Wydawca: Selfmadegod Records
Kurwa, ja naprawdę mogę wiele wytrzymać, ale nie dręczenia zwierząt. Stąd też intro najnowszego albumu Holocausto Canibal to najgorsze intro jakie w życiu słyszałem, Odsłuchałem raz, a potem za każdym odsłuchem przeskakiwałem od razu do „Exodo Morduoso”.
Zresztą okładka nie lepsza, a jak połączycie ją z intosem, to ja pierdolę, mózg rozjebany, ludzie to chuje. Robiłbym im to samo, co oni świniaczkowi. No dobra, przejdźmy do muzyki. Ja nie jestem mega fanem grindu, ale jeśli mam słuchać – to właśnie takiego jak w wykonaniu Holocausto Canibal. Dziewiętnaście ultrabrutalnych strzałów, które nie są jednak bezmyślną łupaniną – mocno osadzone w klasyce gatunku i kapelach w stylu Dead Infection, Haemmorhage, Impetigo – czyli to co kurwa akurat uwielbiam jeśli chodzi o miks grindu i death metalu. Brzmi to potężnie, napędzane jest agresją, z każdym uderzeniem w strunę czujecie się jakbyście dostali w ryj krawym ochłapem. „Crueza Ferina” to chyba już szósta płyta Portugalczyków, a ja czuję że muszę przestać być nieogarem tylko ponadrabiać zaległości w ich dyskografii. Masa energetyczna muzyka, człowiek ściągnąłby koszulkę i rzucił się napierdalać w pijany tłum pod sceną – i czuję, że tak zrobię, gdy tylko nadarzy się okazja ku temu. Byłoby pięknie. Dźwięki z tej płyty zapierdalają przed siebie, a całego smaczku dodaje lekko szwedzka rock’n’rollowa motoryka, zahaczająca chwilami o d-beat. Czy można chcieć czegoś więcej? Ja na ten moment uważam, że niekoniecznie. I choć zamiast powiewu oryginalności macie co najwyżej zawiewanie resztkami z rzeźni – ja jestem mocno na tak.
Zawsze możecie więc po prostu dać upust swoim prymitywnym instynktom i włączyć taką płytę, która została stworzona dla brutalnej przyjemności. Nawet nie wiecie, jak Wam będzie po niej dobrze.
Ocena: 9/10
Tracklist:




