Wydawca: Godz ov War Productions
Gdy pojawiło się info o nowym pełniaku Wilczycy, to po prostu wzruszyłem ramionami. Nie kryję się z tym, że dotychczas ich wizję czarnego metalu, podlaną do tego trve otoczką uważałem za niestrawną i przesadzoną. Pewnie, ich kawałek z Romkiem (niech jego okręt płynie dalej) był w porządku, ale poza tym omijałem ich szerokim łukiem. Wiedziony jednak ciekawością włączyłem jednego z ich najnowszych singli by doznać opadu szczęki, bo zostałem zmiażdżony.
Moi drodzy, jeśli dotychczas omijaliście Wilczycę, bo wstyd jak chuj i chuj, to możecie z tej raz obranej drogi jednak zawrócić w tył, bo hord w końcu wydał naprawdę dobry album. Greg musiał pewnie ich odpowiednio długo smagać batem i dawać bana na wychodzenie do lasu nocą, bo dźwięki, jakie sączą się z „Magiji” zamiast ciar żenady wywołują ukontentowanie. Przede wszystkim do składu dołączył Krzysztof Klingbein, który był tu odpowiedzialny za bębny i to słychać, słodki Jezu, coś w kruchym wafelku podany został, jak one robią tam robotę. Zaczynamy od przyjemnego, klimatycznego wstępu w ramach „Ingressum”, by przejść do kawałka tytułowego, który notabene, był wspomnianym przeze mnie powyżej singlem, albowiem tam najmocniej słychać progres, jaki poczyniła Wilczyca. Jest wolno, jest jadowicie, z odrobiną melodyki, choćby w tym przewchujkurwistym solo (szczególnie ten podjazd w połowie piątej minuty, UH!). W tle czai się podstępny bas, a Nidhogg podlewa to eleganckim skrzeko-szeptem. Są też nienachalne klawisze, ale perkusja dziejąca się właśnie na tym kawałku rzuciła mnie na kolana. Potem następuje przyspieszenie, bo wjeżdża „Przyzywam”, które wybucha dzikim płomieniem nienawiści. Wokal przechodzi już w pełni do skrzeku, któremu wtóruje świetny motyw przewodni. Wspomniałem już, że tu także jest dokurwiona perka? Nie? No to jest dokurwiona hipnotyzując toną smaczków, które wprawne ucho wyłapie. Za gardło nadal trzyma będący następnym w kolejce „Święty Ogień”, który podobnie jak „Przyzywam” narzuca szybkie tempo z wdzięcznym motywem przewodnim. I KURWA TO SOLO NA BĘBNACH! Zaczyna się nieco po półtorej minuty, gitara schodzi na dalszy plan, by słuchacz doznał ciężkich obrażeń od tego krótkiego, ale doskonałego motywu. Ja ocknąłem się na podłodze, z siniakami. Tak było, nie zmyślam. W drugiej części płyty Wilczyca nieco obniża loty, bo „Wij Się Z Bólu Córo Syjonu” oraz „Tetragrammaton” nie porywają już tak bardzo, choć nadal ich odsłuch jest przyjemny, szczególnie tego drugiego.
Naspuszczałem się w tej recenzji, jak uczestnik gangbangu, ale „Magija” dała mi masę radości. Brzmienie jest doskonałe, bo idzie wyłapać każdy dźwięk, ale czuć, że to jest nienawistny, walący chłodem black metal. No i bębny. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zaangażowania Klingsztofa na poczet tego albumu, ale zasługuje, by jego sztylet z lodu dosięgnął o jednego zdrajcę black metalu więcej. Perkusja dodaje masę energii do tej płyty i wznosi ją o kilka poziomów wyżej. Na drugim miejscu stawiam świetne riffy, które robią doskonałą, momentami mistyczną, atmosferę. Mimo wszystko mam jednak wrażenie, że najwięcej pary poszło w single, czyli „Magiję” i „Święty Ogień”, bo znacząco odstają jakością od reszty (nie żeby była ona zła). Szczególnie „Magija” smaga złem, jak dojrzała domina batem, więc jeśli chcecie próbki, by się przekonać, czy warto, to sięgnijcie po ten singiel, a potem po cały album.
Zdecydowanie, kurwa, nie będzie to czas stracony.
P.S. Nie mogę nie poruszyć tematu okładki, bo widzę, że spora część ludków skreśla płytę sapiąc, że „pedaliada i cyrk”. Serio, kurwa? Macie okładki z trupami w różnym stanie rozkładu, z ilustracjami kozłów o kutasach tak wielkich, że Romek Kostrzewski napisałby drugą część „Purpurowych Godów” i marudzicie na typa na koniu. Jedyne, co bawi tam, to może jakiś dziwnie niepasujący do całości zdjęcia corpsepaint Nidhogga, ale sami zapewne znacie dużo bardziej żenujące cover arty.
Ocena: 8/10
Lista utworów:
- Ingressum
- Magija
- Przyzywam
- Święty Ogień
- Tiferet
- Wij Się Z Bólu Córo Syjonu
- Tetragrammaton
- Igne Natura Renovatur Integra





Ja pierdolę, genialny opis a już bio autora mnie rozjebało. Serio
Aż kurwa posłucham… po 20 latach przerwy czas sprawdzić, co gowniaki teraz grają.
Recka spoko…
Zaraz się zabieram za słuchanie. Ale sory, okładka jest przejebana tak czy inaczej, nawet jeśli widziało się gorsze.