warto przeczekać ten trudniejszy okres. „Inbir” jest chyba najlepszym dowodem.

B: „Inbir” jawi się, jako najbrutalniejszy dotychczas album Neolith. Wspominałeś, że nie jest to celowy zabieg, ale jednak wiadomym jest, że muzyka, to nośnik emocji. A obecnie słychać tu naprawdę wiele lat nagromadzonej agresji, to nasuwa się pytanie, czy jesteś w stanie powiedzieć, co najbardziej Was wkurwiało w okresie tworzenia muzyki, co zostało przekute na tytułową „Wojnę”?

L: Wiesz co, nie potrafię wskazać jednej konkretnej rzeczy ani powiedzieć: „To nas tak wkurwiło, że nagraliśmy taką płytę”. Życie dostarcza nam wystarczająco dużo powodów do frustracji, a jeśli dołożysz do tego obserwację świata, w którym żyjemy, materiału na agresywny album zdecydowanie nie brakuje. Ale nie chciałbym sprowadzać „Inbir” do muzycznego odreagowania czy zapisu naszych prywatnych wkurwów. Ta brutalność wyszła raczej naturalnie z riffów Conrada, aranżacji i kierunku, w którym wspólnie poszliśmy. Niczego nie planowaliśmy na zasadzie: tym razem musi być szybciej, ciężej i bardziej bezlitośnie. Po prostu tak zabrzmiały te utwory. Sam tytuł oznacza w języku starosumeryjskim wojnę, ale dla nas nie jest to wyłącznie opowieść o walce zbrojnej. Interesuje mnie wojna jako coś wpisanego w ludzką naturę: potrzeba dominacji, narzucania innym własnych przekonań, walka o wpływy, uznanie czy przychylność bogów. Możesz zmienić epokę, broń i dekoracje, ale człowiek pozostaje zaskakująco podobny. I chyba właśnie ta świadomość potrafi wkurzać najbardziej.

B: Heh, skoro emocje zostały tak wyrzucone, to jest szansa, że następny album, o ile znów nie ukaże się po siedmiu latach, będzie miał tę delikatną śpiewność debiutanckiego pełniaka?

L: Ha, nigdy niczego nie wykluczam! Nie wiem tylko, czy po „Inbir” jesteśmy już tak emocjonalnie oczyszczeni, żeby nagle nagrać coś lekkiego, zwiewnego i przyjemnego do porannej kawy. (śmiech) A tak poważnie, nigdy nie zakładamy z góry, jak ma brzmieć kolejna płyta. Nie siadamy przy stole i nie ustalamy, że teraz będzie bardziej melodyjnie, potem wolniej, a na następnym albumie wrócimy do death/doomowych korzeni. Muzyka musi wynikać z tego, co w danym momencie siedzi nam w głowach i co wspólnie jesteśmy w stanie z tego wyciągnąć. „Igne Natura Renovabitur Integra” powstawała w zupełnie innych okolicznościach, na innym etapie naszego życia i muzycznego rozwoju. Dzisiaj jesteśmy innymi ludźmi, mamy inne doświadczenia i inne możliwości, ale nie oznacza to, że zamykamy sobie drogę do melodii czy bardziej nastrojowych fragmentów. Zresztą „Inbir” też ma swoje momenty, w których nie chodzi wyłącznie o brutalny wpierdol. A co do siedmiu lat przerwy – byłoby miło, gdyby następna płyta pojawiła się szybciej, ale niczego nie obiecuję. Nie chcemy nagrywać na czas. Wolę poczekać, aż materiał dojrzeje, niż wypuszczać coś tylko dlatego, że kalendarz mówi, że już wypada.

B: Mówiłem o brutalności, ale przełamuje to melodyczny i śpiewy kawałek „Modlitwa na Marny Czas”, w którym mocno wybrzmiewa echo pierwszych Waszych dokonań. Skąd pomysł na taki kawałek?

