Wydawca: Century Media Records
No, z drastycznych przemian stylistycznych i wizerunkowych, Worm zdecydowanie plasuje się w czołówce. Zmiana jest tak charaktertstyczna i wręcz groteskowa, że nie potrafię słuchać tej płyty inaczej niż na zasadzie cosplayu.
Bo nie wiem, czy kojarzycie, ale na wcześniejszych wydawnictwach duet z Florydy absolutnie nie przypominał swojego wcielenia z roku 2026. Na wszystkich trzech poprzednich dużych wydawnictwach grupa poruszała się w klimatach doom/death metalu. Może i na debiucie było czuć jakieś tam black metalowe wpływy, natomiast krążki wydane nakładem 20 Buck Spin Records absolutnie są ich pozbawione – niemalże całkowicie.
I wtem nastaje „Necropalace”, z logówką, okładką i przede wszystkim muzyką jakby żywcem wyciągniętymi z 1998 roku. A co wtedy święciło triumfy na światowej scenie? Dimmu Borgir, Emperor, Cradle of Filth… I nasi milusińscy chyba postanowili, że pierdolą dotychczasowy dorobek i od dziś będą black metalowcami z końca dwudziestego wieku. Nakręcili dwa wideoklipy, obydwa utrzymane w stylu „Mother North” czy „The Loss and Curse of Reverence” lub oczywiście „Lilith’s Embrace”, w jakości stylizowanej na taśmę VHS (wiem, bo oczywiście że miałem je tak ponagrywane). Kolesie wskoczyli w białe koszule z bufiastymi rękawami, ubielili ryjki a’la 1997, chwycili w dłonie kandelabry i nawet zgonili dziewice pod jakiś zamek. No kurwa…
I muzycznie brzmi to dokładnie tak samo. Kurwa, tylko głuchy na oba uchy nie usłyszy tutaj, chwilami niemal dosłownych patentów zaczerpniętych z „Enthrone Darkness Triumphant”, i „Spiritual Black Dimensions” od Dimmu Borgir, z „Ill-natured Spiritual Invasion” od Old Man’s Child, ale też z „Vempire” czy „Anthems to the Welkin at Dusk” – choć w mniejszym stopniu. I to jest zrobione naprawdę w stylu cosplay’a lub grupy rekonstrukcyjnej (ale takiej 1:1, a nie że ułan biegnie w adidasach). Przy pierwszym odsłuchu serio pomyślałem, że pojebałem promówki i dostałem jakieś wznowienie z Century Media Records, na przykład właśnie zespołu Galdera. No ale nie. I jak to wypada stricte muzycznie? To zależy – jeśli w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wchodziłeś tak jak ja w black metal i pierwsze zespoły jakie poznawałeś to te wówczas najpopularniejsze, to każdy z tych dźwięków znasz na pamięć – tylko, że w oryginale. I z sentymentu jakoś to się wkręca – tak jak od czasu do czasu zapuszczam sobie coś z wczesnego Dimmu Borgir lub Cradle of Filth. Wszystko skomponowane jest według prawideł tamtego czasu. „Necropalace” po prostu brzmi jakby była „klasykiem” z tamtych lat. Natomiast ja czuję, że to jest jakiś wał. Jakiś kurwa prank na który złapią się „recenzenci” pokroju Północnika. Nie zdziwię się, jeśli kolejny album będzie nagrany na przykład w stylu hair metalu, a Phantomslaughter i Worth wytapirują sobie włosy, ubiorą gacie tak ciasne, że będzie można zobaczyć jakiego są wyznania, ogolą klaty, narzucą na to marynarki lub skórkowe kurteczki z podwiniętymi rękawami i będą się wić jak Whitesnake czy inna Cinderella.
Dla mnie „Necropalace” to żart. Przyznam, niezły. Chęć pokazania, że Worm jeśli zechce to nagra krążek w dowolnym stylu. Kolesie się przebrali w ciuszki skandynawskich black metalowców z 1998 roku i wskoczyli do majorsa. Śmiem twierdzić, że gdyby nadal grali, to co na poprzednich płytach, nadal tkwili by w podziemnych labelach. Ich prawo. Ja tego nie kupuję pod względem całości – no bo muzycznie jest to niezłe, choć całkowicie odtwórcze.
http://www.centurymedia.com/
https://wormgloom.bandcamp.com/music





