Wydawca: Dying Victims Productions
Dzięki zespołom w stylu fińskiego Chalice przypominam sobie, dlaczego nie powinienem sięgać po grupy z nurtu melodyjnego heavy metalu. Odpowiedź jest prosta: bo go kurwa nie lubię i nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zabrać się za recenzję „Divine Spear”.
Chyba nawet jak wchodziłem w muzykę metalową te powiedzmy trzydzieści lat temu, już wiedziałem, że takie granie po prostu mi nie leży. A przecież taki wiek inicjacyjny to okres, gdy człowiek słucha różnych rzeczy, eksperymentuje i wiele sobie w późniejszych czasach wybacza. Ale ja już wtedy, pomimo że lubiłem heavy czy power metal, na takie granie miałem uczulenie. W przypadku Chalice nie chodzi bowiem o to, że jest to granie meldyjne – wiele kapel gra metal i dodaje doń melodii. Tu chodzi o coś innego.
O to mianowicie, że kawałki z „Divine Spear” są zagrane w taki naiwny sposób, przy tym bardzo przewidywalny, a co najgorsze – w ogóle nie interesujący sposób. Wbrew pozorom, muzyce Chalice brak jest dynamiki i kopniaka. Skomponowane są w taki denerwujący, toporny sposób – człowiek wie, co zaraz wybrzmi, a co gorsza – wie też, że będzie to dość niestrawne. Do całości dokłada się nijaki wokalista – a co jak co, ale kapela heavy metalowa z bezbarwnym wokalistą to przepis na klęskę. W przypadku Chalice właśnie z takim przypadkiem mamy do czynienia. W pamięci nie zostaje mi ani barwa głosu Vernieriego, ale nie tylko – w mojej pamięci nie zostało ani pół nutki z „Divine Spear”. Nie wiem dlaczego. Może wpływ na to ma fakt, że ci muzycy wywodzą się raczej ze sceny death metalowej (znajdziemy tu byłych lub obecnych muzyków Swallowed, Desolator czy Decaying) i może po prostu Chalice jest dla nich odskocznią od brutalności? Trudno powiedzieć.
Jakikolwiek powód by to nie był, ja lubię dostawać jakościowy produkt. „Divine Spear” w mojej opinii nie nosi takich znamion. Dla mnie – strata czasu, a przecież w moim wieku nie ma się go już aż tyle, by poświęcać go dla marnego heavy metalu…
https://www.facebook.com/ChaliceFIN





