Wydawca: Mara Productions
Zazwyczaj staramy się Was przyzwyczajać, że recenzujemy rzeczy w miarę świeże, niekiedy nawet takie, których premiera dopiero będzie miała miejsce. Ale czasem recenzujemy też rzeczy z brodą, większą lub mniejszą, bo na przykład w paczce dostaliśmy przekrój wydawniczy z kilku lat.
I tak jest w przypadku Dimidium Mei. Kapeli, której nazwa przewijała się tu i tam, byłem z nią (nazwą) zaznajomiony, ale jakoś nigdy z muzyką. Zresztą okazało się, o czym nie wiedziałem, że zespół został złożony do grobu na jakiś czas, a w 2021 powstał z martwych i wydał „Devil’s Tales”, którym to właśnie się zajmujemy. Bytomianie nakurwiają sobie prosty, siarczysty black metal. Szczerze? Spodziewałem się czegoś mniej ciekawego, a „Devil’s Tales” miło mnie zaskoczyło. Co prawda nie wywróciło to mojego postrzegania tego gatunku, ale po prostu sprawnie wychłostało dupę. Dziesięć kompozycji wykonanych jest tu w bardzo klasyczny sposób – szybko, agresywnie, z wyraźnym posmakiem siarki. Jeśli przytoczyłbym Wam takie nazwy jak wczesny Marduk, wczesne Dark Funeral, wczesny Besatt (którego muzycy zresztą tutaj terminują) to na pewno już będziecie wiedzieli jak zabrać się za to całe Dimidium Mei. Rogi w górę i do przodu. Jeśli w black metalu szukacie tylko (albo aż) szybkich temp, chwytliwych melodii, plucia ogniem i jadem oraz skandowania imienia Szatana i jego kumpli – to znaleźliście właśnie zespół dla siebie. Paradoksalnie, fajnie słucha mi się tego krążka. Może nawet będę do niego wracał raz na jakiś czas.
A nauka na dziś jest taka, że jak słyszycie o jakimś zespole 2137 razy, to sprawdźcie o sobie, bo może się okazać całkiem niezłym. Tak jak Dimidium Mei.
Ocena: 7/10