L: Pomysł na polskojęzyczny utwór chodził mi po głowie od dawna. Przez lata pisaliśmy teksty po angielsku, zanurzając się w starożytnych mitologiach, więc chciałem sprawdzić, jak Neolith zabrzmi w języku, którym posługujemy się na co dzień. Potrzebowałem jednak tekstu, który nie będzie wyglądał na eksperyment zrobiony na siłę. I wtedy Jacko S. przyniósł „Modlitwę na Marny Czas”. Przeczytałem tekst i pomyślałem: dobra, to jest ten moment. Jest w nim coś swojskiego, ale jednocześnie bardzo uniwersalnego – człowiek, jego pycha, wiara, grzech, cierpienie i przekonanie, że wszystko jakoś mu się należy. Z pozoru utwór może odstawać od sumeryjskiej otoczki „Inbir”, ale dla mnie tematycznie pasuje do całej płyty. Zresztą ten Adam z tekstu równie dobrze mógłby być Enlilem czy Enkim. (śmiech), jednak chcieliśmy by było bardziej swojsko. Muzycznie również nie próbowaliśmy odtwarzać brzmienia dawnych Neolith, choć rozumiem, skąd takie skojarzenia. Melodia i klimat pojawiły się naturalnie, a my nie mieliśmy potrzeby ich zagłuszać kolejną porcją blastów. Choć i tak jest to bardzo mocny i brutalny numer. To nasz pierwszy w pełni polskojęzyczny utwór, więc tym bardziej cieszę się, że wyszedł właśnie taki. Jest w nim trochę refleksji, trochę goryczy i odrobina bluźnierstwa. Czyli wszystko, co trzeba!

B: A właśnie, jak już mowa o pierwszych dokonaniach, to planowane są może jakieś wznowienia wczesnych pełniaków? Jestem pewien, że gawiedź przyklaśnie temu z ukontentowaniem.

L: Plany są i nie ukrywam, że fajnie byłoby przywrócić do życia część naszego starszego materiału, bo przecież nie wszyscy mieli okazję zetknąć się z nim w momencie premiery, zwłaszcza młodsze pokolenie. No i przede wszystkim na winylu. Choć dzisiaj zdobycie niektórych wydań Neolith nawet na CD może być niezłym wyzwaniem. „I Am the Way” doczekało się wznowienia na CD nakładem Deformeathing Production, podobnie jak wcześniej nasz debiut „Igne Natura Renovabitur Integra”, więc jakiś krok w tym kierunku już został wykonany. Co do kolejnych reedycji, nie chciałbym na razie rzucać konkretnymi deklaracjami, bo nie wszystko zależy wyłącznie od nas. Ale sam pomysł jest jak najbardziej sensowny. Każda z tych płyt dokumentuje inny etap historii zespołu, inne okoliczności, inne emocje i trochę inne oblicze Neolith. Jasne, z dzisiejszej perspektywy pewnie zrobilibyśmy niektóre rzeczy inaczej, ale nie zamierzamy wypierać się własnej przeszłości. To ona doprowadziła nas do miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj. Jeśli więc pojawi się możliwość, żeby kolejne albumy dostały drugie życie, nie będziemy się przed tym bronić. A jeśli gawiedź przyklaśnie temu z ukontentowaniem, tym lepiej! W końcu stare demony też zasługują czasem na ponowne przebudzenie.

B: Propsuję mocno trzymanie się klimatów sumeryjskich, bo to nie jest rzecz, po którą chętnie sięgają hordes. Pewnie, ten czy ów weźmie nazwę kapeli od jakiegoś bóstwa/demona, ale sięganie po to głębiej, jak choćby Wy to robicie, nie jest często spotykane. Na myśl przychodzi mi chyba tylko Melechesch. Jak w ogóle doszło do sięgnięcia i zakorzenienia w Waszej twórczości?

L: To był właściwie przypadek. Spodobały nam się pewne rzeczy i postanowiliśmy zaimplementować je na nasz grunt. No i tak już zostało, a z czasem zaczęliśmy coraz głębiej wchodzić w temat. Dzisiaj to jeden ze znaków rozpoznawczych Neolith i coś, co odróżnia nas od wielu kapel poruszających się w podobnych muzycznych rejonach. Nie chodzi jednak o to, żeby za wszelką cenę być oryginalnym albo budować zespół wokół egzotycznej otoczki. Sumeryjska i mezopotamska mitologia po prostu daje nam ogromne pole do interpretacji. Są tam wojna, władza, wiara, śmierć, ambicja, zdrada, lęk przed nieznanym i pytania o miejsce człowieka w świecie. Czyli rzeczy, które w gruncie rzeczy pozostają aktualne niezależnie od tego, ile tysięcy lat minęło. Ogromną rolę odgrywa tu Jacko S., z którym współtworzę teksty od ponad dwudziestu lat. Każdy z nas wnosi do tego coś innego, a później wspólnie szukamy właściwego kierunku. Nie jesteśmy historykami ani akademikami, nie próbujemy też nikomu wykładać jedynej słusznej interpretacji sumeryjskich mitów. To raczej nasz punkt wyjścia do opowiadania o człowieku i jego naturze. A jeśli przy okazji ktoś sięgnie po książkę o Sumerze, zamiast kolejnego razu przeczytać tylko tekst piosenki, to już w ogóle świetnie!

B: Na uznanie zasługuje również długość płyty nie przekraczająca czterdziestu minut, co w dobie pełniaków trwających niemal godzinę jest odświeżające. Nie korciło, by rozpędzić się do tej godzinki?

L: Absolutnie nie mieliśmy takiej potrzeby. Dla mnie płyta powinna trwać tyle, ile potrzebuje materiał, a nie tyle, ile wynika z jakiejś niepisanej normy wydawniczej. Jeśli masz trzydzieści kilka minut muzyki, która trzyma w napięciu od początku do końca, to po co dokładać kolejne piętnaście minut tylko po to, żeby na okładce można było pochwalić się godziną grania? Nie mam nic przeciwko długim albumom, pod warunkiem że ich zawartość rzeczywiście uzasadnia taki czas. Problem zaczyna się wtedy, gdy materiał rozłazi się w szwach, kompozycje tracą dynamikę, a słuchacz po czterdziestu minutach zaczyna zerkać na zegarek. „Inbir” jest intensywny, gęsty i dość bezlitosny, więc jego długość wydaje mi się naturalna. Ta płyta ma uderzyć, zostawić po sobie ślad i nie dać słuchaczowi zbyt wiele czasu na złapanie oddechu. Zresztą sam lubię albumy, które kończą się w momencie, gdy masz ochotę wcisnąć przycisk „play” jeszcze raz. Lepiej pozostawić pewien niedosyt, niż zamęczyć kogoś materiałem, który powinien skończyć się dziesięć minut wcześniej. Nie liczymy minut, tylko pilnujemy, żeby muzyka miała sens. A jeśli kiedyś powstanie materiał na pięćdziesiąt minut, to tyle będzie trwał. Na razie „Inbir” ma tyle, ile trzeba.

B: Macie już jakieś plany odnośnie dalszej działalności Neolith? Jakieś koncerty, pełniaki kolejne lub Epki?

L: Przede wszystkim gramy i promujemy „Inbir”. Po tylu latach pracy nad materiałem chcemy wreszcie wywieźć go na scenę, skonfrontować z publicznością i pokazać, jak te utwory funkcjonują poza studiem. Pierwsze koncerty tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że ten materiał ma naprawdę dużą siłę na żywo. Przed nami kolejne występy, w tym koncerty z kapelami, z którymi dobrze się rozumiemy muzycznie, między innymi naszymi labelowymi kompanami z Christ Agony, Hell-Born i Vitur. Są też dalsze plany, ale dopóki nie ma konkretów, nie ma sensu robić z nich wielkiej tajemnicy poliszynela ani pompować balonika. Co do kolejnego albumu czy EP-ki – nie zaczęliśmy jeszcze odliczania do następnego wydawnictwa. Nie jesteśmy zespołem, który musi co dwa lata dostarczyć nowy produkt, bo tak wygląda harmonogram. Jeśli pojawią się riffy, pomysły i energia, będziemy nad nimi pracować. Nie wykluczam żadnej formy wydawniczej, ale nie chcę też deklarować EP-ki tylko po to, żeby za chwilę mieć coś do odwołania. Mamy swoje życie, pracę, rodziny i inne obowiązki, więc nie będziemy udawać, że możemy rzucić wszystko i ruszyć w półroczną trasę. Chcemy grać jak najwięcej, rozwijać Neolith i tworzyć muzykę, z której sami będziemy zadowoleni. Reszta przyjdzie w swoim czasie. Najważniejsze, że znowu chce nam się to robić i mamy ku temu solidne podstawy.

