Nie ukrywam, chwilami już traciłem nadzieję, że ten wywiad wypali. Pytania do kapeli poszły w styczniu… zeszłego roku. No i jakoś nie mogło to dojść do skutku. Przypominałem się co jakiś czas i cisza. Dopiero po tym, jak Black Waves Fest ogłosiło, że Morast znajdzie się w tegorocznym line-upie zespół wziął się w garść i odpisał w kilka godzin. Normalnie pewnie bym odpuścił tak jak wiele razy, gdy byłem zlewany, ale prawda jest taka, że raczej niewiele innych zinów, webzinów czy magazynów jest zainteresowanych takim zespołem jak Morast. A przecież Niemcy wydali moim zdaniem najlepszy krążek 2024 roku. Więc cierpliwość popłaciła i w końcu mamy wywiad. Tak że zapraszam teraz do lektury, jeśli ktoś nie słyszał jeszcze „Fentanylu” to i do odsłuchu, a jak Wam się spodoba – to i we wrześniu do Jarocina.
Oracle: Cześć! Chciałbym powiedzieć, że śledzę Was od samego początku i jestem naprawdę pod wrażeniem każdej kolejnej płyty. A „Fentanyl” jest teraz na samym szczycie. Czy czujecie podobnie w odniesieniu do tego albumu co ja?
Morast (-J-): Myślę, że każda płyta jest świadectwem stanu zespołu w danym momencie. Tym razem nasze podejście i klimat były napędzane okolicznościami ostatnich pięciu lat. To były mroczne i wyniszczające czasy. Surowe i bezwzględne. I tak właśnie brzmi ta płyta. Również nasz nowy wokalista Zingultus miał ogromny wpływ na ewolucję zespołu. Mogę powiedzieć, że „Fentanyl” to być może nasz najbardziej wściekły album i chyba ten, z którego jestem najbardziej dumny.
Oracle: W tym zeszłym roku minęło 10 lat od założenia Morast. Jak opisałbyś tę dekadę ze swojej perspektywy i z perspektywy zespołu?
Morast (-J-): Żyjemy w dziwnych czasach. W porównaniu do 2015 roku (kiedy zaczynaliśmy), świat zmienił się na wiele sposobów. Pandemia była naprawdę osobliwym okresem, który do dziś ma na nas wpływ. Populizm, tendencje prawicowe oraz fascynacja dyktaturą i idiotyzmem wydają się dziś czymś powszechnym. Kłamstwa stają się prawdą, ludzie szukają silnych przywódców i prostych odpowiedzi w świecie, który staje się coraz bardziej złożony. Nowa era barbarzyństwa już się rozpoczęła. To zdecydowanie wpływa na nas jako zespół. Im mroczniejsze czasy, tym mroczniejsza sztuka…
O.: Dokładnie, zgadzam się z Tobą w 100%. Przez te wszystkie lata skład był raczej stabilny, poza zmianą wokalisty — ale myślę, że Zingultus idealnie pasuje do ducha Morast, choć wokal F. był mocnym punktem poprzednich materiałów. Jak porównacie pięć lat z F. za mikrofonem i kolejne pięć z Z.?
Morast (-J-): Nie da się tego tak naprawdę porównać, bo dynamika zespołu zdecydowanie się zmienia, gdy zmienia się jeden z członków. To może być coś pozytywnego albo negatywnego. F. zawsze dawał z siebie 120% dla zespołu i po jego odejściu musieliśmy znaleźć sposób, by zrekompensować tę stratę. Ale Z. wniósł do zespołu wiele nowych impulsów. Jest dla nas idealnym dopasowaniem i bardzo dobrze wpisuje się w naszego ducha — zarówno artystycznie, jak i prywatnie.
O.: Gdyby ktoś zapytał mnie, jak opisać muzykę Morast, powiedziałbym, że nie ma jednej prostej odpowiedzi. Mieszacie doom metal z death/black metalem, a efekt jest mocny i ponury. Najtrafniejszym słowem byłaby „ciemność” — zgadzacie się?
Morast (-J-): Naszym głównym celem było zawsze brzmieć możliwie jak najciemniej, z takim „świątynnym” brzmieniem. Mieszamy wiele wpływów — moje są dość różnorodne. Ale atmosfera zawsze musi być złowroga i ponura. To nasze credo i część naszego DNA. To, jak ludzie chcą opisywać naszą muzykę, zależy od nich. Myślę, że to plus, że jesteśmy trudni do zaszufladkowania.
