Zamysł wywiadu z Qrixkuor chodził mi po głowie już po wydaniu „Poison Palinopsia”, ale ostatecznie nie mogłem się zmobilizować. Może to i dobrze, patrząc z perspektywy czasu – obecna forma zespołu i nowy album „The Womb of the World” sprawiły, że tematów do poruszenia jest jakby więcej. Steve odpowiedział na pytania dosłownie w kilka dni, a ja szanuję taką postawę. No i jego odpowiedzi czyta się naprawdę dobrze, tak więc nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury.
Oracle: Cóż, nowy album Qrixkuor wreszcie stał się faktem – a musieliśmy czekać na niego cztery lata. Słuchając go dziś, masz poczucie, że ten czas nie został zmarnowany?
Steve: Jeśli mamy przyjąć sugestię, że cztery lata to wyjątkowo długi okres oczekiwania na album, to warto zauważyć, że przerwa pomiędzy zakończeniem nagrań „Poison Palinopsia” a rozpoczęciem prac nad „The Womb of the World” wyniosła niemal trzy lata – a w tym czasie powstała, została nagrana i wydana EPka „Zoetrope”, która pełni rolę aneksu do pierwszego i preludium do drugiego wydawnictwa. W sumie daje to wyjątkowo płodny pięcioletni okres – ponad dwie godziny opublikowanego materiału – co robi wrażenie według każdych standardów, zwłaszcza gdy zestawić to z poprzednią dekadą.
Jeśli zaś chodzi o to, czy czas został zmarnowany – nie było w nim niemal ani jednej bezczynnej sekundy. Zawsze jest coś do zrobienia i nigdy nie było to bardziej prawdziwe niż w przypadku tego albumu, biorąc pod uwagę jego przerażającą gęstość. Gdy nad czymś bardzo się skupiasz, uczysz się wówczas tak wiele, że ten czas nigdy nie może być uznany za zmarnowany – niezależnie od materialnego efektu, choć w tym przypadku fizyczny rezultat jest wręcz zaprzeczeniem takiej sugestii.
O.: Dla mnie „Poison Palinopsia” było jednym z najlepszych albumów 2021 roku – bardzo często do niego wracam. Muszę jednak przyznać, że potrzebowałem trochę czasu, by oswoić się z muzyką na „The Womb of the World”, ponieważ wasz styl przeszedł wyraźną transformację – choć jej zalążki były już obecne na debiucie, a jeszcze bardziej na „Zoetrope”. Co spowodowało, że styl Qrixkuor ewoluował w tym kierunku, wypełnionym tak imponującymi aranżacjami?
S.: Szczerze mówiąc, postrzegam ewolucję tego materiału jako dość liniową – każde kolejne wydawnictwo wzmacnia sukcesy poprzedniego i wyciąga wnioski z jego porażek. Droga ku rozbudowanemu instrumentarium wyrasta z pragnienia uzyskania większego ciężaru brzmienia poprzez eksplorację ekstremów faktury, barwy i dynamiki – brutalności, głębi i wszystkiego pomiędzy – osiąganych poprzez próbę odejścia od klasycznego układu zespołu rockowego, który pokornie służył nam przez trzy czwarte wieku.
Choć faktury pogrążyły się jeszcze głębiej w delirium, uważam, że ogólne struktury poszczególnych elementów w rzeczywistości mają dziś więcej – brak mi lepszego słowa – sensu, przynajmniej w relacji do czegoś bliższego ustalonym konwencjom niż nasze dwa poprzednie wydawnictwa. To, moim zdaniem, stanowi istotne wyzwanie dla twierdzenia, że jest to nasza najmniej przystępna płyta. Dość ironiczne, że skracając długość utworów o połowę, wciąż można stworzyć dzieło uznawane za najbardziej nieprzeniknione, prawda?
O.: Prawda. Mimo skali tych aranżacji, nigdzie nie widziałem, by waszą muzykę określano mianem symfonicznego lub orkiestralnego death/black metalu – choć takie określenie byłoby zapewne bliższe prawdy niż w przypadku 95% zespołów, które beztrosko używają słowa „symfoniczny”. W większości takich przypadków to po prostu efekt pracy maszyny, sample itd…
S.: Zdarzało mi się widzieć to określenie lub inne jego bezsensowne pochodne. Ostatecznie jest to termin równie pusty i pozbawiony znaczenia jak zdecydowana większość etykiet, którymi żonglują ludzie z nienasyconą potrzebą przymiotników, pomagających im poczuć się komfortowo przed tym, co mają usłyszeć – co jest zaprzeczeniem wszystkiego, co powstaje z prawdziwej ambicji.