B: Jako, że jesteśmy ludźmi światłymi, którzy obracają się w świecie magii i muzyki, to powiedz mi, cóż tam na głośnikach/słuchawkach ostatnio u Ciebie!

L: Z tymi ludźmi światłymi to bym nie przesadzał, szczególnie kiedy mówimy o metalowcach. (śmiech) A tak serio, słucham bardzo różnej muzyki i nie mam potrzeby zamykania się w jednej szufladzie, nawet jeśli ekstremalny metal jest mi najbliższy. Wracam do klasyków, bo są albumy, które znam niemal na pamięć, a mimo to potrafią mnie kopnąć mocniej niż niejeden nowy materiał. Z drugiej strony lubię sprawdzać, co dzieje się w podziemiu, szukać mniej znanych kapel i odkrywać rzeczy, które niekoniecznie pojawiają się na pierwszych stronach metalowych portali. Właśnie w tym nadal tkwi dla mnie sporo frajdy – nie wszystko musi być podane na tacy, a czasem najlepsze znaleziska trafiają się zupełnie przypadkiem. Nie mam też jednej listy zespołów, których słucham podczas pracy nad Neolith. Czasami potrzebuję czegoś ciężkiego i bezpośredniego, innym razem bardziej klimatycznego, a bywa, że po całym dniu metalowania mam ochotę odpocząć od gitar. Muzyka ma przede wszystkim wywoływać emocje, a nie realizować jakiś plan. Ale podejrzewam, że nie wybaczysz mi jeśli nie rzucę kilku nazw? (nie wybaczę i serce me pęknie na pół ;]- dop. Bart) Ok, zatem, na pewno nowe albumy Terrestrial Hospice, Azarath, HellBorn, Wolfbrigade, debiut szwedzkiego Mutation, czy też Francuzów z Profanation. Świetny jest też solowy album Iommi’ego z Jornem Lande na wokalu. Powiem tyle: stary metal nadal ma się dobrze, podziemie wciąż potrafi zaskoczyć, a moja lista rzeczy do przesłuchania nigdy się nie kończy. I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najlepsze.

B: I ostatnie słowo należy do Ciebie!

L: Dzięki za rozmowę i możliwość pogadania o „Inbir” bez wciskania wszystkiego w kilka promocyjnych sloganów. Dzięki również wszystkim, którzy przez te lata wspierali Neolith, kupowali nasze płyty, przychodzili na koncerty i po prostu trzymali za nas kciuki, nawet wtedy, kiedy przez dłuższy czas niewiele się działo. To naprawdę ma znaczenie. Nie zamierzamy nikomu udowadniać, że jesteśmy najważniejszą kapelą na świecie, ani ścigać się z zespołami, które co chwilę zmieniają skórę, żeby nadążyć za trendami. Robimy swoje, bo wciąż sprawia nam to przyjemność i nadal mamy coś do powiedzenia. Trzydzieści pięć lat za nami, a ja wciąż czuję ekscytację, kiedy powstaje dobry riff, kiedy nowy numer zaczyna nabierać kształtu i kiedy wreszcie możemy zagrać go na żywo. Dopóki tak będzie, Neolith będzie istniał. A wszystkim maniakom życzę, żeby nie tracili własnego zdania, wspierali podziemie, kupowali płyty, chodzili na koncerty i nie czekali, aż algorytm podpowie im, czego warto posłuchać. Metal to nie konkurs popularności, tylko muzyka, emocje i ludzie, którzy naprawdę w to wierzą. Trzymajcie się swojej drogi, nawet jeśli czasem prowadzi przez ciemność. FALLEN NEPHILIM. INBIR!

Bart
780 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Headhunter D.C.: „…pozostanie wiernym death metalowi nawet po tylu latach jest dla nas rzeczą o najwyższym znaczeniu.”Wywiady

Headhunter D.C.: „…pozostanie wiernym death metalowi nawet po tylu latach jest dla nas rzeczą o najwyższym znaczeniu.”

OracleOracle28 września 2026
Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.Wywiady

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.

BartBart7 września 2026
Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”Wywiady

Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”

WojtuśWojtuś31 sierpnia 2026

Skomentuj