O.: Nazwa zespołu idealnie pasuje do muzyki — jak „der Morast”: gęsta, duszna, wciągająca breja. Nic nie było przypadkowe od początku, prawda?
Morast (-J-): Nie, to zawsze było zamierzone.
O.: Nazwa jest po niemiecku, ale teksty są po angielsku. Czy niemiecki nie pasuje do takiej muzyki?
Morast (-J-): W mojej głowie wyobrażam sobie, że niemieckie wokale mogłyby całkiem dobrze działać w Morast. Ale jako że jestem tylko gitarzystą, to nie moja decyzja. Najważniejsze jest przekazać uczucie każdym śpiewanym słowem — niezależnie od języka. To jest kluczowe.
O.: Na początku wydaliście split z Ultha, gdzie znalazł się Wasz cover „Armageddon” Bathory. Bardzo go lubię, bo jest w nim dużo „morastowego” pierwiastka. Nie przepadam za coverami zbyt podobnymi do oryginału. Jak Wy do tego podchodzicie?
Morast (-J-): Osobiście nie przepadam za coverami, ale te dwa, które zrobiliśmy (Bathory i Fields Of The Nephilim), były raczej wyrazem przyjaźni. Zdecydowanie chcieliśmy nadać im nasz własny klimat, bo nie ma nic nudniejszego niż próba brzmienia jak oryginał. Zespoły powinny koncentrować się na rozwijaniu własnego brzmienia i indywidualności. Oczywiście są dobre covery, czasem nawet lepsze od oryginału, jeśli włożono w nie dużo kreatywności. Ale ja zawsze wolę pracować nad własnymi utworami.
O.: Pierwsze dwie płyty miały raczej nierealistyczne, malarskie okładki. „Fentanyl” ma za to brutalnie realistyczną: zimny, zaniedbany mur z drutem kolczastym. Jak ją interpretujecie — komentarz polityczny czy metafora?
Morast (-J-): Trochę wszystkiego. Metafora, może komentarz polityczny lub społeczno-polityczny. A także hołd dla jednej z moich ulubionych płyt wszech czasów. Myślę, że bardzo dobrze pasuje do klimatu i ducha albumu.
O.: Ok, a dlaczego „Fentanyl”? Dosłownie czy jako trop?
Morast (-J-): To zależy od ciebie. Haha!
O.: A jak to wygląda w przypadku różnic wieku w zespole — pomagają czy przeszkadzają?
Morast (-J-): Doświadczenie zdecydowanie pomaga rozwijać się jako muzykowi i jako człowiekowi.
O.: No nie do końca rozumiem, sensu ale dobra… Van Records to wytwórnia, która „nobilituje”. Jeśli interesuje się zespołem deathmetalowym, to musi to być coś więcej niż typowy death metal. Czy czujecie się wyróżnieni?
Morast (-J-): Nie, nie czujemy tego w ten sposób. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że współpracujemy z Van Records. To dla nas idealna wytwórnia — artystycznie i prywatnie. A to najważniejsze.
O.: A co powiesz o Ultrablut — czy słuchacze Morast i Ultrablut to ci sami ludzie?
Morast (-J-): To projekt naszego perkusisty L. Być może część osób lubi oba style, ale muzycznie jesteśmy dość różni.
O.: Nie graliście zbyt wielu tras — raczej pojedyncze koncerty i festiwale. Dlaczego?
Morast (-J-): Wszyscy jesteśmy uwięzieni w codziennym życiu — rodzina, praca, inne projekty muzyczne. Czasowo nie jest łatwo grać często. W tym roku staramy się grać jak najwięcej, bo właśnie wydaliśmy nową płytę.
O.: W tekstach pojawiają się motywy mitologiczne i ezoteryczne, szczególnie w takich “Aratorn” czy “Akasha”, by wymienić te najbardziej oczywiste. Skąd pomysł na takie właśnie tematy w Morast? Mamy traktować to jako ucieczkę od rzeczywistości, czy wręcz przeciwnie – szukanie sensu poza naszą rzeczywistością?
Morast (-Z-): Powodów wyboru tematu jest wiele. Czasem opisuję rzeczywistość, czasem historię, czasem metaforycznie reinterpretuję doświadczenia. W Morast nie ograniczamy się do jednego motywu. Najważniejsze, by tekst poruszał, generował emocje i był przetworzony. Duchowość jest dla mnie częścią pewnej formy doskonałości, która pozwala mi podchodzić do rzeczy w sposób zniuansowany. Dlatego odgrywa ważną rolę i zawsze odbija się w mojej poezji.