O.: Czy byli jacyś konkretni kompozytorzy muzyki klasycznej, którzy wpłynęli na „The Womb of the World”? Nie spróbuję nawet wskazywać konkretnych nazwisk – jestem w tej dziedzinie kompletnym laikiem…
S.: Na początek można wymienić Szostakowicza, Schönberga, Weberna, Pendereckiego, Xenakisa, Ligetiego – w pewnym stopniu również Strawińskiego. Głównie twórców XX wieku, jeśli chodzi o ich intencje i podejście do sztuki – to właśnie te aspekty są kluczowe w kontekście ich zderzenia z naszą pracą. Z pewnością nie byłoby też błędem odwołać się do mniej znanych, a także bardziej oczywistych nazwisk z dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku z zakresu muzyki grozy oraz innych odmian muzyki filmowej, gdy rozważa się atmosferę i (niepewne) rozładowanie obecne w niektórych, oszczędnie rozmieszczonych momentach względnej harmonii – zwłaszcza na tej płycie. Twórczość Qrixkuor zawsze miała silny komponent filmowy, na długo zanim zaczęliśmy przejmować elementy ich instrumentarium.
O.: Nie obawiałeś się, że oferując album tak radykalnie różny od debiutu, możecie zrazić część fanów? Wśród moich znajomych znalazło się kilka osób, które uznały, że orkiestracje są dla nich po prostu zbyt przytłaczające – i w efekcie nie kupiły płyty.
S.: Dla zespołu ekstremalnego – a właściwie dla jakiegokolwiek artysty – zmiana kursu podyktowana strachem przed reakcją odbiorców byłaby najbardziej żałosną porażką, jaką jestem w stanie sobie wyobrazić. Wydanie tej samej płyty dwa razy byłoby drugą. A tworzenie czegoś natychmiast przyswajalnego dla najniższego wspólnego mianownika – trzecią.
Poza tym, jak już wspomniałem, uważam, że nić łącząca wszystkie nasze dotychczasowe wydawnictwa jest dość logiczna. Jeśli kogokolwiek straciliśmy po drodze, nie znajduje to odzwierciedlenia ani w moim postrzeganiu odbioru nowego albumu wśród bliskich sojuszników i ogółu, ani w żadnych statystykach. Każdy, kto nie jest „na pokładzie”, może bez przeszkód cieszyć się wydawnictwami mieszczącymi się w granicach jego osobistej tolerancji – naszymi lub cudzymi. One nigdzie nie zniknęły.
O.: I w chuj szanuję za pierwszą część odpowiedzi. Fizyczne wydanie nowego albumu zostało nieoczekiwanie opóźnione – co dokładnie było problemem? Czy takie sytuacje szczególnie cię wkurzają, stresują albo frustrują?
S.: Wszystko trwało dłużej, niż powinno – co, szczerze mówiąc, zdarza się zawsze, więc to, co nieoczekiwane, jest w gruncie rzeczy oczekiwane. Album został zmasterowany i ukończony pod koniec czerwca 2024 roku. Oprawa graficzna i skład opóźniły go nieco, potem niepewność w tłoczni opóźniła wysyłkę materiałów, a po jej dokonaniu ich opieszałość opóźniła wszystko jeszcze bardziej. Bywa to skrajnie irytujące, ale niestety jestem z tym aż nazbyt obeznany – towarzyszy nam przez całą historię zespołu.
Jedyne, co można zrobić, to produktywnie wykorzystać ten czas – co uczyniłem, zarówno w codziennym życiu, innych przedsięwzięciach artystycznych, jak i w przygotowaniach do premiery albumu, tworząc teledysk do utworu tytułowego oraz inne materiały promocyjne. Ostatecznie to my decydujemy, czy pozwolimy innym zmarnować nasz czas.
O.: I jeszcze jedno — nie uważasz, że CD w kartonowej kopercie to jednak trochę za mało? Muszę przyznać, że osobiście byłem rozczarowany wyglądem tego ecopacka i żałuję, że nie wybrałem winylu… Dlaczego nie jewel case?
S.: Był to temat dyskusji i moim pierwotnym zamysłem było wydanie wersji w jewel case oraz „mini-gatefold” jako odpowiednio edycji amerykańskiej i europejskiej. Jednak – mimo wielu prób – nie udało się zaadaptować layoutu winylu do formatu jewel case w sposób, który nie oznaczałby znaczącego i nieakceptowalnego kompromisu.
Rozumiem, że może to brzmieć jak problem, który dałoby się rozwiązać, dorzucając więcej drukowanych stron – jako ktoś raczej mało biegły w projektowaniu, sam zadawałem to pytanie – ale niestety nie jest to aż tak proste, jeśli chodzi o wymiary i powiązania wszystkich elementów. W efekcie podjęto decyzję o formacie „mini-gatefold”, który – jak sama nazwa wskazuje – jest pomniejszoną wersją layoutu winylowego i dzięki temu zachowuje wszystkie elementy: książeczkę i pełną oprawę graficzną, zaprojektowaną specjalnie z myślą o gatefoldzie.
Ostatecznie uważam winyl za esencjonalny sposób obcowania zarówno z tym albumem, jak i z naszymi wcześniejszymi wydawnictwami oraz podobną muzyką. Edycję winylową „The Womb of the World” wciąż można nabyć w Invictus Productions, Dark Descent Records i u innych dystrybutorów na całym świecie. Wybacz, ale nie potrafię pojąć osoby, która decyduje się na format inny niż winyl, a potem narzeka na sposób jego prezentacji. Skoro każdy zamierzony element jest obecny – choć w mniejszym, lecz niepodlegającym negocjacjom rozmiarze – to poza mniejszą ilością rzeczy na półce nie wiem, czego tu brakuje. Sprowadzanie pełnej oprawy gatefold, książeczki i złoconych logotypów do „CD w kartonowej kopercie” trąci ignorancją.
O.: No biję się w piersi, dziś wziąłbym ten krążek na winylu, zdecydowanie. W Qrixkuor dość często zmienia się skład – oczywiście poza Tobą. Z czego to wynika? Jesteś trudny we współpracy? A może inni nie nadążają za twoją wizją zespołu? Oczywiście nie mam tu na myśli przypadku Phila Kusabsa, który wydaje się dość oczywisty…
S.: Pewnie trochę z kolumny A i trochę z kolumny B. To, co ja nazywam pewnym progiem bezwzględnej determinacji w doprowadzaniu rzeczy do końca, inni mogą określać mianem obsesyjnej tyranii. Odpowiedziałbym, że ludzie zmuszeni do takiego „kopniaka w tyłek” robią znacznie więcej, niż zrobiliby bez niego, a to, czy wojenne łupy zostały zdobyte w przyjemnych okolicznościach, ma znacznie mniejsze znaczenie niż sam fakt ich posiadania, gdy nadchodzi dzień sądu.
Jak to często bywa w życiu – jeśli chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, musisz zrobić to sam. Zastrzegłbym jednak, że partnerstwa twórcze to nie to samo co przyjaźnie, a niektóre z tych przyjaźni są dziś lepsze właśnie dlatego, że przestały być partnerstwami twórczymi.
O.: A skąd wziął się D., o którym wiem jedynie, że pochodzi z Nowej Zelandii?
S.: Został polecony przez znajomych z australijskiej sceny, dokąd pierwotnie planował się przeprowadzić, zamiast do Wielkiej Brytanii, gdzie ostatecznie trafił. To skurwiel o wielu talentach – przede wszystkim znakomity gitarzysta – a jego entuzjazm i niezawodność uczyniły go idealnym do projektu „Zoetrope”, na którym zbudowaliśmy „The Womb of the World”.
O.: „The Womb of the World” zostało dedykowane dwóm osobom – Felipe Perezowi i Chrisowi Rivero. W przypadku pierwszego rozumiem, że chodzi o związanego z Londynem muzyka Ataud, który zmarł w 2023 roku – a kim był Chris? Czy mieli oni wpływ na muzykę Qrixkuor?
S.: Tak, Felipe był wieloletnim towarzyszem londyńskiej sceny i nas wszystkich – oraz bliskim przyjacielem naszego pierwotnego wokalisty i gitarzysty rytmicznego, który zmarł nagle i niespodziewanie w bardzo młodym wieku. Prawdziwy zapaleniec i totalny maniak, zaraźliwie oddany twórczości Qrixkuor. Po burzliwym 2022 roku, kiedy miałem nadzieję, że grudniowe wydanie „Zoetrope” definitywnie zamknie pewien rozdział, wiadomość o jego śmierci na początku 2023 roku – w czasie, gdy właściwie rozmawialiśmy o wysłaniu mu kopii EP-ki – była otrzeźwiającym przypomnieniem, że to śmierć zawsze śmieje się ostatnia.
Chris był lepiej znany jako A.X. z Nyogthaeblisz, Hellvetron, Nexul, Black Witchery i innych zespołów. Zmarł ponad rok później, gdy przygotowywaliśmy się do wejścia do studia, by nagrać „The Womb of the World”. Miałem okazję poznać go kilka razy – podczas amerykańskiej trasy Qrixkuor w 2017 roku oraz europejskiej trasy Nyogthaeblisz i Black Witchery w 2018, gdzie wraz z jego ocalałym towarzyszem X.S. przeżyliśmy, delikatnie mówiąc, piekielnie intensywne chwile. W kolejnych latach korespondowaliśmy i wymienialiśmy się płytami. Z czasem straciliśmy kontakt – podobnie jak on z wieloma innymi, co było zapewne przejawem jego wściekle indywidualnego ducha. Gdy jednak wieść o jego śmierci obiegła scenę, reakcja była poruszająca i przypomniała, że niektóre fale nigdy naprawdę nie znikają – to motyw głęboko obecny na tym albumie. Osobiście zawsze będzie mnie dręczyć gorycz, że pandemia odebrała Adorior szansę zagrania z triadą zespołów OSI na festiwalu Destroying Texas w 2020 roku.
Jak napisałem w dedykacji: obaj byli potężnymi osobowościami, które odeszły zbyt wcześnie, mając jeszcze wiele do zaoferowania temu światu. Obaj wspierali Qrixkuor za życia i pozostawili trwały ślad – we mnie, w ludziach wokół siebie, a nawet w tych znacznie dalszych. Odeszli, ale ich duch trwa wśród nas, którzy zostaliśmy, by go uczcić.

O.: Teksty na nowym albumie są imponujące – także pod względem objętości – choć to właściwie zawsze było waszym znakiem rozpoznawczym. Mam wrażenie, że są pisane z taką samą dbałością jak muzyka i są równie ważne. Czy mam rację? Czy słowa są dla ciebie tym samym medium co dźwięk?
S.: Są tak samo ważne jak dźwięk, choć znacznie trudniej jest mi skutecznie artykułować się na papierze niż na instrumencie, dlatego ich tworzenie zawsze jest pewnym zmaganiem – choć równie satysfakcjonującym. Jeśli już, to ta słabość sprawia, że podchodzę do nich z jeszcze większą ostrożnością niż do muzyki.
O.: Kiedyś graliście koncerty – i zastanawiam się, jak miałoby to wyglądać w przypadku nowego albumu. Czy planujecie występy? I oczywiście – jak w takiej sytuacji rozwiązana byłaby kwestia orkiestracji? Sample? Muszę przyznać, że zobaczenie was z żywą orkiestrą byłoby czymś absolutnie niezwykłym…
S.: Obiektywnie rzecz biorąc, to co najwyżej skrajnie mało prawdopodobne. Użycie sampli zaprzeczałoby całemu sensowi przedsięwzięcia. Nie wykluczam całkowicie powrotu na scenę, ale przyznaję, że obecnie nie mam odpowiedzi na pytanie, jak w ogóle logistycznie odtworzyć najnowszy album – a nawet poprzednią EPkę. A zawsze wolę nie robić czegoś wcale, niż zrobić to źle. Nigdy nie mów nigdy – ale raczej nie, chyba że wygram na loterii.