O.: Pytania powstały kilka dni po wyborach w Niemczech — jesteście zadowoleni z wyników? AFD zajęło drugie miejsce, ale w wielu landach wygrało, głównie we wschodnich Niemczech. O ile wiem, nie wszystkim u Was taki stan rzeczy odpowiada – myślisz, że Twój kraj przeżywa kryzys albo że sytuacja ta będzie miała odbicie na Wasze życia?
Morast (-Z-): Daj spokój… to wywiad z zespołem muzycznym! Nie chcę wdawać się w dyskusję polityczną, zwłaszcza że każdy z nas ma swoje poglądy. Faktem jest, że Niemcy są w niepokoju, ale w obecnej sytuacji globalnej to nie tylko problem lokalny. Popadamy w skrajności, co rzadko bywa dobre i zawsze zagraża demokracji.
Morast (-J-): Cały świat jest w kryzysie! Problemy są zbyt złożone, by omawiać je w wywiadzie muzycznym. Ale przerażają mnie faszystowskie i autokratyczne tendencje oraz brak przyzwoitości, wolności, szacunku i empatii na świecie.

O.: To może z innej beczki: jak wspominacie czas Benedykta XVI jako papieża? Akurat mieliśmy jako Polska i Niemcy po jednej sztuce i w Polsce zdecydowana większość osób urodzonych powiedzmy przed latami dziewięćdziesiątymi, ale też chwilę później miała pierdolca na jego punkcie, a ci młodsi to już chyba mają wyjebane – jestem ciekaw jak wyglądało to w Niemczech?
Morast (-Z-): Największy niemiecki tabloid napisał wtedy na pierwszej stronie: „Jesteśmy papieżem!”. Co za nonsens! Nikt nie będzie mi mówił, kim jestem. I szczerze mówiąc, niewiele mnie to obchodziło. Zwłaszcza, że Benedykt XVI, jako konserwatywny katolik, od samego początku wykluczył możliwość, że nową głową Kościoła zostanie reformator, co prawdopodobnie byłoby jedyną szansą na przetrwanie tej formy wyznania we współczesnej cywilizacji na dłuższą metę. Moja obojętność potwierdziła się następnego dnia — świat toczył się dalej jak wcześniej.
O.: Dobra, wracamy do muzyki. Czy muzyka Morast będzie się dalej rozwijać na kolejnych wydawnictwach, a jeśli tak – w którą stronę? Moim zdaniem odnaleźliście już swój styl, więc jestem ciekaw czy będziecie go eksplorować…
Morast (-Z-): Oczywiście, trudno to przewidzieć, ponieważ te jaja w dużej mierze jeszcze nie zostały zniesione. Jest jednak dla nas jasne, że nie chcemy poprzestać na przepisie na sukces „Fentanylu” i grać bezpiecznie, aby budować na tym sukcesie. Morast jest i zawsze był zespołem, który silnie kierował się potrzebami i uczuciami. A ponieważ jesteśmy zrzędliwymi staruszkami, możecie być pewni, że nie zaczniemy teraz rzucać konfetti i kwiatami. A jeśli któryś z nas przypadkiem rozpromieni się radosnym uśmiechem, uwierzcie mi, reszta zespołu ma wystarczająco dużo potencjału, aby sprowadzić go z powrotem na ciemną stronę mocy i zepsuć mu zabawę! Żartuję… cóż, zobaczymy, co się stanie. Ale możecie być pewni, że nie stracimy naszych znaków towarowych, ponieważ nadal pozostajemy Morastem. Na pewno będzie wystarczająco dużo cierpienia.
O.: Na koniec — jakich albumów słuchaliście podczas odpowiadania na pytania?
Morast (-Z-): Żadnych. Musiałem się skoncentrować na odpowiedziach, pisząc w języku obcym. Nie znoszę rozproszania.
Dziękujemy za zaproszenie do Waszego medium i przepraszam za długie opóźnienie — to moja wina. Nie przepadam za wywiadami i zawsze muszę się do nich zmuszać.
Spróbuję odkupić winy zimnym napojem podczas tegorocznego Black Waves Festival w Jarocinie. Mamy nadzieję spotkać wielu polskich Maniaków i świetnie się razem bawić! Do zobaczenia…
Bądźcie zdrowi i dzicy! Na zdrowie! 🍻