O.: Zagraj, trzymam kciuki. Czy uważasz, że Qrixkuor jest dość unikalnym bytem na scenie ekstremalnego metalu? Oczywiście w pewnych aspektach można was porównywać do innych zespołów, ale osobiście postrzegam was jako grupę o bardzo indywidualnym podejściu do sztuki…
S.: To zależy, kogo zapytasz – i czy ma uszy. Z pewnością uważam, że połączenie elementów, które prezentujemy, nie występuje obecnie nigdzie indziej – na dobre lub na złe – i wydaje się to dominującą opinią w większości komentarzy, jakie widziałem. Stwierdzenie, że świadomie staraliśmy się wyróżnić, sugerowałoby, że nie podążaliśmy po prostu za impulsami, dokądkolwiek by nas prowadziły. Powiedziałbym raczej, że w krajobrazie ekstremalnego metalu istnieje wiele ścieżek, które absolutnie nie potrzebują kolejnych osób, by je ponownie deptać.
O.: Jak właściwie doszło do tego, że stałeś się częścią metalowego undergroundu – najpierw jako słuchacz, a później jako muzyk? Czy był jakiś moment inicjacji, czy raczej stopniowe zanurzanie się coraz głębiej w nowe dźwięki?
S.: Rozwijało się to zapewne podobnie jak u większości – krótkie spojrzenia w świat bardziej przystępnych zespołów prowadziły do samodzielnych poszukiwań tych ekscytujących nowych brzmień, potem do braterstwa z innymi początkującymi metalowcami z okolicy, których dość szybko przerastałem, gdy ich zainteresowania albo kończyły się, zanim dotarły do głębin undergroundu, albo gasły zupełnie, podczas gdy moja ścieżka zdawała się nie mieć końca.
Przeprowadzka do Londynu w wieku 18 lat, w 2011 roku, ponownie rozpaliła więzi z ludźmi o nieograniczonej pasji. Kolejne lata były naprawdę ekscytującym czasem dla sceny – nawet jeśli stała się ona przeludniona. Być może był to jej ostatni taki wybuch. Opuściłem miasto w 2018 roku i nie znoszę wielu jego aspektów, ale nie da się zaprzeczyć, że umożliwiło powstanie pierwotnego składu Qrixkuor, gdy cała czwórka mieszkała tam w tym samym czasie. Wspomnienia z tego okresu – i w ogóle z ostatnich dwóch dekad – pełne są wydarzeń, relacji i momentów granicznych.
O.: W tym roku Qrixkuor obchodzi piętnastolecie istnienia – czy ma to dla ciebie szczególne znaczenie? Gdy zakładałeś zespół w 2011 roku, wyobrażałeś sobie tak długi okres działalności? Czy stawiałeś sobie wtedy jakieś cele – i czy udało się je zrealizować?
S.: Nie sądzę, by miało to większe znaczenie niż czternasty czy szesnasty rok. Czasem rocznice wydań lub innych wydarzeń budzą nostalgię – daty wyryte w pamięci, które każą spojrzeć dwa razy na kalendarz. Częściej jednak przypominają o nich inni, z lepszą pamięcią niż moja. Dziesięciolecie uczczone „Poison Palinopsia” na pewno nie umknęło mojej uwadze – może kolejny album przypadnie na dwudziestolecie? Kto wie.
Czy to wszystko sobie wyobrażałem? Raczej nie. Myśleliśmy jedynie o wydaniu nieśmiałego demo na coraz bardziej zaludnionej, ale wciąż ekscytującej scenie. Uważaliśmy wtedy, że te pierwsze kompozycje są najlepszymi utworami na świecie – co było śmieszne już rok później, nie mówiąc o dwunastu latach. Naszym celem było wydawanie materiału tylko wtedy, gdy mieliśmy pewność, że góruje on nad poprzednim – i w gruncie rzeczy wciąż tak jest. Czy kolejny materiał przejdzie ten test, dopiero się okaże, ale już teraz ekscytuje mnie jego rozwój.
O.: Ok, myślę, że będziemy już kończyć. Dziękuję bardzo za wywiad – i na koniec powiedz proszę: czego słuchałeś, odpowiadając na moje pytania?
S.: Tego albumu Messa, który zdawał się zajmować pierwsze miejsce na każdej liście „albumów roku”, na których się znaleźliśmy. Całkiem niezły – świetna gra na gitarze.
https://www.facebook.com/qrixkuor




